Znalezionych wyników: 114
Top Secret Strona Główna
Autor Wiadomość
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-05-11, 00:55   Temat: Hartowie
3
Nie przyszło jej chyba nawet do głowy, że mogliby mieć na dzisiaj jakieś plany. Jedyne, co chciała dzisiaj zrobić, to spać i nastawić sobie ze trzy alarmy w ciągu dnia, żeby pamiętać, że musi zadzwonić do swojej matki – o ile uda jej się dobić, bo kiedy rodzisz szóstkę dzieci, w dniu matki możesz być całkiem popularna. Dość szybko jednak odkryła, że jej plan dnia musi ulec zmianie, bo gdy wróciła do domu z nocnego dyżuru, Jackson i Will byli już w trakcie rozmowy o tym, że mały nie chce dziś iść do szkoły, ale nie chce też powiedzieć czemu. Dopiero gdy kończyła już kawę (patrząc na swojego męża i syna, doszła do wniosku, że nie uda jej się dzisiaj szybko iść do łóżka, żeby trochę dospać), doznała małego olśnienia albo po prostu, jak na kogoś, kto miał tendencję do zapominania o urodzinach i wszystkich ważnych świętach (a jeśli nawet pamiętała, zdarzało jej się po prostu nie przyjść), wiedziała już, że o dniu matki lepiej powinna pamiętać, o ile chce mieć względny spokój przez następne trzy lata. Niezależnie czy była geniuszką, czy po prostu chujową córką, chyba wpadła wreszcie na powód, przez który ich syn nie chciał iść dziś do szkoły, ale próba spytania go o to, czy będą robić coś w szkole z okazji dnia mamy, kończyła się równie źle i bezskutecznie co próby wyciągnięcia z niego, czemu chce zostać dzisiaj w domu. Stanęło wreszcie na tym, że JJ zostanie razem z Mercy, skoro dziecko im się trochę zacięło, a ona i tak była w domu, nawet jeśli sporą część dnia planowała być nieprzytomna. Zamiast tego musiała być bardzo przytomna i bardzo cierpliwa, bo JJ nawet po tym, jak Will pojechał do pracy sam, nie był w najlepszym humorze. Spędzili przez to dość dziwny dzień, a Jackson, najwyraźniej w towarzystwie nie tej mamy, z którą chciałby teraz być (ale akurat o tym starała się nie myśleć, te wszystkie niefajne i ciężkie sprawy związane z tym, jak sama mogła się teraz czuć, zepchnęła gdzieś głęboko w dół i nie pozwalała im wyleźć, zwłaszcza że skutecznie przysłaniały je myśli dotyczące tego, że martwi się o małego), uparcie odrzucał wszystkie jej propozycje, niezależnie od tego czy Mercy chciała układać klocki, iść do zoo czy zjeść lody. Większość dnia minęła więc Jacksonowi na leżeniu w piżamie przed telewizorem i nieodzywaniu się do niej (nie mogła powiedzieć, że ani trochę tego nie czuła ani się nie utożsamiała po tym, jak wszystkie głupie skutki uboczne antydepresantów zaczęły wreszcie ustępować), jednak wreszcie musiała wyciągnąć go z domu. Z bardzo prostego powodu: ich lodówka wyglądała tak, jak zwykle potrafiła wyglądać lodówka Hartów, więc nie mieli niczego na obiad. Wspólna wizyta w sklepie spożywczym najwyraźniej była jeszcze do zaakceptowania, ale kiedy tylko wsiedli do auta, zadzwonili do niej ze szpitala, bo okazało się, że nie wypełniła jakichś papierów i byłoby super, gdyby teraz rzuciła wszystko i podjechała do pracy. Ją to, oczywiście, głównie zirytowało i nie zamierzała nigdzie jechać (bo i co jej zrobią, niech ją zwolnią), ale ze zdziwieniem zorientowała się, że JJ, który słyszał całą rozmowę w samochodzie, trochę się ożywił i podobała mu się wizja wycieczki do szpitala – biologicznie może i nie mieli za wiele wspólnego, ale jeśli jakiś ośmiolatek ekscytował się na myśl o wizycie w szpitalu, tu jednak musiało być dziecko Mercy i Willa. Po drodze zadzwoniła jeszcze do męża, żeby dać mu znać, że przypadkiem wpadną do jego pracy, gdyby miał piętnaście minut wolnego, a potem zabrała JJa i wszystkie papiery, które musiała teraz ogarnąć, do gabinetu Willa i Stelli (dopiero zobaczyłam to dopasowanie imion, hm). Kiedy Will przyszedł, Mercy zdążyła już zrobić sobie kawę i próbowała sprawnie ogarnąć pracę, a Jackson kręcił się po pokoju, oglądając… te wszystkie lekarskie rzeczy, które tutaj były. - Hej, ile masz czasu? – spytała go na dzień dobry, oczywiście gotowa na ułożenie im planu. - Bo jeśli masz tylko chwilę, możecie iść na przykład sprawdzić, czy w sklepie na dole mają coś fajnego, ja potrzebuję ze dwudziestu minut, żeby to dokończyć – jasne, zawsze miło było zobaczyć Willa w ciągu dnia, ale przecież ściągnęła go głównie do opieki nad dzieckiem. - A jeśli możesz się na trochę urwać, możemy iść na jakieś… gofry? Bo oczywiście jesteśmy bez obiadu – wyjaśniła i zwróciła się do małego z pytaniem, czy chce gofra, ale na gofry z Mercy też nie miał ochoty.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-05-04, 23:29   Temat: Hartowie
Nie była przyzwyczajona do tego, że Will czegoś nie wie. To nie tak, że miałaby z tym jakiś problem albo uważała, że jest w tym coś złego, po prostu do tej pory była raczej przyzwyczajona do Willa, który podejmuje decyzje sprawnie i szybko, a przede wszystkim nie lubi rozmawiać o żadnych potencjalnych problemach czy sytuacjach, które mogą zadziać się dopiero za kilka lat. I chyba także z tego powodu zareagowała tak, jak zareagowała, gdy ją o to spytał w tym barze – założyła od razu, że to coś, o czym Will już sporo myślał i że ma na ten temat już jakąś konkretną opinię, dlatego to rusza. - Nie mówię, że bym chciała – zapewniła, chyba nawet odrobinę zaskoczona tą myślą: tym, że ona, Mercy, mogłaby chcieć mieć troje dzieci, kiedy nie mogła przecież urodzić ani jednego i kiedy psuła im wszystkie plany dotyczące dzieci, jakie do tej pory próbowali układać, łącznie z tym, z którym przez chwilę była w ciąży (bardzo dziwne mi to zdanie wyszło, chodzi mi o to, że Mercy była w ciąży z dzieckiem, a nie z planem, jakby co). - I nie, nie chodzi mi o to, że tylko twoje zdanie się liczy, chodzi mi bardziej o to, że… nie wiem, nawet gdyby tylko jedno z nas myślało trochę poważniej o dzieciach, to już byłby powód, żeby zostać przy większej liczbie pomieszczeń. To ma sens? – spojrzała na niego ze zmarszczonym czołem. Miała wrażenie, że nie umiała się jakoś sensownie wysłowić, a chodziło jej tylko o to, że naprawdę nie traktowała tego jak poważnej deklaracji ani nawet żadnego planu – o to byłoby jej ciężko zwłaszcza teraz, kiedy na dobrą sprawę nawet to drugie przestali na poważnie planować. - Okej – przytaknęła, powstrzymując się od wypominania mężowi, że absolutnie każdy dom, który nie miał dziury na środku podłogi, Will prawdopodobnie uznałby taki, który jest „naprawdę okej”. - Dobrze, że masz tę pracę w Bostonie, skoro nie muszę utrzymywać rodziny, z mojej pensji możemy kupować te twoje niesprzedane książki – zaproponowała, chociaż jest szansa, że jej własna matka ją wyprzedzi i wykupi cały zapas. O ile w ogóle się dowie, że jej ulubiony zięć wydał książkę. Póki co jej ulubiony zięć zadawał Mercy pytania, więc po prostu przytaknęła, chyba starając się pamiętać, że w takim razie nie może zacząć zaraz płakać, bo byłaby straszna siara.
Nie miała pojęcia, kiedy miał być ten dobry moment na dziecko i jakaś część niej od razu chciała zacząć mówić o tym, że ona rozumie, że pewnie zupełnie się do tego nie nadaje, że nie dziwi się, jeśli Nate (napisałam to i skoro temat jest o wspólnych dzieciach, to zbyt piękne, żeby poprawić) uważa, że dziecko właśnie z nią to jednak fatalny pomysł i że branie antydepresantów tym bardziej nie robią z niej lepszej kandydatki na czyjąkolwiek mamę (a może jednak?), ale udało jej się ugryźć w język i zamiast tego… po prostu kiwnęła głową. - Ja bym chciała – przytaknęła, a w świecie i głowie Mercy Hart to wciąż była dość duża i znacząca nowość: takie zwyczajne zaakceptowanie, nawet jeśli głównie przed samą sobą, tego, że tak, chciałaby mieć za jakiś czas dziecko (nawet jeśli wybrała sobie na to najgorszy moment w ciągu ponad siedmiu lat małżeństwa), zamiast skupiać się na tym, że muszą adoptować, bo ona jest zepsuta, że zawodzi Willa tą adopcją, skoro coś innego mu obiecała i że jest obrzydliwym człowiekiem, skoro nie umiała ucieszyć się z ciąży, gdy faktycznie jej było, a teraz nagle zebrało jej się na dzieci jak jakiemuś psu ogrodnika. Drugą ważną sprawą była też zgoda na to, że chce być dla Jacksona po prostu mamą, zamiast zasłaniać się jakimś głupim rodzicem i zastanawiać się, czy nie wpycha się gdzie nie trzeba, zabierając mu jego biologiczną mamę. - Ale z samym Jacksonem też jest dobrze, więc jeśli jednak coś się zmieni, to… w porządku – zapewniła, chyba próbując dać mu w ten sposób furtkę, gdyby on się jednak rozmyślił.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-05-03, 01:15   Temat: Hartowie
Jasne, że zgodziła się wziąć szkołę, nawet jeśli w tym momencie zupełnie nie czuła, że jest w stanie ogarnąć takie rzeczy. Nie uważała Willa za nieodpowiedzialnego, a tym bardziej nie uważała przeprowadzki za coś, co jest łatwe do ogarnięcia – nie było, bo składało się na nią wiele różnych, większych i mniejszych, łatwiejszych i trudniejszych rzeczy, o których trzeba pamiętać, zaplanować je w czasie i w odpowiedniej kolejności, a potem po kolei odhaczać kolejne punkty. I nawet jeśli przynajmniej o części z tych punktów pamiętała, to czuła się tym wszystkim dość mocno… przytłoczona? Była zmęczona, smutna i trochę rozbita (nie wiedziała czy to kwestia leków, czy po prostu była bezużyteczną pierdołą, która niczego nie potrafi zrobić ostatnio dobrze, ale na wszelki wypadek bliższa była jej ta druga wersja), a przez to ciężko było jej się za cokolwiek zabrać, a tym bardziej za sprawy, których nie załatwi jedna rozmowa telefoniczna ani szybki reaserch w Internecie. Na szczęście ogarnięcie zmiany szkoły wciąż było chyba trochę łatwiejsze od ogarnięcia całej przeprowadzki, a kilka godzin później chyba nawet odrobinę się ucieszyła, że to ona dostała szkołę – słuchając opowieści JJa (a Mercy miała przy tym taką minę, jakby jej ośmiolatek właśnie relacjonował, jak walczył z kolegami zamknięty w klatce) zanotowała sobie w głowie, żeby, jeśli to możliwe, spróbować znaleźć w Bostonie szkołę z jak najmniejszą liczbą schodów. I nawet jeśli po tych kilku godzinach, jakie mogli jeszcze spędzić z Jacksonem, zanim mały poszedł spać, czuła się dość mocno wymięta i może nawet trochę bardziej rozluźniona – przy Jacksonie nie musiała się ciągle zastanawiać, czy nie reaguje nieodpowiednio, co ostatnio dość często robiła chyba przy Willu. To znaczy, pewnie, może powinna się nad tym zastanawiać też przy JJu, bo bez zastanowienia mogłaby z góry założyć, że robi źle całe mnóstwo rzeczy, ale nawet jeśli powiedziałaby coś źle albo okazała niewystarczająco entuzjazmu, to ich syn raczej tego nie oceniał i nie zaproponowałby jej potem wizyty u terapeuty, bo jest beznadziejna i chujowo się z nią żyje.
Po tym, jak Jackson zasnął, na dół zeszła chyba głównie po to, żeby nie być frajerką, która chodzi spać o tej samej porze co ich dziecko, nawet jeśli głowa bolała ją tak, że miała wrażenie, że zaraz jej pęknie na pół. Usiadła na kanapie, pewnie przy zachowaniu jakiegoś lekkiego dystansu, i położyła głowę na jej oparciu. - Wszystko aktualne? – upewniła się. - Fajnie, będziesz musiał do nich pojechać czy uda się to załatwić przez Internet? – spytała, skoro jeszcze dzisiaj rozmawiali, że to może być kiepski moment na wyjazd. - No pewnie – przytaknęła, wzruszając lekko ramionami. Naprawdę chciała się tym wszystkim cieszyć bardziej – tym, że jej mąż najwyraźniej nie planuje się z nią rozwodzić, nawet jeśli nie robi tak szybkich postępów w leczeniu jak by chciała i tym, że być może znaleźli sobie właśnie nowy dom, ale to wszystko wciąż było zwyczajnie… trudne. Ciężko było jej się tym wszystkim entuzjazmować, chociaż pewnie nie umiałaby nawet wyjaśnić, czemu tak jest i domyślała się – a przede wszystkim, bardzo się tym martwiło – że życie z nią i planowanie z nią czegokolwiek musiało być teraz niesamowicie męczącym doświadczeniem, tym bardziej, że przecież coś podobnego usłyszała od Willa podczas ich ostatniej wizyty w Bostonie i zdecydowanie potraktowała to jako zarzut. Teraz, trochę jakby próbowała uprzedzić w tym męża, sama miała do siebie duże pretensje o to, jak się zachowuje i, może nawet bardziej, o to jak się nie zachowuje, dlatego próbowała to wszystko ogarnąć bardzo sprawnie i bardzo zdecydowanie, zwłaszcza że wiedziała przecież, że Will nie jest raczej kimś, z kim można dłużej pogadać o tym, jaki mają obecnie kolor ścian w salonie. Robiła więc coś bardzo głupiego – martwiąc się tym, że nie będzie potrafiła cieszyć się tym wystarczająco (i tym, że Will tak pomyśli), sama sobie zabierała wszystko, co w kupowaniu nowego domu mogłoby być fajne. - Ogródek jest w porządku, pokoje też, a o ogrzewaniu nie mam pojęcia. Tylko… jest chyba trochę za duży jak na trzy osoby? – wcześniej nie zwróciła na to większej uwagi, patrząc na zdjęcia i plan, wychodziła z założenia, że jeśli nie potrzebują dodatkowej sypialni, mogą tam wstawić biurko Willa i tyle. Dopiero kiedy Jackson mógł wybierać spośród kilku dziecięcych sypialni, uświadomiła sobie, że planują kupić dom z kilkoma pokojami dla dzieci, których oni przecież nie mieli i było w tej myśli coś bardzo niewygodnego, tym bardziej, że temat dziecka stał się chyba jeszcze większą niewiadomą niż przeprowadzka, a ona nie miała innego wyjścia niż po prostu o to spytać. - Poczekaj, nie chcę cię spytać, czy ten dom jest za duży czy nie. Chodzi mi o to, że… w Bostonie próbowałeś ze mną porozmawiać o tym, czy planujemy więcej dzieci, ale… właściwie nie wiem, czy ty byś chciał. Ja… nie chodzi mi o teraz, bo wiem, że teraz jest dość… kiepsko, ale… kiedyś, za jakiś czas, chciałbyś mieć więcej niż dwoje dzieci? To… nie wiem, nie chodzi mi teraz o żadne poważne deklaracje, żeby potem cię z tego rozliczać, po prostu wydaje mi się, że jeśli bierzesz to pod uwagę, to wtedy może faktycznie warto mieć trochę miejsca w zapasie, nawet jeśli później okaże się, że go nie wykorzystamy. Ale jeśli już teraz wiemy, że to nie jest żadna opcja, możemy się jeszcze trochę rozejrzeć za domem, który ma mniej pomieszczeń – chyba łatwiej byłoby im potem przerobić sypialnię gościnną (albo składzik JJa) na pokój dziecka niż za kilka lat zorientować się, że jednak mają za mało miejsca i muszą się znów przenieść, jeśli chcą, żeby Rory nie musiała spać pod schodami.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-05-02, 17:34   Temat: Hartowie
Po prostu skinęła głową, godząc się na to, że okładki pooglądają sobie potem – co mogło być pierwszą rzeczą, którą zrobią wspólnie od jakiegoś czasu, jakby się nad tym zastanowić – bardzo próbując nie martwić się tym, czy może przypadkiem nie zrobiła czegoś źle po raz kolejny, przez co Will uznał, że nie będzie pokazywał tych okładek swojej beznadziejnej żonie. Zamiast tego usiadła przy stole, o ile mieli stół w okolicy, zjadła ze dwie łyżki i dopiero wtedy spojrzała na Willa. - Hm, nie wiem, niekoniecznie? – bardziej go spytała niż zajęła stanowisko. - Nie planowaliśmy chyba lecieć do Bostonu w najbliższym czasie, a ty kończysz teraz rzeczy z książką, jest koniec semestru i pewnie ciężko byłoby tu wcisnąć kilka dni wolnego, żeby lecieć oglądać domy. A nie sądzę, żeby jacyś ludzie zgodzili się nie sprzedawać domu przez kolejny miesiąc, bo my byśmy chcieli go jeszcze zobaczyć i może wtedy się zdecydujemy, nie mówiąc już o tym, że jeśli my będziemy czekać jeszcze trochę, to zaraz będzie już na tyle późno, że jedyną opcją będzie zamieszkanie w moim szpitalu – wzruszyła lekko ramionami. Oczywiście, że chciałaby zobaczyć miejsce, w którym mogą zamieszkać, zanim podjęliby jakieś poważniejsze kroki, ale w tym momencie najbardziej zależało jej na tym, żeby mieli jakikolwiek dom, nawet jeśli miałby być brzydki. I choć nie miała żadnego sensownego powodu, by się tak poczuć, chyba dość mocno zaskoczyło ją, że Will faktycznie nie załatwił przecież jeszcze niczego w związku ze swoją nową pracą. Bo i dlaczego miałoby mu na tym zależeć – ta przeprowadzka była ważna dla niej, ale najwyraźniej dla nikogo innego, a ona w jakiś sposób to rozumiała, bo gdyby tylko miała taką możliwość, też nie chciałaby ze sobą mieszkać. - No, tak – przytaknęła. - Musimy wypisać Jacksona z obecnej szkoły, sprawdzić, czy w tej w Bostonie w ogóle jest jeszcze miejsce, a jeśli nie, to znaleźć mu nową szkołę, wystawić ten dom, sprzedać dom, kupić jakiś i sprawdzić, czy możemy się tam wprowadzać od razu czy trzeba robić jakiś remont, spakować wszystko, zastanowić się, jak to przewieźć, zdecydować, co zabieramy, a co musimy kupić, pewnie wysłać mnie do psychiatry w Bostonie, dowiedzieć się, gdzie będziemy mieszkać, żeby zmienić adresy w bankach i wszędzie indziej… i ogarnąć wszystkie inne rzeczy, które trzeba zrobić, kiedy myślisz o przeprowadzce do innego stanu – wzruszyła ramionami, celowo mówiąc „myślisz” – w ich przypadku „planowanie” było chyba zdecydowanie za dużym słowem. - Jeśli jednak chcesz szukać winnych, to ja w tym domu jestem na antydepresantach – przypomniała. Nie była na niego zła (nawet jeśli nie rozumiała jego zachowania w związku z pracą) ani nie uważała, że Will powinien się tym wszystkim zająć dużo wcześniej, przecież ona, w przeciwieństwie do męża, miała chyba sporo wolnego czasu, nawet jeśli przeznaczała go głównie na leżenie i płakanie. Przystopowali, kiedy Will powiedział, że nie może teraz myśleć o przeprowadzce, ale nie mógł tego robić z powodu Mercy, a przecież od tego czasu wcale nie było między nimi lepiej – przecież oni się już nawet nie całowali, a zamiast tego Will musiał ją namawiać, żeby poszła spać, to jaką wspólną przyszłość oni mieliby teraz planować? Dlatego nawet jeśli chciałaby to wiedzieć, jedyne, co mogła mu powiedzieć, to: - Nie wiem – przyznała, patrząc na niego dość przepraszająco, ale… skąd miała to wiedzieć? Zwłaszcza kiedy wciąż łapała każdą okazję, żeby samej sobie dokopać, więc lista powodów, przez które Will mógł (może nawet powinien) się rozmyślić, ciągnęła się bez końca. - Wiem, że chcesz – zapewniła dość łagodnie. - Ale ja wcale tego od ciebie nie oczekuję. Właściwie to nawet tego nie chcę, chcę, żebyśmy razem mieli dom, który jest… w porządku. A nie, żebyś wszystko robił sam, myśląc o tym, żeby tylko mi było dobrze – wzruszyła lekko ramionami.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-05-01, 20:38   Temat: Hartowie
Kiedy okazało się, że ma się o niego nie martwić (teraz czy tak ogólnie?) po prostu pokiwała głową i poszła do kuchni, żeby ogarnąć jedzenie tylko sobie, skoro Will nie chciał. A kiedy już usiadła na szafce, czekając, aż jej obiad się nagrzeje, w odpowiedzi na jego pytanie mogła tylko wzruszyć ramionami, może nawet trochę przepraszająco – jedyne, co mogłaby mu teraz powiedzieć, to że zwyczajnie nie wyglądał, jakby te zdjęcia mu się podobały, ale sama dobrze wiedziała, że to zwyczajnie głupie. Tym bardziej, że chyba nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłoby jakoś mocno przeszkadzać Willowi w tym, jak wygląda jakiś dom – na kolor ścian albo mebli pewnie nie zwrócił nawet większej uwagi, bo domyślała się, że takie rzeczy zwyczajnie go nie obchodziły. I choć to ona wspomniała o tym, że ten dom jej się podoba i że mają coraz mniej czasu na przeprowadzkę, propozycja Willa mimo wszystko trochę go zaskoczyła. Chciał to robić tak… tak od razu, jakby decydowali się nie na dom, a na nowy, nie wiem, dzbanek filtrujący? Mam wrażenie, że Mercy nawet z decyzją o dzbanku chciałaby poczekać dłużej, ale przecież obiecała sobie, że tym razem niczego im nie spieprzy jeszcze bardziej. Nie będzie marudzić ani kręcić na nic nosem, nie będzie się upierać na szukanie domu idealnego i… okej, chyba mogła przeprowadzić się do miejsca, którego nie widziała na żywo, skoro Will je zaakceptował – oczywiście o ile obecni właściciele będą chcieli im ten dom sprzedać. Nie tylko dlatego, że coraz bardziej uwierał ją ten brak konkretów i zachowywanie się mniej więcej tak, jakby ona zamierzała przenieść się do jakiegoś schowka w nowym szpitalu, a Will zostałby ze Stellą w Chicago, ale też dlatego, że przecież miała już sporą wprawę w mieszkaniu w domach, którym daleko było do idealnych. Przetrwała w domu zmarłej teściowej, a teraz mieszkali w miejscu, w którym wydarzyły się chyba wszystkie najgorsze rzeczy w trakcie ich małżeństwa, dom numer cztery miał naprawdę wyjątkowo nisko zawieszoną poprzeczkę (zwłaszcza jak na Mercy). - Możemy poczekać, aż Jackson wróci z karate? – zaproponowała. - Jeśli spojrzy na te zdjęcia i on też powie, że są okej, to możemy dzwonić dzisiaj, ale… chciałabym, żeby spojrzał? – podobnie jak w przypadku męża, nie wiedziała, co miałoby się nie podobać Jacksonowi w zdjęciach domu zamieszkanego przez innych ludzi, ale chyba zakładała, że cała ta przeprowadzka może być wystarczająco trudna z wielu różnych powodów i nie chciała stawiać ich dziecka przed faktem, jakby nikt się z jego zdaniem nie liczył i się nim nie interesował, więc będzie musiał spakować zabawki i przenieść się tam, dokąd mu każą. Mikrofalówka zaczęła hałasować już drugi raz, przypominając o jej obiedzie, więc zostawiła Willowi masło orzechowe, a sama zsunęła się z szafki, by naciągnąć rękawy bluzy na palce i w ten sposób spróbować się nie poparzyć, wyciągając gorącą miskę. Dość mocno martwiło ją, że tym razem chyba też reagowała niewystarczająco entuzjastycznie, dokładnie jak poprzednim razem, dlatego żeby próbować się wokół tego nie zafiksować tak, jak potrafiła (i jak często robiła), spojrzała na Willa i zaproponowała: - Pokażesz mi te okładki?
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-05-01, 00:44   Temat: Hartowie
– Okej, a jadłeś coś, odkąd wyszedłeś z domu? – dopytała jeszcze, bo może musieli nauczyć się jeść na śniadanie coś poza kawą, żeby ich dziecko miało towarzystwo. I nawet jeśli jej pytania były teraz głupie czy zwyczajnie upierdliwe, to własnego jedzenia pilnowała ostatnio właśnie w taki sposób – nie dlatego, że miała z nim jakiś problem, chyba po prostu znów próbowała stać się tym odpowiedzialnym i rozsądnym dorosłym, jakim była przez większość życia (pewnie nawet sporo wcześniej zanim prawnie stała się pełnoletnia), a skoro powinna jeść i nie siedzieć po nocach nad książkami, właśnie to starała się robić, nawet jeśli jedną z konsekwencji najwyraźniej okazało się pilnowanie także jedzenia Willa. - Jeśli ty nie chcesz, to pewnie – przytaknęła, wzruszając delikatnie ramionami. Nie czuła teraz jakoś szczególnie dobra w podejmowaniu decyzji, ale skoro wybierała mu golfy, to okładkę też przecież mogła. Tym bardziej, że mieli przecież to samo nazwisko, byłoby trochę głupio, gdyby wydrukowali je na jakiejś brzydkiej okładce – nawet jeśli ona najwyraźniej o własnej publikacji mogła tylko pomarzyć, tak samo jak o dwóch doktoratach, na które się nie zapowiadało, choć była już po trzydziestce (i to ile, całe półtora roku?). A skoro w ich małżeństwie to ona nie robiła kariery naukowej, widocznie miała czas na sprawdzenie maili i zastanawianie się nad ich przyszłością, bo kiedy okazało się, że Will nawet nie widział tej kolejnej oferty, poczuła się odrobinę… głupio. Jakby wyskakiwała z jakimś bzdurnym tematem, zawracając tylko Willowi głowę. - Nie musisz tego sprawdzać teraz, możemy porozmawiać o tym innym razem – zaproponowała, ale kiedy Will i tak sięgnął po telefon, nie mogła się powstrzymać i wpatrywała się w niego dość uważnie, z nadzieją, że po jego minie zorientuje się, co on o tym sądzi. - Nie podoba ci się? – spytała i bardzo starała się naprawdę zadać mu pytanie, zamiast z góry założyć, że Willowi się nie podoba, więc spora zmienić temat albo po prostu zakleić sobie usta masłem orzechowym, żeby nie mogła dalej poruszać głupich tematów. Tym bardziej, że znali się już na tyle, że wiedziała, że ciężko byłoby znaleźć zdjęcia salonu, który nie podobałby się Willowi, ale… może po prostu nie podobało mu się to, że musi teraz patrzeć na domy w Bostonie? Tego też dość pilnie potrzebowała się dowiedzieć. - Podoba mi się przede wszystkim na zasadzie „jeśli we wrześniu planujemy mieszkać w Bostonie, to chyba pora znaleźć dom” – wyjaśniła. Zaczęła od jeśli zupełnie na serio, bo byli chyba już na tym etapie, gdzie Mercy nie wiedziała, jakie oni mają plany, skoro ona miała już chyba podpisaną umowę w Bostonie (miała?), a Will nie zamierzał się nawet zdeklarować na obecnej uczelni, czy u nich zostaje, co dość ciężko było pogodzić. I choć dobrze pamiętała, co Will powiedział o tym, że nie umie planować teraz przeprowadzki, zupełnie nie wiedziała, jak powinna to traktować – jako ultimatum, że albo ona się ogarnie, albo on z nią nie pojedzie? A co, jeśli ogarniała się za słabo, skoro Will zamykał rok akademicki, ale zachowywał się, jakby wciąż nie wiedział, gdzie chciał pracować w następnym? - Nie wiem, czy kanapa zostaje, czy właściciele zabierają meble, ale może by się zlitowali, gdyby dowiedzieli się, że sami nie umiemy sobie kupować mebli – zasugerowała i wyciągnęła w jego stronę słoik, gdyby Will chciał się zapchać masłem.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-30, 11:43   Temat: Hartowie
97

Od kilku dni czuła się zwyczajnie… chora? Nie pod względem psychicznym – tutaj czuła się dość kiepsko, ale porównując to z ostatnim rokiem, to było raczej w jej nowej normie – ale fizycznie. I niezależnie od tego, jak kiepsko by to o niej nie świadczyło, okazało się, że o wiele łatwiej jest jej przestać próbować się zajechać i przestać wkręcać sobie, że musi robić zdecydowanie więcej niż do tej pory, kiedy jej objawy były czysto fizycznie. Nigdy się ze sobą specjalnie nie cackała i pewnie dopiero czterdziestostopniowa gorączka powstrzymywała ją przed pójściem do pracy czy na zajęcia, ale tym razem pomogło to, że to wszystko było bardzo… namacalne. Brała tabletki, których najwyraźniej potrzebowała, a kiedy zaczynały działać, ona zaczynała czuć się gorzej, więc to chyba znak, że najwyższa pora trochę się sobą zaopiekować. Także po to, by Will nie musiał tego robić, bo Mercy naprawdę wiedziała, że ostatnio przeginała ze swoją nauką po nocach i czyszczeniem piekarników, ale robiła to wszystko, cały czas mając w głowie tę uporczywą myśl, że jutro albo za kilka dni może zacząć się gorzej czuć i już nie będzie wtedy mogła tego zrobić. A skoro to gorsze właśnie trwało (a przynajmniej miała taką nadzieję, bo jeśli okaże się, że za kilka dni będzie zdecydowanie gorzej, a ona mogła wykorzystać ten czas na naukę i ogarnianie, będzie naprawdę wkurwiona), chyba nie miała innego sensownego wyjścia niż zwyczajnie zwolnić i dać sobie chwilę. Dlatego gdy Will wrócił dzisiaj do domu, Mercy była właśnie w trakcie drzemania na kanapie – co prawda gdzieś obok niej leżał podręcznik, ale od kilku dni i tak go nie otworzyła, więc wzięła go ze sobą na dół raczej na wszelki wypadek niż z myślą o tym, że jak się zepnie, to uda jej się poczytać, nawet jeśli czułaby, że głowa zaraz pęknie jej na pół. Kręcący się po domu Will ją obudził, ale najpierw otworzyła tylko jedno oko i podciągnęła wyżej koc, bo potrzebowała jeszcze chwili, by zdecydować, czy jest gotowa już wstać i żeby zorientować się, że skoro jej mąż był w domu, to pewnie była już pora obiadu, a ona od rana nic nie jadła. Dlatego kiedy już zdecydowała, że wstaje i usiadła na kanapie, spojrzała na Willa i jeśli usiadł gdzieś obok, to wyciągnęła rękę, żeby przeczesać mu włosy palcami. A jeśli nie siedział obok, no to nie. - Jadłeś coś? – spytała, gotowa przystąpić do negocjacji dotyczących tego, ile warzyw zje Will, mimo że ich dziecka nie było w pobliżu. Gdy już się czegoś dowiedziała, wyplątała się z koca i poszła po kuchni, zgarniając przy okazji jakiś kubek po porannej kawie. - Co robiłeś w pracy? – spytała jeszcze, kręcąc się po kuchni w poszukiwaniu czegoś, co sama mogła zjeść – a nie było łatwo, bo w ogóle nie była głodna i bardziej wiedziała, że powinna, niż faktycznie miała na cokolwiek ochotę. Kiedy wreszcie udało jej się podjąć decyzję i włączyć mikrofalę, usiadła na kuchennej szafce. - Właściwie to podoba mi się ten ostatni dom, który wysłała nam agencja – powiedziała, wzruszając lekko ramionami, nie do końca wiedząc, czy nie usłyszy zaraz, że Will wciąż nie zamierza planować przeprowadzki, może nawet w ogóle. - A przynajmniej w porównaniu z tymi, które pokazywała nam wcześniej – wzruszyła ramionami jeszcze raz, tak na wszelki wypadek, a potem wpakowała sobie do buzi łyżeczkę masła orzechowego, bo najwyraźniej o kaloryczność wmuszanego w siebie jedzenia też dbała.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-24, 21:59   Temat: Hartowie
Zmarszczyła lekko czoło, słysząc pytanie Willa, ale w żaden sposób tego nie skomentowała i powiedziała po prostu: - Gotuję zupę, żebyście mogli ją potem odgrzać i zjeść. A robię to w nocy, bo wcześniej nie zdążyłam – wyjaśniła, znów starając się brzmieć, jakby to była zupełnie normalna rzecz, którą robili absolutnie wszyscy. Nawet jeśli tak naprawdę dobrze wiedziała, że może i sporo ludzi gotuje sobie zupy, ale wybierają do tego nieco bardziej pasujące pory niż środek nocy, kiedy reszta rodziny spała. Nie mogła jednak za dużo na to poradzić – przecież i tak nie dała rady zasnąć, bo… zwyczajnie się bała? Wiedziała, że to głupie, ale wciąż czuła się tak, jakby mogła tylko czekać, aż wszystkie pierdolnie i wydarzy się coś bardzo złego – nawet jeśli patrząc na to obiektywnie, to przecież nie będzie wcale taka wielka tragedia, nawet jeśli naprawdę leki trochę jej dokopią. Zawsze chciała być jak najlepiej przygotowana (na ten egzamin u Willa też chciała, tylko tamtym razem akurat nie wyszło), a teraz nie mogła pozbyć się wrażenia, że wciąż robi za mało i musi zrobić jeszcze całą masę rzeczy. Nie takich, które pomogłyby jej – nie wiedziałaby nawet, co mogłoby to być – ale takich, które chociaż odrobinę odciążyłyby Willa, bo jeśli znów dom, dziecko, praca i żona w kryzysie będą na jego głowie, to niech przynajmniej nie martwi się za bardzo gotowaniem, a zamiast tego po prostu odgrzeje JJowi zupę. Chyba właśnie to było w tym dla niej najtrudniejsze: świadomość, że znów za bardzo obciąży Willa i że znów będzie miał przez nią za ciężko, bo tak jak on czuł, że nie dał rady po operacji Mercy, ona za to wciąż czuła się paskudnie z tym, że poprzednim razem postawiła go w takiej sytuacji, zupełnie jakby, zwłaszcza w tych pierwszych dniach po powrocie do domu ze szpitala, miała na to jakiś większy wpływ. Do tego wszystkiego dochodziła dość duża ilość stresu związana z tym, co czeka ich w ciągu najbliższych miesięcy – depresja to jedno, ale przecież oni do września powinni mieć już sprzedany dom w Chicago, znaleźć w Bostonie dom, do którego się przeprowadzą i mieć ogarniętą i załatwioną szkołę, do której przeniesie się ich dziecko, kiedy do tej pory ani trochę chyba nie zbliżyli się, by cokolwiek z tych rzeczy ogarnąć. A jakby nie było to wystarczająco stresujące, miała jeszcze egzamin, którego przecież za nic w świecie nie mogła zawalić, bo czekała na niego, odkąd była w liceum i postanowiła, że zostanie chirurgiem. Im mniej czasu mieli, tym Mercy miała wrażenie, że to wszystko coraz bardziej jej się wymyka, a skoro sama mogła zadbać przynajmniej o własny egzamin, to chciała się do niego przygotować tak dobrze, jak była w stanie. I przynajmniej tej jednej rzeczy w swoim życiu nie spieprzyć. - Idę – zapewniła po prostu, ale nad kolejnym pytaniem Willa musiała się nieco bardziej zastanowić. Rozejrzała się za swoim telefonem, który wreszcie znalazła pod trzecią z książek, które podniosła, a kiedy spojrzała na godzinę, przeklęła pod nosem, bo w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: nie zdąży. Wzięła głęboki oddech, próbując nie zacząć za bardzo panikować, a potem znów schowała telefon pod podręcznik i spojrzała na Willa, wyglądając jednak na dość mocno spanikowaną. - Potrzebujesz czegoś? Bo… bo ja muszę wracać i się dalej uczyć, muszę dzisiaj jeszcze dużo powtórzyć i… i myślałam, że jest trochę wcześniej – założyła włosy za uszy, próbując nie zwracać uwagi, że trzęsą jej się ręce. - Muszę z tym zdążyć – powiedziała trochę do niego, a trochę do siebie, z każdą chwilą coraz bardziej niespokojna. - Więc… więc muszę się dalej uczyć – powtórzyła i po prostu przyciągnęła do siebie jedną z książek, próbując rozczytać, co tam w ogóle było napisane. Nie ma sensu panikować, jeszcze zdąży. Will wróci spać, a ona zrobi sobie kolejną kawę i zdąży.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-21, 00:48   Temat: Hartowie
Nie wszystko z tego, co mówił Will, jej się podobało, ale… wiedziała przecież, że ma rację. Miał rację, gdy mówił, że nie był od pilnowania jej, skoro nieoczekiwanie została człowiekiem, który ma własnego psychiatrę i z pewnością miał rację, kiedy mówił, że może mieć wpływ na chodzenie na terapię, branie tabletek czy jedzenie czegoś więcej niż batony od Brendy. Nawet jeśli to wszystko w praktyce miało okazać się dużo bardziej skomplikowane, co wiedziała już teraz – wciąż miała w sobie duże opory przed leczeniem i gdyby to zależało tylko od niej, Ale przecież to nie zależało tylko od niej – miała męża i dziecko, dlatego wzięła dzisiaj tę tabletkę i dlatego zgodziła się iść na wizytę do kogoś, kto był na tyle kiepski, że mógł ją przyjąć od razu. I choć obecnie była w takim nastroju na samobiczowanie się, że w pierwszej chwili chciała mu przypomnieć, że przecież nie mieli wcale dzieci, a wszystko przez nią (nie, propozycja Willa, by nie szukać winnych, zupełnie do niej nie przemawiała), zamiast tego wzruszyła jedynie ramionami. - O ciebie też – mruknęła, nie odrywając wzroku od tych sznurków. Oczywiście, że myślała o JJu, ale wcale nie kłamała, kiedy powiedziała Willowi, że będzie o nich walczyć – o Mercy i o Willa – i tylko dlatego poszła z nim na terapię. Teraz jednak powiedziała to trochę tak, jakby przyznawała się przed nim do porażki, bo przecież… chyba nie umiała walczyć o nich tak jak chciała, a przede wszystkim – tak jak powinna.
A jeśli wtedy mogła to tylko przypuszczać, kilka kolejnych dni udowodniło, że Mercy miała rację: skoro nie potrafiła dbać nawet o siebie, to jak miałaby niby potrafić zawalczyć o ich trójkę? Naprawdę chciała – wiedziała, że powinna przynajmniej próbować kłaść się spać o rozsądnej porze, jeść, nie przepracowywać się i robić wszystkie te rzeczy, które robią ludzie, którzy próbują o siebie dbać. Niestety to zawsze znajdowało się bardzo nisko na liście priorytetów Mercy – gdyby kiedykolwiek uznała, że może dziś warto się wcześniej położyć do łóżka zamiast siedzieć i pracować po nocy, to chyba byłby znak, że trzeba dzwonić po karetkę. Teraz chodziło jednak o coś innego, bo Mercy najzwyczajniej się bała. Bała się utraty kontroli, bała się tego, jak będzie się czuła po tabletkach i tego, że teraz nie jest w stanie niczego sobie zaplanować, bo przecież nie mają pojęcia, jak się będzie czuła w przyszłym tygodniu. Samo w sobie mogło to wywoływać sporo stresu, nawet jeśli nie byłeś Mercy Hart, ale kiedy już jesteś Mercy Hart… poziom stresu w ostatnich dniach skoczył jej pod sam sufit. Starała się pomyśleć absolutnie o wszystkim i nadgonić tyle, ile tylko była w stanie, żeby tylko nic jej nie zaskoczyło i nie popsuło planów, a że przy okazji wciąż pracowała i starała się spędzać czas z własnym dzieckiem (może nawet więcej niż zazwyczaj, skoro z tym czasem też mogło być różnie), to musiała to robić głównie w nocy. Wiedziała, że to idiotyczne i średnio odpowiedzialne – miała o siebie przecież dbać, zamiast sprawdzać, jak długo wytrzyma bez snu, miała trochę zbyt odpowiedzialną pracę, żeby przychodzić do szpitala jak zombie, jej mężowi się to nie podobało i, nawet jeśli to odkrycie było wyjątkowo dziwne, zaczynała się już robić na to trochę za stara. Dlatego dziś wieczorem, kiedy już wyszorowała piekarnik (jest duża szansa, że jeszcze kilka dni temu nie wiedziała, że ludzie to robią) i zamówiła pięcioletni zapas filtrów do dzbanka, mogła iść z Willem na górę i próbować zasnąć.
Rzecz w tym, że nie mogła. Im dłużej leżała przy śpiącym Willu, tym mocniejszy stawał się ucisk w jej klatce piersiowej, przez który miała wrażenie, że coraz ciężej jej się oddycha. Może dlatego, że tak naprawdę wcale nie chciała zasnąć, bo przetrwała dzisiejszy dzień, ale nie miała gwarancji, że jutrzejszy też przetrwa. Dlatego była niespokojna, zestresowana, zmartwiona i przejęta. I dlatego, gdy uświadomiła sobie, że powinni mieć jeszcze w którejś szafce pomidory, po prostu zeszła na dół, żeby w środku nocy zabrać się za robienie spaghetti. Kiedy podczas robienia sosu udało jej się nie spalić kuchni, przy okazji zabrała się też za zupę, której musiała przecież pilnować, więc gdy Will zszedł na dół, pewnie koło trzeciej w nocy, na kuchence stał garnek, a Mercy siedziała nad pięcioma otwartymi książkami, bo przecież nie zmarnuje okazji, żeby się trochę pouczyć. - Robię zupę – powiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, a ona wcale nie zaczynała przypominać zombie. - I zrobiłam sos, więc musimy kupić makaron – dodała i spojrzała na Willa, najwyraźniej zupełnie serio zastanawiając się, czy przegnie, jeśli teraz powie, że pojedzie kupić ten makaron od razu, zupełnie jakby nie mieli w lodówce i szafkach jakiejś absurdalnej ilości jedzenia, którego za sprawą Mercy wciąż przybywało.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-13, 00:53   Temat: Hartowie
To też było niesamowicie frustrujące – świadomość, że działy się rzeczy, na które Mercy faktycznie nie miała żadnego wpływu. Zwykle przecież wystarczyło, żeby postarała się trochę bardziej niż do tej pory (albo bardziej niż inni): dłużej posiedziała nad książkami, częściej trenowała lub więcej biegała i udawało jej się osiągnąć to, co sobie zaplanowała. Teraz, choć bardzo chciała po prostu robić więcej, by móc pomóc, że cokolwiek tutaj jeszcze od niej zależy, trudno było jej pogodzić się z myślą, że niewiele może z tym zrobić. Tym bardziej, że… to przecież nie był pierwszy raz. Już od ponad roku działy się rzeczy, które działy się jakby poza nią – nie mogła tego zmienić, zaplanować ani nic z tym zrobić (nawet jeśli głównie się z nimi nie zgadzała lub ich nie chciała, to też nie miało żadnego znaczenia), a ona chciała po prostu odzyskać kontrolę nad tym, co się działo w ich życiu. Bez pomocy tabletek i już teraz, a nie najwcześniej za kilka tygodni. Dlatego gdy po raz kolejny usłyszała, że to nie zależy od niej (i pewnie, co za tym idzie, obwinianie się o to było głupotą), po prostu westchnęła, patrząc na niego z miną niezadowolonej z życia Mercy (niezadowolonej tak ogólnie, a nie, że obrażonej na niego). - Ja też nie wiem, ale bardzo chętnie miałabym na cokolwiek wpływ – przyznała. Nie do końca podobało jej się, że Will mówił dość rozsądne rzeczy i niezbyt miała możliwość, żeby się z nim trochę nie zgadzać i dalej marudzić, nawet jeśli dobrze było wiedzieć, że chociaż on jej za to nie obwinia (chociaż, znając Mercy, ona obwiniała się pewnie na tyle, że spokojnie można by to rozdzielić na dwie osoby). - Mhm, ale ja nie chcę, żeby mi się guz wchłonął, ja po prostu nie chcę brać antydepresantów – przypomniała mu, najwyraźniej wciąż trochę przekonana, że to dwie zupełnie różne sytuacje i porównywanie ich jest bez sensu. Głównie dlatego, że Will miał rację, ale to nie znaczyło jeszcze, że łatwiej jej było zaakceptować swoje tabsy.
Pytała go o bardzo konkretną rzecz – o to, na ile jest jeszcze jego żoną albo drugim rodzicem Jacksona, a na ile zostanie teraz pacjentką, którą w mniejszym lub większym stopniu trzeba kontrolować i się nią zajmować, tak jak Will robił to po jej operacji, kiedy ani jako żona, ani jako mama, Mercy nie nadawała się do niczego. Powiedziała mu przed chwilą (u mnie przed chwilą, u nich chyba za chwilę dopiero), że sama sobie nie ufa przez te tabletki (co brzmi znajomo, ale w niezamierzony sposób, serio) i chciała wiedzieć, na ile Will jej ufa, a na ile chce, by mówiła mu na przykład o tym, że gorzej się czuje w sposób, w jaki warto poinformować o tym swojego lekarza, a nie męża. Skoro jednak Will zapewniał, że wcale nie chciał i nie potrzebował jej kontrolować, chyba mogła założyć, że wciąż ufa jej choć trochę i pokiwała głową. - Wiem – zapewniła, a po chwili dodała: - To znaczy, wiem, że mogę ci mówić o takich rzeczach, nie pytałam, czy muszę to robić, bo teraz tego ode mnie wymagasz, bardziej… bardziej czy powinnam to robić, żeby ktoś mnie, nie wiem, pilnował – wzruszyła ramionami. Nie zauważyła, że ma depresję (może nawet czasami wciąż nie zauważała, niesamowicie dziwnie myślało jej się o sobie samej w tych kategoriach), więc mogła nie zauważyć, że jej się pogarsza. Może nawet mogła nie zauważyć, że jej się polepsza, co martwiło ją jeszcze bardziej. - Akurat ty powinieneś być do tego przyzwyczajony – wytknęła mu, ale dość łagodnie, bo przecież Mercy czego się nie dotknęła, bardzo dużo od siebie wymagała, więc z własnym leczeniem musiało być podobnie. - Możesz mnie zamknąć w garażu i wypuścić dopiero jak Jackson zaśnie – zaproponowała, pewnie trochę zaskoczona tym, że Will nie rozumiał, jak ona mogła coś zepsuć – sama miała wrażenie, że psuła im ostatnio wszystko, co się działo. - Chodzi mi o to, że… zepsuję to tak, jak ostatnim razem, kiedy byliśmy w Bostonie. Kiedy coś zaplanowaliśmy, mieliśmy coś robić, ale przeze mnie nic z tego nie wyszło – wzruszyła ramionami. Mieli przecież zabrać się za szukanie domu i rzeczy związane z adopcją, a przez Mercy Will nie chciał już robić ani jednego, ani drugiego. A ona naprawdę nie chciała im niczego zepsuć i nie do końca wiedziała nawet, że to robi, dlatego tym bardziej obawiała się, że tym razem będzie podobnie – źle zareaguje, powie coś złego i znów wszyscy będą źli, sfrustrowani i zniechęceni. Może przynajmniej z balonami wszystko się uda, bo sięgnęła po sznurki, przy których poddał się Will, żeby spróbować je rozplątać.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-11, 13:03   Temat: Hartowie
Jasne, że nazywanie Mercy dzielną mocno ją zaskoczyło, ale… wcale nie dlatego, że jej samej wcześniej nie przyszło to do głowy. Zaskoczyło ją przede wszystkim to, że sama uważała coś zupełnie przeciwnego. Przecież dzielna to by była, gdyby potrafiła poradzić sobie z tym wszystkim sama, zamiast łazić do psychiatry i dusić się od płaczu nad opakowaniem antydepresantów. Nie widziała w tym absolutnie niczego dzielnego, tym bardziej, że żałośnie mało rzeczy zależało tutaj od niej – gdyby Will nie ruszył tematu terapeuty, a następnie sam do niego nie poszedł, Mercy dalej nic by z tym wszystkim nie zrobiła. No a przede wszystkim, nawet jeśli nie miała ochoty w ogóle o tym myśleć (a już zwłaszcza o tym, że już jutro czeka ją powtórka z rozrywki), to sama najlepiej przecież wiedziała, że dziś rano wcale nie była dzielna. Chciałaby być, chciałaby też robić rzeczy, które będą dobre dla Willa i Jacksona, ale aktualnie przerastało ją nawet przełknięcie głupiej tabletki. - Nie wiem, nie czuję, żeby tak było – wzruszyła ramionami, bo skoro nie mogła się z nim kłócić w sprawie tego, czy Will rzeczywiście mógł uważać ją za dzielną, przynajmniej z tym musiała się nie zgodzić. - Wydaje mi się raczej, że dużym krokiem będzie to, że nie będę musiała brać żadnych tabletek. No i, oczywiście, najlepiej, żeby to wydarzyło się jeszcze w tym miesiącu – może nie było wcale tak tragicznie, skoro była w stanie myśleć, że może w przyszłości będzie mogła rozstać się z tabletkami, ale przecież Will ją znał i wiedział, że Mercy wszystko chciałaby dostać na już. Nie lubiła małych kroków, najchętniej pracowałaby ponad siły i brała na barki więcej niż była w stanie, żeby szybko zobaczyć efekt, najlepiej spektakularny. I ciężko było jej zaakceptować, że branie tabletek, leczenie czy terapie wcale tak nie wyglądają. - Wiem, że mogę, ale… powinnam ci o tym mówić? Pytam teraz poważnie – dodała. Nie próbowała być złośliwa, raczej… ciężko było jej się teraz odnaleźć w nowej roli – przecież większość swojego dorosłego życia spędziła jako lekarz, z byciem pacjentką doświadczenie miała dość niewielkie i głównie nieprzyjemne. To sprawiało, że nie do końca wiedziała, co się robi w takich sytuacjach, a przede wszystkim nie była pewna, w jaki stopniu potrzebowała teraz jakiegoś kontrolowania jej i na ile mogli ufać jej samej. Miała wrażenie, że wcale nie powinni i jasne, że ta myśl nie pasowała jej ani trochę. Powstrzymała się przed tym, by odruchowo zapewnić Willa, że wszystko super, a zamiast tego trochę bezradnie wzruszyła ramionami. - Nie wiem, dość kiepsko? – bardziej spytała niż stwierdziła. - Nie lubię tego, że powinnam brać jakieś tabletki i jestem trochę zła, że to poszło tak… daleko – zła na siebie, bo przecież gdyby bardziej się starała, może udałoby się jej samej ogarnąć, bez leczenia i wizyt u kiepskiego psychiatry. - A skoro nic nie zrobiłam z tym wcześniej, to mam wrażenie, że chyba nie mogę… nie mogę sobie ufać? I, na przykład, bardzo się martwię, że zepsuję przez to JJowi urodziny – wzruszyła ramionami. Jasne, że to był idiotyzm, ale nawet jeśli zdawała sobie z tego sprawę, to wcale nie sprawiało, że bała się tego mniej.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-03, 23:56   Temat: Hartowie
8

Oczywiście, że jeśli mogła, bardzo chętnie odwlekła w czasie swoje branie tabletek, ale dużo bardziej niż na tych antydepresantach zależało jej na tym, by JJ miał fajne urodziny. Tak samo jak mogła wymienić masę powodów, za które powinna przeprosić Willa, w głowie Mercy z pewnością Jacksona też powinna przeprosić za całą masę rzeczy i czuła, że musiała mu sporo rzeczy wynagrodzić. Nie to było jednak najważniejsze – zwyczajnie chciała, żeby ich dziecko miało tak fajne ósme urodziny, jak to tylko możliwe, bo wciąż miała wrażenie, że w życiu JJa wydarzyło się zbyt wiele chujowych rzeczy jak na kogoś w jego wieku, dlatego teraz pora na te fajne, dające poczucie bezpieczeństwa i przewidywalne, dokładnie tak jak impreza urodzinowa. Taka, na którą mogły przyjść te dzieciaki, które chciał zaprosić sam Jackson, z tortem z figurkami dinozaurów zamówionym z cukierni (najwyraźniej rok temu ktoś przekonał się, że pieczenie tortów wychodzi jej jeszcze gorzej niż robienie rodzinie obiadów) i masą dekoracji w domu. Wydawało jej się, że wcale nie ma ich tak dużo, ale gdy dzisiaj wreszcie zaczęli rozpakowywać wszystkie te opakowania z balonami i innymi ozdobami, uświadomiła sobie, że niemal dwa tygodnie nieprzerwanych zakupów urodzinowych niestety mogło skończyć się jakąś chorą ilością dekoracji, z którymi teraz musieli coś zrobić, by za kilka dni wszystko wyrzucić. Ale nawet Mercy zupełnie nie miała nic przeciwko, przynajmniej tak długo, jak widziała, jak bardzo cieszy to JJa. A ekscytował się jutrzejszą imprezą na tyle, że przez sporą część dnia próbował pomagać Mercy i Willowi we wszystkim, co zostało im jeszcze do ogarnięcia, pewnie tylko momentami bardziej przeszkadzając niż pomagając. Wreszcie jednak padł, zostawiając rodziców samych wśród tych wszystkich balonów, które Mercy akurat dmuchała, siedząc po turecku na podłodze w ich salonie. Nie wiedziała, czy w ogóle powinna (i czy zwyczajnie chciała) mówić o tym Willowi już teraz, ale gdy zawiązała kolejnego balona i upewniła się, że nie ucieka z niego powietrze, spojrzała na męża. Jeszcze przez chwilę milczała, próbując znaleźć najlepszy sposób na to, by spróbować mu to przekazać, aż wreszcie poddała się i powiedziała po prostu: - Wzięłam dzisiaj tabletkę – na samo wspomnienie o tym, jak obrzydliwie się czuła rano, zamknięta w łazience, gdy wszyscy jeszcze spali, próbując połknąć tę głupią tabletkę, poczuła się dość paskudnie, ale zamiast o tym wspomnieć, po prostu wzruszyła ramionami. - Umawialiśmy się, że mogę poczekać do jego imprezy, a… a jedna albo dwie tabletki raczej nie zrobią mi jeszcze dużej różnicy – usprawiedliwiła się i odwróciła się, żeby odbić tego balona gdzieś w kierunku pozostałych. - A poza tym pomyślałam po prostu, że mama bez żadnej depresji na dłuższą metę może okazać się trochę lepszym prezentem urodzinowym niż kolejna gra – westchnęła, chyba odrobinę zrezygnowana, nie zdając sobie sprawy, że nie tylko nazwała siebie osobą z depresją, ale też nazwała samą siebie mamą, kiedy przez większość czasu wybierała jednak bardziej bezosobowe formy, takie jak po prostu rodzic. Spojrzała na Willa odrobinę niepewnie, czekając na jego reakcję, nie dodając, że jej główną motywacją mogło być chyba to, że… zwyczajnie się bała. Bała się tego, jak trudny będzie jutrzejszy dzień i tego, że z pewnością wszystko JJowi popsuje, bo nie będzie umiała się cieszyć ani robić tych rzeczy, które powinno się robić podczas imprezy dla ośmiolatków.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-04-03, 00:54   Temat: Hartowie
Powstrzymała się od przypominania Willowi, że ciężko mu było do niej wrócić chyba w dużej mierze dlatego, że zostawiła go samego w domu Violet, a sama wróciła do pracy w Kalifornii, a zamiast tego dotarła do niej nagle bardzo dziwna myśl. Dość niechętnie musiała przyznać, że to, co mówił Will, brzmiało dość sensownie, ale jedna rzecz jej się tu nie zgadzała – powiedział, że nie potrafi sobie wyobrazić życia bez niej, ale przed chwilą sam przecież przypomniał im obojgu, że już bez niej żył, w dodatku kilka lat po ślubie. Sama nie była pewna, co to właściwie zmieniało, chyba po prostu przypomniało jej to, że… przecież Will by sobie bez niej poradził. Jasne, sam pewnie twierdziłby, że wcale sobie nie radził, skoro siedział tam bez pracy, a w momencie, gdy Mercy przyjechała do Lowell, wolny czas spędzał chyba głównie na alkoholizowaniu się w domu swojej matki. Mimo to przecież nieogarnięcie Willa wciąż było na o wiele wyższym poziomie niż u przeciętnego człowieka – wystarczy pamiętać, że chodził na rehabilitację, pamiętał o robieniu sobie zakupów i o całej reszcie, więc… tak naprawdę wcale jej nie potrzebował. A już na pewno nie w taki żenujący i podstawowy sposób, w jaki potrzebowała go Mercy – były przecież momenty, w których gdyby nie Will, ich dziecko pewnie musiałoby spędzać całe dnie głodne przed telewizorem, bo ona nie miałaby siły nawet na ogarnięcie zakupów, kiedy musiał zmieniać jej opatrunki po operacji, ale też w mniej ekstremalnych sytuacjach, kiedy znów nie była w stanie podjąć żadnej decyzji, nie opierając się na tym, co uważał Will. I jakimś cudem to odkrycie okazało się w jakimś sensie… może nie pokrzepiające, ale odrobinę jej zwyczajnie ulżyło, bo przecież jakby co, miała pewność, że Will zwyczajnie sobie bez niej poradzi. - Okej, chyba wiem, co próbujesz mi powiedzieć, dzięki, ale… jest spora różnica między tym, że potrzebujesz własnej żony, a tym, że potrzebujesz tabletek – wzruszyła ramionami, antydepresanty najwyraźniej dopisując do coraz dłuższej listy słów, które nie przechodziły Mercy Hart przez gardło. - I… nie wiem, nie martwi mnie chyba to, że ktoś mógłby się dowiedzieć. Ale… ale ja będę o tym wiedziała. I do jest dość… do dupy – mógł jej teraz opowiadać, że zrozumiał, że nie trzeba radzić sobie ze wszystkim w pojedynkę – jasne, że to doceniała, ale, mimo wszystko, osiem (osiem?) lat bycia żoną Willa Harta utwierdziły ją raczej w przekonaniu, że samodzielne, szybkie i skuteczne rozwiązywanie problemów jest dużą wartością samą w sobie. A branie antydepresantów nie. Tym bardziej, że jeśli zdecyduje się na branie tabletek (i, co ważniejsze, nie umrze ze strachu gdzieś w międzyczasie), to zrobi to głównie po to, żeby tak jak zaczęli żyć po wypadku, mogli zacząć żyć po depresji, nie chciała żadnego życia z depresją. I dość ciężko było jej zaakceptować, że to mogło nie być wcale takie proste. - Nienawidzę taka być – powiedziała, starając się chyba jak najzwięźlej przedstawić mu tę listę rzeczy, za które chciałaby teraz przepraszać, a potem, żeby nie zabierać Willowi tej ręki, wytarła policzki po prostu o kołdrę. Dobrze wiedziała, że jemu też jest niesamowicie ciężko i ostatnie, czego teraz potrzebował, to jej mazanie się, więc głównie dlatego (bo przecież nie ze względu na siebie) bardzo starała teraz wziąć się w garść. Jeszcze przez chwilę po prostu tak siedziała, kciukiem głaszcząc Willa po dłoni. Spojrzała na niego dopiero gdy udało jej się przestać beczeć, a wtedy spytała: - Mogę się przytulić? – trochę się bała, że przez to znów się rozklei, ale przede wszystkim jednak bardzo chciała przytulić Willa. Jeśli się zgodził, pocałowała go najpierw w czoło, zanim mocno go objęła. - Będę brać te tabletki – powiedziała wreszcie, pewnie prosto w jego włosy czy inną szyję. Wciąż trochę uważała swojego nowego lekarza za konowała, a w dodatku nieroba, ale przecież ufała Willowi, który najwyraźniej zgadzał się z jego diagnozą. Odsunęła się odrobinę, żeby na niego spojrzeć i dodała: - Ale mówiłam poważnie o urodzinach Jacksona, nie chcę mu wszystkiego zepsuć i chcę, żeby miał fajne urodziny. Da się to jakoś… ułożyć? Na przykład jeśli nie zacznę ich łykać od razu, a za tydzień lub dwa? – najlepiej za miesiąc albo w ogóle sześć. Albo kiedy dziecko pojedzie na studia, żeby kolejnych urodzin też mu niechcący nie popsuć swoim leczeniem.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-03-31, 00:04   Temat: Hartowie
Milczała przez chwilę, wpatrując się w Willa bez słowa, zupełnie jakby nie usłyszała tego, co do niej powiedział albo jakby postanowiła to zwyczajnie zignorować. Wreszcie spytała jednak: - Czego byś się bał? – ona, jasne, bała się jak cholera, ale przecież wiedziała, że to zupełnie irracjonalne lęki – miała diagnozę, przypisali jej leki, więc jeśli zacznie je brać, powinno być lepiej, nie było tu się czego bać. Zamiast siedzieć i się nad sobą użalać, powinna po prostu łykać te cholerne tabletki, skoro nie była sama, a miała męża i syna. A skoro zawsze uważała Willa za zdecydowanie fajniejszego i po prostu lepszego człowieka niż ona sama, teraz nie miała dużych wątpliwości – była przekonana, że gdyby to on był na jej miejscu, po prostu zacząłby brać te tabletki, skoro to był jedyny sposób, żeby coś zmienić. I na pewno nie martwiłby się tymi wszystkimi bzdurami, które sprawiały, że Mercy prawie wpadała w panikę, gdy myślała o tych lekach – może nawet w jakimś sensie traktowała to jako osobistą porażkę, że musiała brać akurat antydepresanty, skoro na co dzień zajmowała się mózgami zawodowo (nawet jeśli w zupełnie inny sposób, to hej, teraz wkurwienie Mercy albo sprawienie, żeby poczuła się urażona, naprawdę nie było niczym skomplikowanym, o czym jej mąż przekonał się już wielokrotnie) – o wiele chętniej zabrałaby się za leczenie ręki czy wątroby. Zdawała sobie jednak sprawę, że to wszystko było przecież ekstremalnie egoistyczne i powinna po prostu bez gadania zacząć brać tabletki, niezależnie od tego co sądziła o swojej diagnozie, licząc na to, że to będzie najlepsze dla ich rodziny. Zdawała sobie też sprawę z tego, że Will po prostu by to zrobił, dlatego ciężko było jej zrozumieć, czego on mógłby się bać – to przecież tylko tabletki, które mają ci pomóc, prawda? Prawda?
Jak absurdalnie by to nie brzmiało, chyba… chyba wcale nie cieszyła jej myśl, że Will dalej będzie myślał o niej tak samo jak wcześniej. Przecież sama miała o sobie dość fatalne zdanie i była przekonana, że jej mąż myślał podobnie – ciągle zawodziła na coraz to nowych polach, nie miał w niej oparcia, krzywdziła go i nic nie mógł jej powiedzieć, bo zaraz to jemu znów się obrywało. Jasne, z pewnością ją kochał, ale co z tego, skoro pewnie byłoby mu dużo łatwiej, gdyby się odkochał? W dodatku chyba nie do końca wierzyła mu, gdy mówił, że jej ufał i mogła podjąć decyzję sama. Mogła, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Gdy ostatnim razem próbowała podjąć samodzielną decyzję i nie chciała przyjąć pracy na Harvardzie, od Willa usłyszała, że spoko, on niby się zgadza, ale i tak nie powstrzymał się przed skrytykowaniem tej decyzji, więc nie miała powodów, by zakładać, że tym razem będzie inaczej. To jednak nie czyniło tego łatwiejszym, bo główny problem wciąż pozostawał ten sam. I dlatego, mimo że naprawdę, naprawdę nie chciała mu tego robić, wreszcie spytała: - Okej, a… ale… co jeśli potem… dalej nie będzie mi… dobrze? – czuła się teraz tak paskudnie, że ciężko było jej w ogóle powiedzieć na głos, że miałoby jej być lepiej, tak nierealne to się wydawało. - Mogę… mogę zacząć brać tabletki albo nie, ale chodzi o to, żeby mi się poprawiło, a ja… ja nie wiem, jak miałoby mi się poprawić, bo czuję się, jakby w ogóle nie miało być już dobrze, niezależnie od tego, czy mieszkamy tu, czy gdzieś indziej. Albo… albo chociaż inaczej niż teraz. I przepraszam, ja… ja naprawdę nie chcę taka być, ale… ale nie mogę ci obiecać, że będzie dobrze… kiedykolwiek – czuła jakąś dziwną mieszaninę poczucia winy, wstydu i obrzydzenia do samej siebie (częściowo związanej z tym, że znowu siedzi i beczy mu od rana), ale chyba zwyczajnie musiała mu to powiedzieć. Musiała, bo nie potrafiła mu czegokolwiek zagwarantować, zwłaszcza kiedy wiedziała, że Will właśnie na to czeka, przecież to byłoby jak oszukiwanie go. - Przepraszam – powtórzyła jeszcze raz, tym razem ciszej, wycierając sobie nadgarstkiem łzy z policzków.
  Temat: Hartowie
mercy hart

Odpowiedzi: 219
Wyświetleń: 10396

PostForum: Chicago   Wysłany: 2021-03-29, 01:16   Temat: Hartowie
W odpowiedzi po prostu pokiwała głową, przekonana, że chyba znali się na tyle długo, że nawet gdyby nie odezwała pierwsza, Will mógłby się domyślić, że nie tylko sprawdzała leki, ale też próbowała dowiedzieć się o nich wszystkiego co możliwe. Stety czy niestety, znali się też na tyle długo, by to działało w drugą stronę i Mercy mogłaby się teraz założyć, że Will też to sprawdził, nawet jeśli tego klasycznego reaserchu Mercy robić mu się nie chciało. Jej jak najbardziej się chciało, bo lubiła czuć, że ma kontrolę nad wszystkim tym, nad czym się dało. Lubiła wiedzieć, lubiła podejmować decyzje bardzo świadomie, opierając się raczej na faktach niż na własnej intuicji czy przeczuciach. Jeszcze ważniejsza była dla niej świadomość, że wszystko, co robi, zależy od niej samej – jeśli się dobrze przygotuje, zdecydowanie zmniejszała szanse na to, że operacja pójdzie źle, ale też w takich najbardziej przyziemnych sprawach, gdy mogła sama zdecydować, jak będzie jadła, a nawet gdyby miała najgorsze nawyki żywieniowe z możliwych, to nie była to niczyja sprawa i nikt nie mógłby jej zmusić, żeby robiła inaczej. Przecież nawet w przypadku Jacksona, gdyby nie chcieli, mogliby po prostu powiedzieć, że nie zamierzają adoptować tego dziecka (nawet jeśli to wydawałoby się jej zupełnie nieprawdopodobne) i nie zostaliby niczyimi rodzicami – nawet jeśli to było niespodziane i ciężkie, wciąż mogli zdecydować. A skoro Mercy chciała mieć kontrolę nad nawet najmniejszym kawałkiem ich świata – a ta potrzeba kontroli stawała się tym silniejsza, im gorsze rzeczy im się przytrafiały – to sama myśl, że miałaby zacząć brać tabletki, które miały wpływać na to, jak się czuje, kurewsko ją przerażała. Dlatego w odpowiedzi na kolejne pytanie Willa po prostu wzruszyła ramionami: - Chyba głównie tego, że bardzo nie chcę brać tych leków – przyznała, skoro jej fantastyczne argumenty najwyraźniej go nie przekonały. Westchnęła trochę ciężko, a trochę bezradnie i usiadła (ale już po tym, jak Will zabrał rękę), poprawiając przy okazji ramiączko koszulki, w której spała. Przetarła buzię dłońmi i powiedziała: - Przepraszam – zorientowała się, że mówi do swoich rąk i może być ciężko ją usłyszeć, więc je zabrała, a zamiast tego podciągnęła nogi do klatki piersiowej i oparła czoło o swoje kolano, bo najwyraźniej czuła jakąś dziwną potrzebę schowania się i zajmowania jak najmniej miejsca. - Przepraszam, wiem, że pewnie myślisz, że powinnam, ale… - urwała, bo tak naprawdę sama nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby się wytłumaczyć. Nawet ona słyszała przecież, jak głupio brzmiały jej argumenty – nie chce brać tabletek i się tego boi, ale co z tego? To nie był żaden powód ani dla Willa-lekarza, ani pewnie tym bardziej dla Willa-jej męża, który przecież sam chciał, żeby poszła na terapię i który mówił jej, że jest smutna. – Nie wiem – odparła, kontynuując rozmowę ze swoimi różnymi częściami ciała, tym razem z nogami. - Nie chcę być… nie wiem – poddała się – to nie tak, że nie chciała z nim o tym rozmawiać, po prostu nie potrafiła tego wszystkiego nazwać. Ani w celu wyjaśnienia Willowi, jak się teraz czuje, albo żeby jej samej było z tym wszystkim trochę łatwiej. Bo na razie wiedziała tylko tyle, że było jej ciężko w sposób, którego nie potrafiła nawet nazwać i że miała wrażenie, jakby ktoś przykleił jej do czoła jakąś łatkę, która przecież zupełnie do niej nie pasowała. - A ty? – spytała i przekręciła głowę tak, by na niego spojrzeć, tym razem opierając o kolano skroń.
 
Strona 1 z 8
Skocz do: