Poprzedni temat «» Następny temat




43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-13, 10:39
 

- Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. Chciałby jej obiecać, że nie będzie, ale zwyczajnie nie mógł, bo nie miał niczego innego, co jakoś by go uziemiało. Co dałoby mu chociaż iluzję spokoju i relaksu na te kilkanaście minut w ciągu dnia. Ale z drugiej strony… może wnioski Mercy wcale nie były aż takie pochopne? Will dość jasno powiedział jej jakiś czas temu, że nie wyobraża sobie wychowywania kolejnego dziecka w warunkach, w których między nimi nie gra. Że priorytetem było dla niego poprawienie relacji między nimi i że nie chciał skazywać dziecka na dom, w którym rodzice chętniej się omijają i rozmawiają najwyżej o tym, co dzisiaj zjeść na obiad i kto się tym zajmie. A jednocześnie zwyczajnie nie mógł jej powiedzieć, że to coś, z czym powinni zahamować, bo… przecież nie odbierze jej kolejnego dziecka, nawet jeśli to było póki co tylko perspektywą. Nie mógł jej tego zrobić, nigdy w życiu, również z obawy, że Mercy uzna, że to jej wina – a doskonale wiedział, że tego nie przetrwa już ani ona, ani on. I może dlatego, gdzieś podświadomie, chcąc trochę przedłużyć ten proces – bo wciąż wierzył w to, że będą w stanie zaadoptować dziecko i dać mu fajny dom – chciał bardzo jasno przeciągnąć tę winę na siebie. To on palił, a przecież przy dziecku nie miało być palenia. To on miał ze sobą problemy, więc musiał wybrać się do profesjonalisty. Gdyby był w stanie to sobie uświadomić i spojrzeć na to w z boku, bardzo szybko uznałby, że to rozwiązanie było bez sensu, bo znał się z Mercy na tyle długo i na tyle mocno przyzwyczaił się do stanu, w jakim funkcjonowali, że nie miałby wątpliwości, że i tu była w stanie wygrzebać jakimś cudem swoją winę. Ale jeszcze przez chwilę nie był – nie wiedziałby nawet, czy faktycznie chodziło o to, czy może jednak po prostu chciał się czasem trochę zrelaksować i nie wiedział, jak inaczej mógłby to zrobić.
Zerknął jeszcze raz na Mercy, a potem na rozłożone wokół niej materiały i nie wiedział nawet, co miałby jej na to odpowiedzieć. Wiedział, że nie potrzebowała jego pomocy, bo była na to za mądra, chciał chyba po prostu nawiązać z nią jakiś kontakt, który wydawał mu się względnie bezpieczny. Wiedział jednak, że gdyby spytał ją „w czym?”, okazałoby się, że faktycznie mógł być tu potrzebny tylko sobie samemu, więc po prostu kiwnął głową i nie ciągnął już tematu. Szczególnie że mieli chyba kilka innych kwestii do omówienia. - Bo kiedy powiedziałem ci o tym w Bostonie, zachowywałaś się, jakby ci się to nie podobało – odparł po prostu. To było bardzo trudne - to utrzymywanie tego spokojnego, obojętnego tonu, to odpowiadanie jej jakby byli na jakiejś oficjalnej rozmowie, kiedy chciał podzielić się z nią wszystkim. A przecież nie mógł, bo widział, jak na niego patrzyła. Widział, że była zmęczona, że to już kolejny dzień, kiedy trzyma się od niego na dystans i… bo to przecież była porażka. Przegrał dokumentnie i widowiskowo, nie potrafił unieść tego, co działo się w ich rodzinie. Ale też chyba… chciałby, żeby Mercy się nie na niego zezłościła? Nie za to, że poszedł, ale za to, że zrobił to w tajemnicy. Za to, że przestali rozmawiać o takich rzeczach, za to, że mówił jej po czasie. Trochę jakby chciał sprawdzić, czy jeszcze w ogóle chcą sobie ufać, czy już za normę uznają to, że nie rozmawiają. Jakby chciał się dowiedzieć – w najmniej efektywny możliwy sposób, owszem – czy ją to jeszcze w ogóle obchodzi. - Nie wiem, czy będę chciał – powiedział. - Tobie jest o wiele trudniej niż mi, a… jesteś w stanie sobie poradzić. Mówisz, że jesteś w stanie to wszystko ogarnąć i wierzę ci, że jesteś, a ja… ja nie jestem. I czuję się jak skończony frajer, że nawaliłem na całej linii, bo wszystko się tu pieprzy, a ja nie wiem, co mam z tym zrobić. Nie umiem nic z tym zrobić sam. Nie potrafię funkcjonować… tak. Może… może potrzebujesz prawie nie rozmawiać ze mną przez tydzień, ale ja tak nie umiem. Nie umiem planować przeprowadzki czy nawet myśleć o nowej pracy, kiedy mam wrażenie, że tu się nic nie trzyma. I nie chcę chodzić na żadną pierdoloną terapię, ale… może w takim razie muszę. Nie wiem, może ktoś musi nauczyć mnie, jak… jak coś z tym zrobić. Jak to naprawić albo chociaż jak rozmawiać z tobą tak, żeby za każdym razem tego nie spieprzyć. I jak… jak być z tobą na tyle dobrze, żebyś nie myślała, że byłoby mi lepiej bez ciebie – wyrzucił z siebie, z każdym słowem coraz mniej spokojnie. Głos drżał mu teraz prawie tak bardzo jak ręce, którymi przetarł twarz i przeczesał włosy. Może to faktycznie dobrze, że poszedł, skoro nie potrafił nawet porozmawiać z Mercy bez rozklejania się, kiedy ona miała egzamin na głowie.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-20, 23:20
 

Nawet jeśli ostatnio zdarzało jej się to całkiem często, gdy słuchała Willa, tym razem czuła się wyjątkowo obrzydliwie nawet jak na nią. Gdyby tylko potrafiła, od razu zrobiłaby tak, żeby Willowi było zwyczajnie łatwiej albo żeby przynajmniej nie był z tym wszystkim sam, ale… nie potrafiła. Głównie dlatego, że najwyraźniej była najgorszym człowiekiem na świecie – takim, o którym własny mąż myśli, że ma coś przeciwko jego terapii, na którą musiał iść z jej winy, że nie chce z nim rozmawiać i że już zupełnie jej to wszystko nie obchodzi, więc nie warto mieć z nią dzieci (skoro trudno było mu planować zmianę pracy i przeprowadzkę, Mercy była przekonana, że wniosek był jeden i to dość oczywisty). Ale im dłużej go słuchała, tym wyraźniejsza stawała się w jej głowie jeszcze jedna myśl: przecież ona od początku miała rację, kiedy mówiła, że Will jest z nią nieszczęśliwy, przecież chyba nikt, kto by go teraz zobaczył, nie miałby specjalnych wątpliwości. A jedyne, co Mercy chciała od początku zrobić, to mu zwyczajnie nie dokładać – nie chciała, żeby się nią znowu martwił, żeby myślał, że potrzebuje pomocy i żeby znowu zapominał o sobie, żeby jej tę pomoc zapewnić. I okazuje się, że wyszło jej to mniej więcej tak świetnie jak, nie przymierzając, bycie w ciąży. Dlatego, niezależnie od tego, jak bardzo nie chciałaby wziąć go teraz za te ręce i przytulić, została na swoim krześle – gdyby nie ona, żaden z jego problemów by nie istniał, więc co mu z jej przytulenia? Przeprosiny chyba też na niewiele by się zdały, bo najbardziej na świecie miała ochotę go właśnie przeprosić. Głównie chyba za to, że w ogóle pomyślała, żeby wrócić do niego z tej głupiej Kalifornii. - Wcale nie jest mi trudniej niż tobie, to… rozmawialiśmy już o tym, prawda? O tym, że jeśli możemy uznać, że ja sobie radzę, to wyłącznie dzięki tobie. Nie jesteś frajerem, nie robisz niczego źle, to po prostu… po prostu ty dbasz o wszystkich i jakoś dzięki temu funkcjonujemy, i ja, i Jackson, ale potem nie ma kto zadbać o ciebie. I przykro mi, że ja nie potrafię, ja… - urwała na chwilę, gdy jej telefon postanowił przerwać im rozmowę i zacząć dzwonić, ale odrzuciła połączenie, nie patrząc nawet, kto to. Pociągnęła nosem i zmarszczyła lekko czoło, bo chyba sama nie wiedziała, co ona właściwie chciała przed chwilą powiedzieć. - Niczego nie spieprzyłeś ani nie robisz niczego źle. To… to nie jest twoja wina, przecież to przeze mnie i mo… kurwa – gdy telefon zaczął dzwonić po raz drugi, sięgnęła po niego z zamiarem wydarcia się na kogokolwiek, kto właśnie się do niej dobijał, ale nie zdążyła się nawet odezwać, bo to jej szefowa wydarła się na nią, na dzień dobry pytając, co ona sobie w ogóle myśli, odrzucając połączenia od niej. Kiedy skończyły rozmowę (podczas której Mercy powiedziała jakieś trzy słowa), przez chwilę po prostu gapiła się na Willa, który pewnie dobrze wiedział, co mu zaraz powie. - Muszę jechać – powiedziała wreszcie i może to i tak najlepsze, co mogła teraz powiedzieć, bo gdyby do niej nie zadzwonili, chyba po prostu zaproponowałaby, że może po prostu sama wyprowadzi się do tego Bostonu, bo patrząc na Willa, ciężko było jej się pozbyć wrażenia, że to jedyna opcja, która mogłaby mu pomóc. Zamiast do Bostonu pojechała na razie tylko do szpitala, a kiedy skończyła operację (i zbieranie opierdolu od szefowej, ma się rozumieć), było już na tyle późno, że nie opłacało jej się wracać do domu, zanim zacznie poranny dyżur. Została więc w szpitalu i bardzo próbowała się choć trochę przespać, ale to okazało się być kolejną rzeczą, która zupełnie jej nie wychodzi, tak samo jak bycie czyjąś żoną. Sporo czasu spędziła więc, użalając się nad sobą i nad swoim biednym mężem, ale… może dało to jakiś efekt, bo kiedy wracała do domu po pracy, miała w głowie przynajmniej jedno rozwiązanie. A właściwie to dwa, dlatego gdy weszła do domu, od razu poszła go poszukać, nie zawracając sobie nawet głowy zdejmowaniem płaszcza. - Cześć – powiedziała i zanim Will zdążył się w ogóle odezwać, dodała: - Kocham cię – nie dała mu czasu na to, żeby powiedział, że on jej jednak nie, a zamiast tego podeszła i go przytuliła. - Kocham cię i… i obiecuję, że będę o nas walczyć, okej? Pójdę z tobą do tej pierdolonej terapeutki albo pójdę sama, jak chcesz, ale… ale pójdę i… wiesz, że śmierdzisz? – cokolwiek chciała dodać, zmieniła zdanie, najwyraźniej uznając, że śmierdzący mąż to bardziej paląca kwestia.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-21, 21:58
 

Kolejne trzy papierosy poszły na tarasie, jeden po drugim, zaraz po tym, jak Mercy pojechała do szpitala. Nie był w stanie odnaleźć się w tym, jak się właśnie czuł. Miał wrażenie, że wiele w nim bardzo chciało pójść standardową ścieżką – że nie powinien się odzywać, że jutro ją za to przeprosi i że nie będzie tematu. Ale przecież temat był i chęć działania, nawet na oślep, nie mogła się w nim zgrać z chęcią trzymania wszystkiego w ryzach i chronienia swojej rodziny, a dokładniej Mercy, przed jakąkolwiek krzywdą. A tutaj łatwo było mu uznać, że krzywdził ją, w ogóle zaczynając tę rozmowę. I jeśli było coś, czego Will szczerze nienawidził, to było to właśnie użalanie się nad sobą. Lubił zidentyfikować problem, omówić go (ten etap dodał po poznaniu Mercy i szybkiej nauce życia w związku) i skutecznie zadziałać, bez roztrząsania wszystkiego na prawo i lewo. Tymczasem nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz funkcjonował w równie prosty sposób i dopiero kiedy przed czwartym papierosem dostał okropnego ataku kaszlu, uznał, że na dzisiaj ma już dość. Napisał jeszcze do Mercy, czy planuje wrócić, a potem położył się spać i zanim mu się to udało, przez dłuższą chwilę zastanawiał się jeszcze, czy kiedyś też po trzykrotnym umyciu zębów dalej czuł się po paleniu tak obrzydliwie.
Nie powstrzymało go to jednak od zapalenia zaraz po odstawieniu Jacksona do szkoły. Był dzisiaj tak niewyspany i roztargniony, że zamiast jabłka włożył młodemu do pudełka pomidora (na szczęście młody Hart miał trochę sprawniejszy mózg) i prawie spóźnili się na lekcje. Cały dzień potwornie drapało go w gardle, był rozdrażniony i po godzinie gadania do studentów prawie udławił się własnymi płucami, ale cały czas miał jakieś masochistyczne poczucie, że całkowicie na to zasłużył. Pamiętał na szczęście o wrzuceniu JJa na trening po szkole i kupił nawet na obiad coś do zrobienia, a nie tylko odgrzania, więc kiedy Mercy wróciła do domu, Will akurat kręcił się po kuchni, wrzucając coś na patelnię i popijając od czasu do czasu piątą kawę (tego nie traktował już jako zagrożenia dla zdrowia). Faktycznie zdążył tylko odstawić kubek, kiedy z dużym zaskoczeniem poczuł, że jego żona się do niego przytula. Natychmiast odwzajemnił uścisk, trochę jakby bał się, że tylko mu się wydawało i Mercy zaraz zechce się odsunąć, a kiedy skoczyła mówić, po prostu uśmiechnął się i pocałował ją w głowę. - Wiem – przyznał, westchnął ciężko i przytulił ją jeszcze mocniej. Trzymał ją jeszcze przez chwilę, trochę zastanawiając się, co jej odpowiedzieć, a trochę korzystając z tego, że była tak blisko, a kiedy wreszcie się od niej odsunął, zrobił to tylko dlatego, że coś na patelni zaczęło wściekle syczeć. Zajął się tym tak szybko, jak był w stanie, a potem westchnął jeszcze raz i spojrzał na Mercy bardzo uważnie. - Nie musisz nigdzie iść – powiedział. - To, że tylko to wpadło mi teraz do głowy, nie znaczy, że to jest jakaś… odpowiedź, okej? Jeśli czujesz, że to nie jest dla ciebie, to naprawdę nie musisz. Ja… ja sam nie wiem, czy to jest dla mnie – przyznał, wzruszając ramionami i powstrzymując się od przeproszenia jej za to, że w ogóle ruszył wczoraj temat, skoro nie był tego pewny. Wyciągnął rękę, żeby założyć jej włosy za ucho i uśmiechnął się trochę bezradnie. - Ja też cię kocham. Wczoraj… nie, dzisiaj to był ostatni papieros, okej? – decyzję podjął bardzo spontanicznie, ale chyba po prostu bardzo chciał powiedzieć jej coś, co jeszcze chwilę ją tu przy nim zatrzyma.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-25, 21:00
 

Nie zwróciła nawet uwagi na to, że obiad im się właśnie przypala, dlatego kiedy Will się odsunął, zerknęła na tę ich patelnię trochę tak, jakby widziała ją na oczy pierwszy raz w życiu - co nie jest wcale takie nieprawdopodobne, umówmy się. Całkiem prawdopodobne było też to, że kiedy to Mercy stawała na rzęsach, żeby ogarnąć im życie i zadbać o wszystko, łącznie z jedzeniem, żeby trochę to zdjąć z Willa, i tak kończyli bez obiadu na następny dzień. Naprawdę próbowała, okej? Na szczęście próba ogarniania innych rzeczy, które nie miały związku z gotowaniem, mogła iść jej choć trochę lepiej, dlatego w odpowiedzi pokiwała zaraz głową. Skorzystała z tego, że Will miał jedzenie do ogarnięcia i sama wyplątała się wreszcie z szalika i zdjęła płaszcz, który zarzuciła pewnie na jakieś najbliższe krzesło, zamiast zawiesić go na wieszaku. Nie chodziło o to, że była fleją (przez większość czasu serio nie była, zwłaszcza gdy porównamy Mercy z resztą rodziny), ale… teraz chyba nie chciała odchodzić za daleko? - Wiem, że nie muszę – przytaknęła, wzruszając lekko ramionami. - I… i nie oczekuję, że pójdziemy tam raz, a potem wszystko się naprawi, ale… chcę pójść, okej? – nie tylko była przyzwyczajona do konkretnych rozwiązań i szybkich decyzji, ale w dodatku bardzo lubiła tak funkcjonować (albo po prostu polubiła w trakcie, bo nie miała za dużego wyboru przecież), dlatego wciąż nie do końca wiedziała, co się robi, kiedy mąż najpierw ci mówi, że może powinnaś coś zrobić, a kiedy dowiaduje się, że naprawdę to zrobisz, mówi ci, że wcale nie musisz. Mimo to chyba była całkiem zdeterminowana, żeby iść do terapeutki – w swojej głowie Mercy starała się kłaść nacisk na terapeutkę, a nie na samą terapię – nawet jeśli faktycznie nie czuła, żeby tego potrzebowała. A może raczej: bardzo nie chciała tego potrzebować, bo to chyba było już jak takie ostateczne przyznanie się przed kimś obcym, że Mercy do niczego się nie nadawała. I nawet jeśli bardzo nie chciała tego robić, to chyba niezbyt miała wyjście, skoro jej mąż zamiast szukać z nią domu i ogarniać adopcyjne formalności, uznał, że Mercy bardziej nadaje się na jakąś kozetkę niż do wychowywania dziecka (i naprawdę niewiele ją obchodziło, że raczej nikt nie będzie jej kazał położyć się na kozetce). - Chciałeś powiedzieć: ostatnie papierosy? – upewniła się, bo na jedną fajkę na cały dzień to jej wcale nie pachniało. - Pojadę odebrać JJa po treningu, kupić ci po drodze jakieś… plastry? – spytała po prostu. Znowu mogła wyjść na paskudną żonę, której Will zupełnie już nie obchodzi, ale nie zareagowała na jego deklarację z większym entuzjazmem po prostu dlatego, że nigdy nie chciała zmuszać Willa do tego, żeby przestał coś robić, nawet jeśli chodziło o palenie czy niejedzenie warzyw. Przecież ona, w przeciwieństwie do niektórych, nigdy nie wzięłaby ślubu z kimś głupim i wiedziała, że Will doskonale zdawał sobie sprawę, że palenie mu szkodzi, a on ma w domu małe dziecko – jeśli to nie byłoby wystarczającym powodem, jakim cudem marudzenie żony miałoby coś zmienić? Oczywiście istniało też drugie wyjaśnienie, bardzo bliskie Mercy: po prostu była paskudna i jej biedny mąż jej nie obchodził. Tym bardziej, że gdy już ustalili zakupowe kwestie, chyba rzeczywiście nie wiedziała, co miałaby mu jeszcze powiedzieć, bo od powrotu z Bostonu miała w sobie jakąś absurdalną obawę, że cokolwiek powie, tylko utwierdzi Willa w przekonaniu, że potrzebuje pomocy i bez sensu z taką żoną. Rozejrzała się po kuchni, chyba szukając pretekstu, żeby zostać w kuchni, aż wreszcie westchnęła: - Wypiję kawę i pojadę po małego, okej?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-26, 00:19
 

Gdyby wiedział, jak się przez to czuła, może wcale by jej o tym nie powiedział. Czuł, że nie dają rady, że ledwo trzymają głowę na powierzchni, ale może nie wziął pod uwagę, że to faktycznie tylko on, nie ona. A mówiąc Mercy, że oboje potrzebują pomocy, tylko dodatkowo ją skopał, jakby przez ostatnie miesiące robił cokolwiek innego. Chciał więc powiedzieć coś jeszcze na temat tego, że naprawdę nie planował jej do niczego zmuszać, ale chyba uznał, że lepiej wyjdzie po prostu na pokiwaniu głową i zaakceptowaniu, że była dorosła i podejmowała swoje dorosłe decyzje. Nie chciał jej w nie ingerować, nie chciał jej mówić, co i jak powinna robić, bo przecież głównie w tym specjalizował się przez większość ich małżeństwa i widzieli właśnie, jak świetnie pozwalało mu to wspierać swoją żonę. To nie ją uważał w końcu za nienadającą się do wychowywania kolejnego dziecka – to on nie potrafił ruszyć do przodu, jeśli nie ułożył wszystkiego na miejscu. I może to on do niczego się tu nie nadawał, skoro miał takie wątpliwości? Jeśli cały czas wyszukiwał jakieś kolejne problemy w małżeństwie, może zwyczajnie sabotował Mercy kolejne marzenia, dokładnie tak, jak prawie zepsuł jej wyjazd do Bostonu, bo nie umiał odpowiednio zareagować? - Nie, ja się tym zajmę – zapewnił ją, bo może rzucanie papierosów bez pomocy farmakoterapii było teraz dokładnie tym zadaniem, którego potrzebował. Nawet jeśli to prawdopodobnie najgłupszy pomysł na świecie, w dodatku o dość masochistycznym zabarwieniu, byłoby miło, gdyby wyszło mu chociaż to.
- Możesz też wypić kawę, zjeść ze mną obiad i opowiedzieć mi co robiłaś dzisiaj… wczoraj i dzisiaj w pracy. A ja wtedy mogę opowiedzieć ci, że połowa ludzi na studiach medycznych nie powinna skończyć przedszkola i że nie jemy dzisiaj byle czego, żeby zrobić ten obiad obejrzałem dziesięć minut filmiku jakiejś potwornie dziwnej dziewczyny z zielonymi włosami. I jestem prawie pewien, że to, co zrobiła, miało zupełnie inny kolor, ale z drugiej strony to moje też wygląda jadalnie – poinformował ją, zerkając na patelnię, jakby zastanawiał się, czy przez ostatnie pół minuty nic się jednak tutaj nie zmieniło. Ewentualnie jakby zostawiał Mercy czas na docenienie jego poświęcenia, Willowi naprawdę trudno było odnaleźć radość w oglądaniu filmików gotujących dziewczyn z internetu. - Możemy też porozmawiać o twojej decyzji. Albo nie rozmawiać w ogóle. Nie wiem, czy też to słyszysz, ale to wszystko to po prostu bardzo zawoalowane i trochę rozpaczliwe: nie idź sobie stąd, więc… możesz nie iść? Obiecuję, że jeśli wolisz posiedzieć w ciszy, bo na przykład pęka ci głowa po tylu godzinach pracy, nie będę chwalił się tym, ile warzyw musiałem zjeść tylko po to, żeby sprawdzić, czy to jakkolwiek smakuje – nie miał pojęcia, jak wychodziły mu próby żartów, zgadywał, że biorąc pod uwagę ich sytuację, jednak dość żałośnie. Miał też świadomość, że to, że odzywał się bez większego przemyślenia albo żartował, zazwyczaj kończyło się w ich przypadku tragicznie, ale może tym razem mógł mieć nadzieję, że temat jedzenia był dość bezpieczny. Pewnie gorzej z sugerowaniem, że Mercy mogła chcieć z nim nie gadać, ale… on naprawdę zwyczajnie nie wiedział. Nie mówił jej tego, żeby coś jej sugerować, przedstawił jej tylko kilka opcji, bo był dość zdesperowany, żeby nigdzie sobie teraz nie szła i chociaż chwilę z tego czasu, który został im do końca treningu młodego, spędziła z nim. - Obiecuję, że zaraz się przebiorę – dodał jeszcze, przypominając sobie, że śmierdział. Tego, żeby Mercy poszła razem z nim i sama ściągnęła mu te części garderoby, które jej nie pasowały, nawet nie śmiał zaproponować, ale nie zmieniało to tego, że chciał mieć ją trochę bliżej siebie. Fizycznie, emocjonalnie, nawet zawodowo, jeśli chciała pogadać o pracy – nie robiło mu to żadnej różnicy, po prostu nie chciał spędzić kolejnego dnia tak daleko od niej, jak ostatnio byli przez większość czasu. Nie, żeby wcześniej chciał, ale skoro właśnie sama go przytuliła, chyba zauważył jakiś niewielki promyk nadziei na to, że ma na tę prośbę jakieś przyzwolenie.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-27, 01:45
 

Przez chwilę wpatrywała się w niego z taką miną, jakby chciała go spytać, po co on to właściwie oglądał, na szczęście dość szybko założyła, że gdyby coś takiego powiedziała, nie skończyłoby się to za dobrze, dokładnie tak jak zdecydowana większość ich rozmów. Mimo to sam pomysł oglądania jakichś zielonowłosych vlogerek w Internecie trochę ją zaskoczył, bo… samej Mercy nie przyszłoby to teraz nawet do głowy. Do karmienia ich dziecka zawsze podchodziła dość ambicjonalnie, ale teraz na gotowanie patrzyła chyba tak jak na każdą inną rzecz, którą próbowała zrobić – skoro i tak jej nie wyjdzie, to próbowała przynajmniej tego doszczętnie nie spieprzyć, a odtwarzanie jakiegoś przypadkowego filmiku z Internetu w wykonaniu Mercy brzmiało jak szybki przepis na wielką katastrofę. Pewnie okropnie się teraz nad sobą użalała, ale ciężko było jej teraz patrzeć na to wszystko inaczej, skoro po raz kolejny odkrywała, że zupełnie nic nie mogło iść im zwyczajnie dobrze. Z tego samego powodu powoli przestawała mieć jakiekolwiek oczekiwania związane z Bostonem – wciąż zakładała, że się przeprowadzą, skoro miała już umowę, ale zeszła już na ziemię i przestała chyba myśleć, że w nowym mieście może być im łatwiej albo lepiej. Skoro w Chicago było kiepsko, zakładanie, że przeprowadzka wszystko rozwiąże, było zwyczajnie głupie, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że żadna z dotychczasowych wizyt im nie wyszła i wcale nie mieli najlepszych początków w Bostonie. - Właściwie to całkiem mnie cieszy, że wyszedł ci inny kolor niż komuś, kto przefarbował sobie włosy na zielono – powiedziała wreszcie, wzruszając lekko ramionami. Znalazła jakiś kubek, więc mogła podejść do ekspresu i spróbować go włączyć. - Gdybym chciała się nad tobą pastwić, spytałabym, czy ty właśnie powiedziałeś, że przez większość czasu jemy byle co. Ale nie spytam – głównie dlatego, że sama mogła uważać swoje obiady za byle co. - Co zrobili twoi studenci? – spytała jeszcze, zakładając chyba, że zadawanie pytań było dość bezpieczne, bo tu nie mogła za dużo zepsuć. Albo po prostu nie doceniała samej siebie, co też nie jest wcale nieprawdopodobne. - Nigdzie nie idę – zapewniła go, nawet jeśli bardzo ciężko było jej wyrzucić z głowy myśl, że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby Mercy wzięła i poszła sobie w cholerę. Póki co wzięła tylko kubek z kawą i usiadła na kuchennym blacie zaraz obok miejsca, w którym stał Will. - Uważaj trochę z tymi warzywami, co? Nie wiem czy Jackson byłby zadowolony, gdybyś zamienił się w wielką… paprykę? Albo pieczarkę? – podpytała, zaglądając mu trochę do tej patelni. Po chwili jednak podniosła wzrok na Willa i wzruszyła lekko ramionami: - A ty chcesz o tym rozmawiać? Bo mi się wydaje, że nie ma o czym, ale jeśli ty byś chciał, to jasne – zapewniła i napiła się kawy. Naprawdę nie wiedziała, o czym mieliby rozmawiać w związku z jej terapią – skoro Will chciał, żeby coś zrobiła i myślał, że tak będzie lepiej, to Mercy zwyczajnie to zrobi, dokładnie tak jak funkcjonowali przez większość ich małżeństwa, niezależnie od skutków. Spojrzała na jego koszulkę (czy czego mu tam nie kupowała), przekonana, że Will po prostu się upieprzył podczas gotowania, a kiedy dotarło do niej, czemu chce się przebrać, spojrzała na niego wyraźnie zmieszana. - Nie, nie chodziło mi… nie musisz się przebierać, przepraszam, że to powiedziałam – już nawet nie była zaskoczona, że nawet tutaj musiała zepsuć, serio.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-27, 12:23
 

On też nie był pewny, po co w ogóle to oglądał. Chyba po prostu dlatego, że chciał się postarać? Wiedział, że Mercy wróci zmęczona z pracy, a on dość wcześnie kończył dziś zajęcia i nie miał w planach szpitala, wiedział też, że wczoraj przerwali rozmowę w momencie, po którym mogła czuć się zwyczajnie źle. I chciał, żeby po powrocie do domu miała dobry obiad i poczucie, że ktoś o nią zadbał. A może po prostu wiedział, że nawalił po raz kolejny i chciał się jakoś uratować obiadem, skoro nic innego mu już chyba nie zostało. - Też o tym pomyślałem – przyznał, uśmiechając się lekko i zerkając przy okazji kontrolnie na Mercy, chyba próbując dopasować się do jej poziomu entuzjazmu. Nie wiedział, czy mogli dzisiaj żartować, nie wiedział, jaki miała humor i czy on mógł ten poziom przekroczyć. Szybko uznał, że jednak lepiej nie, szczególnie kiedy postanowiła nie opowiadać mu nic o swojej pracy, nie uśmiechać się i wzruszać ramionami. Trudno było mu zrozumieć to inaczej niż brak chęci do rozmowy, więc opowiedział jej po prostu w dwóch zdaniach o tym, czemu akurat dzisiaj uważał swoich studentów za bandę kretynów i pozwolił sobie uśmiechnąć się nieco dopiero, kiedy w ich rozmowie pojawił się JJ.
Oczywiście, że chciał rozmawiać o jej decyzji. O tych bardziej praktycznych aspektach jak to, czy powinien dzwonić już teraz, czy może jednak chce się zastanowić, jaki dzień im pasuje, czy na pewno chce iść razem z nim, czy pójdą do tej samej osoby, u której był, jeśli przyjmowała też pary, czy poszukają sobie kogoś innego razem albo co zrobią w tym czasie z małym. Ale też o tych kwestiach trochę bliżej emocji: czemu zmieniła decyzję? Czy ją do tego zmusił? Czego oczekiwała? Chciała z nim pogadać o tym, jak było wczoraj? Pytań było miliard, a Will miał je dokładnie ułożone w głowie, ale skoro Mercy nie chciała o tym rozmawiać, nie zamierzał jej do odpowiadania na te pytania zmuszać. Po szybkiej analizie za i przeciw uznał jednak, że chce powiedzieć coś od siebie, więc oparł dłoń o szafkę, na której usiadła (w bezpiecznej odległości od niej, nie chciał naruszać jej granic) i westchnął. - Chcę ci tylko powiedzieć, że… dziękuję, że chcesz spróbować. Wiem, że robisz to ze względu na mnie i mam nadzieję, że do niczego cię nie zmusiłem. Wczoraj… nie było mi… zbyt dobrze – zmarszczył lekko brwi, chyba nie do końca pewny swoich własnych wyborów, jeśli chodziło o słowa. - Chciałem to z siebie wyrzucić, ale jeśli to było za dużo i poczułaś, że szantażuję cię swoim głupim gadaniem, to przepraszam. Czuję, że to… jakaś straszna porażka, to, że trzymam się… tak. I bardzo chcę to zmienić, ale nic innego po prostu nie wpadło mi do głowy. Kiedy powiedziałem ci o tym w Bostonie, mówiłem o nas, bo… wiem, że to zabrzmi co najmniej żałośnie, ale chyba… brakowało mi odwagi, żebym zrobił to sam. Nie chciałem, żebyś poczuła przez to, że do czegoś cię zmuszam albo że myślę, że jest z tobą coś nie tak. Martwię się tym, że ostatnio… od dłuższego czasu chyba łatwiej nam nie rozmawiać niż rozmawiać. I tym, że… jesteś smutna. Ale przez większość czasu jesteś smutna przez to, co powiedziałem, więc… chcę to po prostu naprawić. To, co i jak mówię. I jaki dla ciebie jestem. Zanim stąd wyjedziemy, żebyś mogła mieć swój nowy start w Bostonie. Ale, nawet jeśli często na to nie wygląda, nigdy nie chciałem cię zmuszać, żebyś robiła coś wbrew sobie. Mam nadzieję, że teraz też nie robisz – powiedział i odetchnął tak, jakby bardzo go to zmęczyło. Chyba faktycznie tak było, bo chociaż Will o swoich emocjach nauczył się rozmawiać już dość dawno temu, teraz dodatkowo czuł się, jakby chodził po wyjątkowo cienkiej linie i walczył na niej o przetrwanie. Był wyczerpany tą ciągłą bezskuteczną walką o coś, co być może było tylko w jego głowie, skoro to on od dawna upominał się o pracę nad ich małżeństwem, a Mercy nie widziała tu większego problemu. - Przepraszasz mnie za to, że powiedziałaś mi, że śmierdzę papierosami? Kto inny miałby mi to powiedzieć? Oprócz Jacksona i chociażby ze względu na to, co on będzie miał na ten temat do powiedzenia, zdecydowanie muszę się przebrać – uśmiechnął się lekko, ledwo zauważalnie i chyba jednak dość sztucznie. Czy to kolejna rzecz, którą powinien dopisać do listy? Niereagowanie, kiedy Mercy zwracała mu na coś uwagę? Czy gdyby nic z tym nie zrobił, byłoby jeszcze gorzej? - Możesz mi powiedzieć, kiedy coś ci nie odpowiada. Szczególnie jeśli chodzi o palenie, koniecznie mów mi, że śmierdzą mi ubrania, nie wiem, czy wystarczy mi to, że dzisiaj prawie wykaszlałem na wykładzie własne płuca – powiedział łagodnie, pochylając się trochę w jej stronę. - Poza tym, bardzo chciałbym cię jeszcze chociaż na chwilę przytulić. Jeśli to jest okej i też byś tego chciała. A nie chcę się nad tobą znęcać, wystarczy, że będziesz musiała zjeść mój obiad – uśmiechnął się już znacznie naturalniej i bardziej szczerze, wpatrując się w Mercy z tak ogromną mieszaniną czułości i niepewności, że trudno było uwierzyć, że jedna osoba jest w stanie to w sobie w ogóle pomieścić.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-27, 13:56
 

Naprawdę lubiła skupiać się na praktycznych aspektach życia – na ogarnięciu jakiegoś sensownego planu dnia, dzięki któremu ich dziecko zostanie odebrane ze szkoły na czas i będzie miało w domu cokolwiek do zjedzenia, na pamiętaniu, żeby zatankować (nawet jeśli za wiele więcej z tym samochodem sama zrobić nie potrafiła), zrobić zakupy i kupić prezent koleżance, która zaprosiła JJa na urodziny (koleżance Jacksona, nie ich, przynajmniej taką mam nadzieję). Lubiła także wszystko dokładnie sprawdzić, zaplanować i przygotować się wcześniej na każdą z możliwych opcji, więc skoro planowała wizytę u terapeutki, powinna spędzić co najmniej trzy dni na poszukiwaniu kogoś odpowiedniego i pewnie oczekiwałaby, że ta osoba najpierw pokaże im absolutnie wszystkie zdobyte certyfikaty i dyplomy, nie wyłączając listy ocen, z jakimi kończyła szkołę średnią. Tylko po prostu… nie miała teraz na to siły. Skoro Will tego od niej oczekiwał, to jasne, że do niej pójdzie, ale przecież nie wierzyła, że dzięki temu będzie lepiej – bo w ogóle nie wierzyła, że będzie lepiej – więc co za różnica, do kogo właściwie pójdą? Pójdzie do tego terapeuty, do którego Will chciał ją wysłać i… tyle.
– Hej, nie masz mnie za co przepraszać – zapewniła zaraz i wyciągnęła rękę, żeby przeczesać mu włosy palcami i trochę pogłaskać go po głowie – bardziej dlatego, że chciała go po prostu dotknąć niż dlatego, że Will potrzebował, żeby ktoś mu poprawił fryzurę. Czuła, jak znów ściska ją w gardle, jakby miała się zaraz rozpłakać i poczuła się z tym jeszcze bardziej żałośnie, bo przecież w szpitalu nie tylko potrafiła się jakoś trzymać, ale potrafiła też zoperować komuś mózg i przetrwać kilkanaście godzin w pracy, nawet jeśli sporą jego część musiała spędzić ze swoją szefową-suką. I przecież sobie radziła, więc nie miała pojęcia, dlaczego nie może radzić sobie tak samo w domu, zamiast ciągle tylko płakać i rozczarowywać męża. - I to nie jest żadna porażka. To znaczy… ja raczej jestem porażką, więc to chyba nic dziwnego, że tak czujesz, ale to nie tak, że zrobiłeś coś źle. I przepraszam, że… że musiałeś iść tam sam, skoro nie chciałeś – stety czy niestety, czuła się ze sobą już tak obrzydliwie, że kolejny dowód na to, że była najgorszym, najbardziej obrzydliwym człowiekiem na świecie, ruszył ją tylko trochę. - Nie – zapewniła, wzruszając ramionami. - Chcesz iść do tej samej terapeutki czy do kogoś innego? – spytała jeszcze, skoro okazało się już, że Will jednak chciał o tym rozmawiać. No i… zwyczajnie nie wiedziała chyba, co innego mogłaby mu w tym momencie jeszcze powiedzieć. Ona naprawdę bardzo, bardzo nie chciała być taka i przez większość czasu czuła się zwyczajnie winna – tego, co mówi, jak się zachowuje i że praktycznie za każdym razem gdy rozmawiają, odkrywała, że Will ma kolejne powody, żeby było mu z nią źle. Nigdy tego przecież nie chciała i nigdy nie chciała zrobić mu krzywdy (bo ciężko było jej na to patrzeć w innych kategoriach niż krzywdzenie Willa), ale chyba zwyczajnie nie wiedziała, jak ona mogłaby to zmienić. A może raczej: miała wrażenie, że tego nie da się zmienić. Nie umiała sobie nawet wyobrazić, jakim cudem w Bostonie miałoby być lepiej (nie mówiąc już o dobrze), ale przecież nie mogła tego powiedzieć Willowi. - Dobrze, że ich nie wykaszlałeś, lubię twoje płuca – zapewniła i chyba nawet trochę pogratulowała sobie w myślach, że mu tych wszystkich okropnych rzeczy nie mówiła, skoro Will nazywał dotykanie jej znęcaniem się. Kiedy tak na nią patrzył, tym bardziej miała ochotę się rozpłakać (i najchętniej powiedzieć, że przeprasza, ale ona lepiej sobie już stąd pójdzie, żeby Willowi było wreszcie lepiej), ale zamiast tego pocałowała go w czoło i przytuliła się do niego. Milczała dłuższą chwilę, zanim spytała wreszcie: - Dziś czujesz się trochę lepiej niż wczoraj czy wciąż kiepsko?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-27, 20:08
 

Chyba gdzieś tu była ta największa różnica między nimi. Will ciągle wierzył, że będzie lepiej. Właściwie nie dopuszczał do siebie żadnej innej opcji, bo ciągle desperacko trzymał się poczucia, że jeśli pracuje się nad czymś wystarczająco mocno, to dało się osiągnąć rezultaty. Być może powinien je już dawno porzucić, bo przecież życie z zapałem pokazywało mu, że wcale tak nie było. Nieważne ile by nad tym pracował, już nigdy nie będzie chirurgiem, nie wyglądało też na to, żeby temat dzieci kiedykolwiek miał być dla nich łatwy, ale… tutaj się uparł. I głęboko wierzył (albo raczej: bardzo chciał), żeby to w końcu wystarczyło. Było ciężko, było ciężko jak cholera, ale nawet jeśli miał momenty zwątpienia i bezsilności, robił wszystko, żeby napędzały go jeszcze bardziej. Nie przejmował się tym, że po drodze wypruje sobie żyły i że nie będzie miał siły na nic innego – był tak zdeterminowany, żeby uratować ich małżeństwo, że nie obchodziło go to, jak dużo musiał z siebie do tego dać, jak bardzo się wykończy i ile zupełnie nieproduktywnych działań podejmie. Bo był przekonany, że było warto.
Nie kłócił się z nią o przepraszanie – o ile bardzo chciał zrobić wszystko, co tylko dało się zrobić, o ile wiedział już, że są walki, których nie miał szans wygrać. Po jej kolejnych słowach poczuł się jednak, jakby ktoś postawił mu na ramionach coś bardzo ciężkiego i Will przez chwilę chciał powiedzieć, że poddaje się, nie ma siły tego nieść, niech go w końcu zgniecie. Chciał dzielić się z Mercy tym, co się w nim działo, chciał to robić, odkąd się tego nauczył i odkrył, że jej bliskość zazwyczaj była dokładnie tym, czego potrzebował. Ale przecież nie mógł tego robić, kiedy każdą jego emocją… obwiniała siebie. To tak, jakby podawał jej tylko kolejne narzędzia tortur, bo trochę mu ciążyły, ale ona, zamiast odłożyć je na bok, po prostu się nimi katowała. Teraz też poczuł tę okropną falę bezsilności i jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości, bo Mercy brała jego słowa, rzeczy, które powiedziałby tylko jej, i kierowała je przeciwko sobie. Kiedy on chciał tylko podzielić się tym, że jest mu ciężko. Jemu. Bez szukania winnych, bez odbijania piłeczki i licytowania się na to, komu jest gorzej. Wcisnął palce w blat tak mocno, jakby chciał zrobić w nim dziurę, korzystając z tego, że to coś, czego Mercy raczej nie mogła zauważyć. A potem, jak na całkiem niegłupiego faceta przystało, przebiegł w myślach przez wczorajsze pięćdziesiąt minut w gabinecie. Trudno było mu przypomnieć sobie konkretne odpowiedzi psychoterapeutki na jego kiepskie opinie o sobie samym, ale potrzebował chyba zaczepienia się w tym dziwnym, akceptującym klimacie wizyty u profesjonalistki. - Chciałem, dlatego poszedłem. Bo uznałem, że to coś, czego ja chcę spróbować – powiedział zaskakująco spokojnie jak na to, co działo się w jego głowie. - Wiem, że czujesz się ze sobą źle. Chciałbym to zmienić, gdybym mógł, ale wiem, że nie umiem i że to, że powiem, że wcale nie jesteś porażką, nic zmieni, więc… Chcę cię tylko poprosić, żebyś nie przypisywała tego mi. Ja tak nie myślę, nigdy w życiu tak nie pomyślałem i nie obwiniam cię za to, jak się czuję. Nie mówię ci tego wszystkiego, żebyś czuła się źle, mówię ci to dlatego, że ci ufam i jesteś moją najbliższą osobą. Jeśli to dla ciebie za dużo, to mi o tym powiedz i jeśli… jeśli kiedyś będziesz chciała powiedzieć mi, czemu tak się czujesz, obiecuję, że nie powiem ci, że tak nie jest i będę cię po prostu słuchał. – To, co jej obiecywał, było trudne. Każde przeprosiny, każde ściąganie na siebie winy ze strony Mercy bolało go niemal fizycznie, ale wiedział, że musiał nauczyć się robić dokładnie to samo, o co prosił ją – nie kierować jej emocji przeciwko sobie. Dokładnie tak, jak wczoraj usłyszał w gabinecie po pierwszych piętnastu minutach rozmowy, bo przecież bardzo szybko okazywało się, że ich uporczywe ściąganie na siebie winy za każde nieszczęście tego drugiego i niedawanie mu przestrzeni na posiadanie negatywnych emocji nie było nie do zauważenia pewnie nawet mało wprawnym okiem. - Mogę sprawdzić, czy przyjmuje też pary, jeśli chcesz iść tam ze mną, nie sama, ale… możemy poszukać kogoś zupełnie innego. Będziesz mogła upewnić się, czy ci odpowiada – zaproponował, chociaż Will też raczej nie poszedł do byle kogo (z drugiej strony, nie miał potrzeby robienia nawet połowy klasycznego researchu Mercy).
Gdyby chciała go o to spytać, szybko wyjaśniły jej, że przez znęcanie się miał na myśli przytulanie się do jego śmierdzącej papierosami koszulki, nie samo dotykanie jej, ale nie miał możliwości zorientował się, że coś poszło w tym zdaniu nie tak. Może mógłby jej też powiedzieć, że jeśli chciałaby go naprawdę skrzywdzić, to najlepszą metodą było odejście od niego, ale nawet gdyby dostał taką możliwość, chyba nie łudziłby się nawet, że Mercy by mu uwierzyła. Skoro nie miał jednak nic przeciwko temu, że ciągle śmierdział fajkami, bardzo mocno ją do siebie przytulił. Nie wiedział, czy coś jej to dawało, ale chyba chciał wierzyć, że nie tylko on coś jeszcze z tego czerpał i nie tylko on tego potrzebował. - Lepiej, pewnie, że lepiej – powiedział. Nie miał potrzeby odpowiadania inaczej, bo co będą mieli z Willa, któremu jest ciężko? Obwiniającą się o to, zdystansowaną Mercy, nieszczęśliwego Jacksona, któremu uwagę poświęca tylko jeden rodzic i brak obiadu, żadnej z tych rzecz nikt w tym domu nie potrzebował. - Chcesz coś teraz zjeść?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-28, 01:28
 

43
Chyba po prostu… nie tego się spodziewała? Jeśli w ogóle możemy mówić o tym, że Mercy chciała iść na terapię, to chciała to zrobić wyłącznie ze względu na Willa – choćby dlatego, żeby nie musiał dłużej jej kłamać, że czuje się lepiej, kiedy domyślała się, że wcale tak nie było. I choć wiedziała, że to dość oczywiste i uzasadnione, mimowolnie poczuła się dość nieprzyjemnie zaskoczona, kiedy zaczęli rozmawiać o rzeczach związanych z nią. Zaskoczona i dość mocno przytłoczona, kiedy terapeutka oczekiwała chyba, że Mercy będzie odpowiadać na jej pytania, a ona była w stanie skupić się tylko na tym, że w klatce piersiowej boli ją tak, że ciężko jej się oddycha, a najbardziej na świecie chciała stąd po prostu wyjść. Zamiast tego okazało się, że czeka ją wizyta w gabinecie obok, nawet jeśli dość chętnie podzieliła się swoim przypuszczeniem, że ten lekarz raczej nie może być zbyt dobry, skoro tak po prostu ma wolne terminy od ręki. Nie zmieniła zdania nawet wtedy, gdy wyszła od tego psychiatry, z dość niepewną miną i receptą w dłoni, którą natychmiast przekazała Willowi, żeby coś z nią zrobił. Nawet Mercy nie była na tyle złym lekarzem, żeby nie wiedzieć, co się robi z receptą, ale miała wrażenie, że już od samego trzymania jej coś może się stać, a nie miała pojęcia, jak się z tym czuła – z tym, że coś miało się wydarzyć.
Kilka godzin później, gdy wrócili do domu i spędzili resztę popołudnia z Jacksonem, wciąż nie wiedziała, dlatego gdy mały Hart zasnął, Mercy niemal od razu poprosiła Willa, czy mogą porozmawiać o tym wszystkim jutro – miała chyba całkiem duże doświadczenie z niewygodnymi tematami, które jej mąż poruszał wtedy, kiedy sam uznawał, że ma ochotę o tym pogadać, nie zawsze biorąc pod uwagę to, że Mercy może nie chcieć tego samego, więc bała się, że wieczorem czeka ich to samo. A tego wieczoru absolutnym szczytem możliwości Mercy była wanna. Jeśli Will chciał, mógł iść razem z nią, a jeśli nie, to po prostu zamknęła się w łazience, trzy razy dolewając ciepłej wody i trochę udając, że ogląda jakiś głupi serial, a trochę płakała. Właściwie to głównie płakała, ale to już chyba nie powinno nikogo specjalnie dziwić.
Bardzo chciałaby przytulić się potem do Willa i obudzić się z powrotem w świecie, w którym żaden psychiatra (w dodatku taki, który się obija w pracy i ma mało pacjentów, tę część także trudno było jej przełknąć) niczego od niej nie chce, ale rano okazało się, że wciąż czuje się równie paskudnie, a jej, no cóż, psychiatra pewnie miał równie mało roboty co wczoraj. Kiepsko spała, więc obudziła się dość wcześnie – przynajmniej jak na standardy swojej rodziny, jak na swoje stare i biegające, to pewnie dość normalnie – i nie wiedziała, co miałaby teraz robić, dlatego po prostu została w łóżku. Zamierzała pewnie chwilę po prostu pogapić się w telefon, ale wyszło jej to tak świetnie jak wszystko inne, dlatego gdy Will się obudził, ona przekopała się już przez paręnaście stron, na których mogła poczytać o swoich nowych lekach. Doprowadziło ją to do jednego dość istotnego wniosku, dlatego gdy Will trochę się już ogarnął, odłożyła telefon i przekręciła się, żeby na niego spojrzeć. - Ja… ja wiem, co ci ludzie wczoraj powiedzieli, ale nie mogę zacząć brać tych tabletek teraz. JJ ma w kwietniu urodziny, a ja nie mogę chodzić jak jakieś zapłakane zombie w urodziny własnego dziecka – poinformowała go, bardzo starając się chyba brzmieć dość rzeczowo, a nie jak ktoś, kto próbuje wypierać problem i szuka wymówek, żeby nie wypełniać zaleceń lekarzy.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-28, 22:08
 

Długie lata bycia lekarzem wykształciły w nim poczucie, że diagnoza to zawsze duży krok w dobrą stronę. Kiedy choroba miała swoją nazwę, miała też opis, do którego można się było odnieść, przyczyny do rozważenia i przede wszystkim kroki, jakie można było podjąć, żeby z niej wyjść. Kiedy dostawał wyniki z rezonansu i biopsji, mógł zabrać się do roboty, wiedział, czym teraz powinien się zająć i jak rozwiązać problem. Podstawowa różnica polegała jednak na tym, że do tej pory nigdy z diagnozą nie zostawał. Widział się z pacjentami na kontrolach, miał też pacjentów, którzy po dowiedzeniu się, co trzeba było im wyciąć, rezygnowali i uciekali się do innych metod. Miał do czynienia z chyba wszystkimi możliwymi reakcjami, od ulgi przez zupełne otępienie, aż do wzywania ochrony, bo pacjent postanowił roznieść mu gabinet, ale… zawsze w końcu z tego gabinetu wychodzili. Nie zostawał z atakami złości, z którymi potem przez całe życie zmagali się jego pacjenci z guzami móżdżku, nie zostawał z ich ponowną nauką mowy czy z tym, że już nigdy nie podnieśli się z wózka. Nie trzymał też ich za rękę, kiedy przepłakiwali całą noc albo rozważali skończenie ze sobą przed operacją, bo była ryzykowna i mogła skończyć się zamknięciem we własnym ciele. Diagnoza i to, co za sobą ciągnęła, potrafiła naprawić albo zniszczyć ludziom życia, ale z perspektywy lekarza była po prostu dobra.
Nad perspektywą męża nigdy wcześniej nie musiał się zastanawiać.
Poprzedni pobyt Mercy w szpitalu minął zbyt szybko i pociągnął za sobą zbyt dużo innych rzeczy, żeby Will w ogóle miał czas i siłę na myślenie o tym w ten sposób. Po wizycie i kolejnej godzinie, którą przesiedział na korytarzu, czekając na Mercy, nie miał właściwie nic oprócz czasu, bo bez najmniejszego zająknięcia uszanował jej prośbę i nie ruszał tematu. To dobrze, że się o tym dowiedzieli i Mercy mogła zacząć leczenie? Na każdym logicznym poziomie wydawało mu się, że nie było tu żadnych wątpliwości – tak, diagnoza i natychmiastowe leczenie było dobre i mogło im tylko pomóc. Jednak z drugiej strony, tej zupełnie niemedycznej (z zaskoczeniem przez parę ostatnich lat odkrywał, że w ogóle taką stronę posiadał i zawsze, kiedy dochodziła do głosu, miał wrażenie, że ma w głowie jakieś ciało obce), chyba zwyczajnie się bał. Bał się, co Mercy z tą informacją zrobi, czy nie będzie się przez to czuła jeszcze gorzej. Czy już pierwsze leki zadziałają? Czy jednak powinni iść do innego lekarza, może takiego, który faktycznie nie był dostępny od ręki? Co jeśli nigdy nie będzie chciała o tym rozmawiać i po prostu zamiotą temat pod dywan? W samo rozpoznanie trudno mu było wątpić. Kiepsko dziś spał i większość nocy spędził na czytaniu psychiatrycznych artykułów z poczuciem, że chce wykasować ze swojej głowy wszystko, co o depresji wiedział i wgrać to od nowa, dostosowane do nich. Dlatego, kiedy wreszcie się obudził, oprzytomniał chociaż trochę dopiero, kiedy Mercy zaczęła mówić, nawet jeśli wcześniej wyglądał, jakby w miarę kontaktował. Przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, a potem otworzył usta i… zupełnie świadomie zahamował wszystko, co chciał jej teraz powiedzieć. Znał to na pamięć. Miał to z prawie każdym swoim pacjentem, bo może jednak ta operacja nie była wcale taka konieczna? Miał to sam, kiedy poinformował pierwszego chirurga, którego zobaczył, że pierdoli głupoty, jego ręka jeszcze pięknie się złoży, a potem, że to wcale nie tętniak, on chętnie wróci do domu. I doskonale wiedział, że przypominanie, że tabletki są dla jej dobra, że JJowi nic się przecież nie stanie i że była lekarką, powinna o tym doskonale wiedzieć, było najgorszą decyzją, jaką mógł teraz podjąć. - Sprawdzałaś leki? – upewnił się, jakby wczoraj nie robił dokładnie tego samego. - Dowiedziałaś się czegoś jeszcze? – spytał i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać ją kciukiem po policzku. - Co myślisz o tym, co ci wczoraj powiedzieli?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-29, 01:16
 

W odpowiedzi po prostu pokiwała głową, przekonana, że chyba znali się na tyle długo, że nawet gdyby nie odezwała pierwsza, Will mógłby się domyślić, że nie tylko sprawdzała leki, ale też próbowała dowiedzieć się o nich wszystkiego co możliwe. Stety czy niestety, znali się też na tyle długo, by to działało w drugą stronę i Mercy mogłaby się teraz założyć, że Will też to sprawdził, nawet jeśli tego klasycznego reaserchu Mercy robić mu się nie chciało. Jej jak najbardziej się chciało, bo lubiła czuć, że ma kontrolę nad wszystkim tym, nad czym się dało. Lubiła wiedzieć, lubiła podejmować decyzje bardzo świadomie, opierając się raczej na faktach niż na własnej intuicji czy przeczuciach. Jeszcze ważniejsza była dla niej świadomość, że wszystko, co robi, zależy od niej samej – jeśli się dobrze przygotuje, zdecydowanie zmniejszała szanse na to, że operacja pójdzie źle, ale też w takich najbardziej przyziemnych sprawach, gdy mogła sama zdecydować, jak będzie jadła, a nawet gdyby miała najgorsze nawyki żywieniowe z możliwych, to nie była to niczyja sprawa i nikt nie mógłby jej zmusić, żeby robiła inaczej. Przecież nawet w przypadku Jacksona, gdyby nie chcieli, mogliby po prostu powiedzieć, że nie zamierzają adoptować tego dziecka (nawet jeśli to wydawałoby się jej zupełnie nieprawdopodobne) i nie zostaliby niczyimi rodzicami – nawet jeśli to było niespodziane i ciężkie, wciąż mogli zdecydować. A skoro Mercy chciała mieć kontrolę nad nawet najmniejszym kawałkiem ich świata – a ta potrzeba kontroli stawała się tym silniejsza, im gorsze rzeczy im się przytrafiały – to sama myśl, że miałaby zacząć brać tabletki, które miały wpływać na to, jak się czuje, kurewsko ją przerażała. Dlatego w odpowiedzi na kolejne pytanie Willa po prostu wzruszyła ramionami: - Chyba głównie tego, że bardzo nie chcę brać tych leków – przyznała, skoro jej fantastyczne argumenty najwyraźniej go nie przekonały. Westchnęła trochę ciężko, a trochę bezradnie i usiadła (ale już po tym, jak Will zabrał rękę), poprawiając przy okazji ramiączko koszulki, w której spała. Przetarła buzię dłońmi i powiedziała: - Przepraszam – zorientowała się, że mówi do swoich rąk i może być ciężko ją usłyszeć, więc je zabrała, a zamiast tego podciągnęła nogi do klatki piersiowej i oparła czoło o swoje kolano, bo najwyraźniej czuła jakąś dziwną potrzebę schowania się i zajmowania jak najmniej miejsca. - Przepraszam, wiem, że pewnie myślisz, że powinnam, ale… - urwała, bo tak naprawdę sama nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby się wytłumaczyć. Nawet ona słyszała przecież, jak głupio brzmiały jej argumenty – nie chce brać tabletek i się tego boi, ale co z tego? To nie był żaden powód ani dla Willa-lekarza, ani pewnie tym bardziej dla Willa-jej męża, który przecież sam chciał, żeby poszła na terapię i który mówił jej, że jest smutna. – Nie wiem – odparła, kontynuując rozmowę ze swoimi różnymi częściami ciała, tym razem z nogami. - Nie chcę być… nie wiem – poddała się – to nie tak, że nie chciała z nim o tym rozmawiać, po prostu nie potrafiła tego wszystkiego nazwać. Ani w celu wyjaśnienia Willowi, jak się teraz czuje, albo żeby jej samej było z tym wszystkim trochę łatwiej. Bo na razie wiedziała tylko tyle, że było jej ciężko w sposób, którego nie potrafiła nawet nazwać i że miała wrażenie, jakby ktoś przykleił jej do czoła jakąś łatkę, która przecież zupełnie do niej nie pasowała. - A ty? – spytała i przekręciła głowę tak, by na niego spojrzeć, tym razem opierając o kolano skroń.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-29, 23:18
 

To też świetnie z nim grało – to, że przecież gdyby nie on i jego pomysły, Mercy nie byłaby teraz tu, gdzie była i nie czułaby się tak paskudnie. To byłaby lepsza opcja? A jeśli tak, to dlaczego? Czy dlatego, że etykieta mogła jej zaszkodzić, pogorszyć jej samopoczucie, które kiedyś by się wyrównało, bez presji i tych trudnych wydarzeń? Czy dlatego, że miałby wtedy poczucie, że do niczego jej nie zmusił, ale jednocześnie w ich sytuacji nic by się nie zmieniło? Czy Mercy chciała, żeby coś się zmieniło? Czy w ogóle postrzegała swój stan jako coś, co mogło być trudne czy zupełnie nie, chciała tylko świętego spokoju i prawa do trzymania się tak kiepsko, jak tylko miała na to ochotę? I, wreszcie, czy on miał prawo powiedzieć jej, że chciał, żeby to się zmieniło? W tej chwili wydawało mu się, że nie miał najmniejszego. Ścieżki ich ostatnich interakcji były ostatnio raczej stałe i przewidywalne, więc mógłby obstawić duże pieniądze na to, że gdyby powiedział jej, że jej złe samopoczucie jest trudne też dla niego, fala wyrzutów sumienia pewnie kompletnie by ją zniszczyła. Pewnie zaczęłaby brać leki, ale z myślą, że robi to, żeby nie być jakąś kulą u nogi, dlatego, że Will tego by od niej chciał, a nie dlatego, że chciała tego ona. I czy dało się znaleźć w tej sytuacji dobre rozwiązanie? Co jeśli, skoro już wiedzieli, że to depresja i wiedzieli też, że choroby się leczy, powie Mercy, że to jej decyzja, a ona nie będzie brała leków i będzie już tylko gorzej? Co w tej sytuacji było dbaniem o nią, a co jego własnym wygodnictwem i egoizmem? Aż wreszcie – pytanie bardzo nieśmiało wychylające się z którejś szufladki ze zmartwieniami w jego głowie – co jeśli Mercy jednak chciała od niego odejść albo żeby on odszedł od niej i branie leków po prostu by jej to utrudniło?
Nie mógł spytać jej o żadną z tych rzeczy, to były kwestie, z którymi musiał poradzić sobie sam. Mógł za to usiąść niedługo po niej i po prostu pokiwać głową na znak, że wiedział. Próbował wyobrazić sobie siebie w tej sytuacji – chciałby bez zająknięcia wziąć leki zapisane przez psychiatrę? Miał problem nawet z zaakceptowaniem, że musi nosić okulary, a przecież wiązało się to z tym, że potwornie się męczył, a próba przeczytania czegokolwiek wiązała się z pękającą głową, bo musiał się mocno skupić. Z drugiej strony, na rehabilitację ręki chodził bez słowa sprzeciwu, ale może wiązało się to z tym, że jeszcze wtedy wydawało mu się, że miało to jakiś cel. Branie leków antydepresyjnych miało cel? - Myślę tylko o tym, że... chyba się boisz? Ja bym się pewnie bał – powiedział, wzruszając trochę bezradnie ramionami. Nie umiał powiedzieć, co by zrobił na jej miejscu. Z jednej strony był uparty jak osioł, jeśli chodziło o narzucanie mu czegokolwiek i okazywanie światu słabości, a z drugiej, miał chorobliwe poczucie odpowiedzialności za swoją rodzinę. I być może w tym miejscu aktywowałoby się do tego stopnia, że nie miałby tutaj żadnych wątpliwości i grzecznie żarłby tabletki. A może byłoby jak wtedy, kiedy nie chciał przyznać, że boli go ręka i prawie utopił im dziecko. Chciał uważać na słowa, ale jednocześnie nie miał pojęcia, co miałby jej w ogóle powiedzieć. Dlatego pochylił się po prostu i pocałował Mercy w ramię z nadzieją, że nie narusza za bardzo jej przestrzeni. - Chyba głównie, że chcę, żeby było ci dobrze – powiedział wreszcie. - I… może to jest jakiś pomysł na to, czemu od jakiegoś czasu chyba jest ci ciężko. A może nie jest, nie mam pojęcia, to możesz wiedzieć chyba tylko ty. Ja wiem tylko, że mnie to nie przeraża. Nie ma chyba żadnej diagnozy, która mogłaby mnie przerazić i jeśli się z nią zgodzisz, to nie zmieni to tego, co o tobie myślę i co do ciebie czuję. A jeśli się z nią nie zgodzisz, to możemy szukać dalej. Albo nie szukać. Ufam ci i… będę z tobą w każdej decyzji, którą podejmiesz – to, co jej obiecywał, nie było proste. Zdawał sobie sprawę z tego, ile konsekwencji mogło za sobą pociągnąć, ale chyba nie wyobrażał sobie teraz niczego istotniejszego niż zaufanie do Mercy i po prostu bycie przy niej. A potem… jakoś to będzie.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-31, 00:04
 

Milczała przez chwilę, wpatrując się w Willa bez słowa, zupełnie jakby nie usłyszała tego, co do niej powiedział albo jakby postanowiła to zwyczajnie zignorować. Wreszcie spytała jednak: - Czego byś się bał? – ona, jasne, bała się jak cholera, ale przecież wiedziała, że to zupełnie irracjonalne lęki – miała diagnozę, przypisali jej leki, więc jeśli zacznie je brać, powinno być lepiej, nie było tu się czego bać. Zamiast siedzieć i się nad sobą użalać, powinna po prostu łykać te cholerne tabletki, skoro nie była sama, a miała męża i syna. A skoro zawsze uważała Willa za zdecydowanie fajniejszego i po prostu lepszego człowieka niż ona sama, teraz nie miała dużych wątpliwości – była przekonana, że gdyby to on był na jej miejscu, po prostu zacząłby brać te tabletki, skoro to był jedyny sposób, żeby coś zmienić. I na pewno nie martwiłby się tymi wszystkimi bzdurami, które sprawiały, że Mercy prawie wpadała w panikę, gdy myślała o tych lekach – może nawet w jakimś sensie traktowała to jako osobistą porażkę, że musiała brać akurat antydepresanty, skoro na co dzień zajmowała się mózgami zawodowo (nawet jeśli w zupełnie inny sposób, to hej, teraz wkurwienie Mercy albo sprawienie, żeby poczuła się urażona, naprawdę nie było niczym skomplikowanym, o czym jej mąż przekonał się już wielokrotnie) – o wiele chętniej zabrałaby się za leczenie ręki czy wątroby. Zdawała sobie jednak sprawę, że to wszystko było przecież ekstremalnie egoistyczne i powinna po prostu bez gadania zacząć brać tabletki, niezależnie od tego co sądziła o swojej diagnozie, licząc na to, że to będzie najlepsze dla ich rodziny. Zdawała sobie też sprawę z tego, że Will po prostu by to zrobił, dlatego ciężko było jej zrozumieć, czego on mógłby się bać – to przecież tylko tabletki, które mają ci pomóc, prawda? Prawda?
Jak absurdalnie by to nie brzmiało, chyba… chyba wcale nie cieszyła jej myśl, że Will dalej będzie myślał o niej tak samo jak wcześniej. Przecież sama miała o sobie dość fatalne zdanie i była przekonana, że jej mąż myślał podobnie – ciągle zawodziła na coraz to nowych polach, nie miał w niej oparcia, krzywdziła go i nic nie mógł jej powiedzieć, bo zaraz to jemu znów się obrywało. Jasne, z pewnością ją kochał, ale co z tego, skoro pewnie byłoby mu dużo łatwiej, gdyby się odkochał? W dodatku chyba nie do końca wierzyła mu, gdy mówił, że jej ufał i mogła podjąć decyzję sama. Mogła, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Gdy ostatnim razem próbowała podjąć samodzielną decyzję i nie chciała przyjąć pracy na Harvardzie, od Willa usłyszała, że spoko, on niby się zgadza, ale i tak nie powstrzymał się przed skrytykowaniem tej decyzji, więc nie miała powodów, by zakładać, że tym razem będzie inaczej. To jednak nie czyniło tego łatwiejszym, bo główny problem wciąż pozostawał ten sam. I dlatego, mimo że naprawdę, naprawdę nie chciała mu tego robić, wreszcie spytała: - Okej, a… ale… co jeśli potem… dalej nie będzie mi… dobrze? – czuła się teraz tak paskudnie, że ciężko było jej w ogóle powiedzieć na głos, że miałoby jej być lepiej, tak nierealne to się wydawało. - Mogę… mogę zacząć brać tabletki albo nie, ale chodzi o to, żeby mi się poprawiło, a ja… ja nie wiem, jak miałoby mi się poprawić, bo czuję się, jakby w ogóle nie miało być już dobrze, niezależnie od tego, czy mieszkamy tu, czy gdzieś indziej. Albo… albo chociaż inaczej niż teraz. I przepraszam, ja… ja naprawdę nie chcę taka być, ale… ale nie mogę ci obiecać, że będzie dobrze… kiedykolwiek – czuła jakąś dziwną mieszaninę poczucia winy, wstydu i obrzydzenia do samej siebie (częściowo związanej z tym, że znowu siedzi i beczy mu od rana), ale chyba zwyczajnie musiała mu to powiedzieć. Musiała, bo nie potrafiła mu czegokolwiek zagwarantować, zwłaszcza kiedy wiedziała, że Will właśnie na to czeka, przecież to byłoby jak oszukiwanie go. - Przepraszam – powtórzyła jeszcze raz, tym razem ciszej, wycierając sobie nadgarstkiem łzy z policzków.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-31, 23:07
 

Zacisnął wargi, dając sobie moment na przemyślenie jej pytania. Chciał odpowiedzieć Mercy tak szczerze, jak tylko był w stanie, bo teraz wydawało mu się to szczególnie ważne, ale jednocześnie obawiał się, że może jej zasugerować coś, co jeszcze nie wpadło jej do głowy. Wreszcie wzruszył lekko ramionami i oparł głowę o zagłówek łóżka (albo ścianę, jeśli mieli niski, co nie). - Tego, że od teraz będę miał wypisane na czole, że nie poradziłem sobie sam. I tego, że ktoś dowie się, że tak myślę, skoro mam doktorat z nauk medycznych i spędziłem pół życia na leczeniu innych ludzi – powiedział i wydał z siebie coś przypominającego parsknięcie śmiechem. - Kiedyś chyba też tego, że czułbym się zależny – dodał zaraz i spojrzał na moment gdzieś w stronę ściany. - Po moim wypadku, tym w Kalifornii, chyba dlatego tak trudno było mi do ciebie wrócić. Bo chciałem sobie udowodnić, że jestem niezależny, chociaż nie mam pracy i nie działa mi ręka. Że nie potrzebuję niczego ani nikogo. I teraz wiem, że to było okropnie głupie, oczywiście, że jestem zależny. Potrzebuję cię i nie umiem wyobrazić sobie życia bez ciebie, ale w tym chyba nie ma niczego złego. Po prostu pewnych rzeczy albo ludzi potrzebujemy, żeby funkcjonować… dobrze. Nie mówię, że zawsze o tym pamiętam, ale… staram się – spróbował wyjaśnić. Miał przeczucie, że poruszanie tematu ich rozstania mogło nie być najlepszym pomysłem na świecie, ale jednocześnie chciał być uczciwy. I może dać Mercy przynajmniej niewielkie poczucie, że nie był tu po to, żeby ją oceniać – on też się bał, on też robił głupie rzeczy i podejmował decyzje, których potem żałował. Teraz miał inną perspektywę i nie bał się tej zależności, w jakimkolwiek wydaniu, aż tak bardzo. Jednocześnie przyglądał Mercy się uważnie, gotów jak najszybciej wycofać się z tematu, bo nie chciał jej skrzywdzić tym, co mówił. Chciał się tylko podzielić czymś, do czego oboje mogliby się odnieść. Może z niewielką nadzieją, że jego nauczka mogła im wystarczyć i przynajmniej poczucia zależności od leków nie musiała się bać, jeśli miały okazać się pomocne. Ale kiedy tylko skończył mówić, wszelkie dobre zamiary zdusiło w nim poczucie, że niepotrzebnie szarpnął za drażliwą strunę i był gotów najszczerzej na świecie ją przepraszać za to, że był skończonym kretynem, jeśli tylko dostrzegłby w najmniejszej zmarszczce na jej twarzy, że jest taka potrzeba.
Doskonale wiedział, że w każdej poprzedniej poważnej rozmowie nawalał. Nie potrafił być wystarczająco wspierający czy nieoceniający i bardzo chciałby, żeby chociaż tym razem było inaczej. Dlatego nie chciał okazywać Mercy, jak trudne pytania teraz zadawała, nie chciał, żeby pomyślała, że nie daje jej do czegoś prawa albo ma na ten temat swoje zdanie i na jej może się tylko krzywić. Wymagało to jednak od niego trzech czy czterech spokojnych, głębokich oddechów, zanim w ogóle był w stanie ułożyć jakieś zdanie. Najchętniej po prostu by ją do siebie przytulił, ale wiedział już, że przed niczym jej w ten sposób nie ochroni. Nie umiał jej chronić. - Nie musisz mi niczego obiecywać – powiedział wreszcie. - To chyba normalne, że nie czujesz teraz, że może być lepiej – stwierdził spokojnie i łagodnie. Gdyby była w stanie, pewnie nie rozmawialiby o depresji. - I wiem, że może być różnie. Ale wiem też, że możemy nauczyć się z tym żyć, Mercy. To… pewnie nie brzmi teraz dla ciebie realnie. Nie musi. Ale ja to wiem. Nauczyliśmy się żyć po naszej przerwie, po moim wypadku, po przeprowadzce, po tym, jak nagle zostaliśmy rodzicami i nauczymy się żyć z depresją. Z lekami, tymi czy innymi albo inaczej, tak, jak będziesz chciała i jak będzie dla ciebie najlepiej. Nie musisz mi do tego obiecywać, że będzie ci lepiej, nie musisz mi obiecywać niczego – powiedział i wyciągnął dłoń, żeby zatrzeć jej z policzka łzy. - Hej, nie masz mnie za co przepraszać. Ja… domyślam się, że mogłabyś zrobić mi całą listę rzeczy, za które myślisz, że musisz, ale gwarantuję, że… nie musisz. Nie jestem na ciebie zły, niczego ci nie wyrzucam i nie oczekuję, że teraz w ciągu tygodnia wszystko się zmieni, skoro już wiemy, z czym się mierzymy. Chcę ci tylko powiedzieć, że jestem tu i zamierzam być przez cały czas. Nieważne jak będzie i co się wydarzy. I chcę ci pomóc tak, jak ty tego potrzebujesz – ścisk w gardle stawał się nieznośny, ale zamiast płakać razem z nią, ostrożnie położył swoją dłoń na jej dłoni i jeśli tylko mu na to pozwoliła, splótł ich palce i mocno ścisnął.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: