Poprzedni temat «» Następny temat




32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-11, 22:16
 

Will wracał do pracy, a Mercy… nie czuła się ani trochę gotowa na to, by spędzić cały dzień w domu bez chłopaków. Przecież ostatni raz, kiedy została sama, spędzała czas na kuchennej podłodze i chyba zwyczajnie bała się powtórki z rozrywki – i nawet jeśli oboje mocno starali się z powrotem stanąć na nogi, to wszystko wciąż było zwyczajnie zbyt kruche, by Mercy chciała ryzykować. O jej pracy na razie nie było mowy, lekarz przedłużył jej zwolnienie lekarskie podczas ostatniej wizyty, a ona… chyba przede wszystkim cieszyła się, że ktoś mógł podjąć tę decyzję za nią. I to dość dosłownie, bo gdy podczas wizyty doktor spytał, jak się czuje i czy myśli, że powrót do szpitala dobrze jej zrobi, Mercy po prostu wzruszyła ramionami, nie przejmując się tym, jak dziwnie na nią patrzył przez resztę wizyty. Nie musiała więc sprawdzać, jak dobrze albo jak źle zrobiłby jej powrót do pracy (zamiast tego chyba powinna zacząć akceptować, że ktoś tu nie skończy rezydentury zgodnie z planem). Dzisiaj nie musiała też sprawdzać, jak zrobiłoby jej siedzenie w domu, ponieważ zwyczajnie postanowiła do domu nie wracać bez Willa i JJa. Rano nie tylko ogarnęła włosy i się pomalowała, ale też ubrała się w coś innego niż bluza męża i rozwiozła resztę rodziny do szkoły i pracy, a potem spędziła czas na oddawaniu książek do biblioteki, piciu kawy czy szukaniu Jacksonowi jakichś ubrań przez Internet (sama myśl, że miałaby wejść na dział dziecięcy wciąż była zbyt przerażająca). I choć podskórnie sama czuła, że to kompletnie bez sensu i powinna wracać do domu, przynajmniej nie musiała sprawdzać, jak się trzyma w samotności, bo przecież nie mogła się rozpłakać ani przy Jacksonie, ani przy tych trzech osobach stojących przed nią w kolejce po kanapkę.
Wiedziała, że Will ma jeszcze jedne zajęcia, mimo to zjawiła się w okolicy jego gabinetu z żarciem w torebce i telefonem w dłoni – starała się wyglądać na tak zajętą czytaniem jakiejś prognozy pogody, jak tylko była w stanie, gdyby przypadkiem ktoś wpadł na genialny pomysł zaczepienia jej. Na szczęście udało jej się w samotności doczekać tego, aż mąż przyszedł na przerwę. - Cześć, wszystko jest w porządku – powiedziała od razu, dopiero teraz uświadamiając sobie, że niezapowiedziana wizyta w ciągu dnia mogła go trochę zmartwić. Weszła do jego gabinetu (pod warunkiem, że Will ją wpuścił) i dopiero w środku go pocałowała. - Wiem, że masz jeszcze zajęcia, przyszłam, żeby dać ci kanapkę i przytulić się na piętnaście minut – wyjaśniła, zanim pocałowała go raz jeszcze i wreszcie dała mu to jedzenie. Oparła się tyłkiem o biurko i rozejrzała się po gabinecie: - Masz coś do zrobienia, nie wiem, jakieś wejściówki do posprawdzania? Jeśli tak, mogę na ciebie po prostu poczekać i to zrobić. A jeśli nie, to wrócę za godzinę, muszę kupić… to coś, w czym się robi tort. Gdzie ja to właściwie mogę kupić? – spytała, patrząc na Willa trochę tak, jakby spodziewała się, że kupienie tortownicy w Chicago jest dużo bardziej skomplikowane niż zakup narkotyków. I tak, bardzo potrzebowała w swoim życiu tortownicy, bo… uparła się, że w tym roku zrobi JJowi tort (albo podświadomie chciała ich wszystkich zabić, albo synowi też chciała ostatnio wynagrodzić masę rzeczy), nawet jeśli na sto procent wciąż zdarzało jej się mówić ludziom, że młody ma pięć lat i kolejne urodziny niebawem wydawały jej się bardzo podejrzane.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-11, 22:19
 

Drugie podejście do powrotu do pracy poszło mu chyba trochę lepiej niż to poprzednie. Po pierwszych dziesięciu minutach nie marzył tylko i wyłącznie o spakowaniu się i powrocie do domu, a studenci nie doprowadzali go na skraj wytrzymałości tylko przez to, że istnieli i czasem mieli czelność zadać jakieś pytanie, więc uznał to za całkiem niezły znak (i dowód, że Mercy miała rację, kiedy mówiła, że powinien jeszcze trochę poodpoczywać). Jasne, że przez cały czas o niej myślał – na telefon zerkał właściwie co chwilę i zastanawiał się, czy powinien zadzwonić już na tej, czy może jednak na następnej przerwie, ale zanim podjął jakąś sensowną decyzję, ktoś postanowił zadzwonić do niego. I o ile telefonu od żony jeszcze się spodziewał, o tyle telefon od ordynatora neurochirurgii był nieco większym zaskoczeniem. W szpitalu Will właściwie ostatnio nie bywał. Oddelegował większość obowiązków związanych z projektem innym, w miarę kompetentnym osobom i bardzo poważnie zastanawiał się, na ile w ogóle chciał do niego wracać – nadmiar obowiązków nie brzmiał teraz tak dobrze, jak zazwyczaj, a kilka dodatkowych godzin w tygodniu dla Mercy i Jacksona wydawało mu się teraz dużo sensowniejszą opcją. I chyba dlatego naprawdę nie był w stanie zareagować na nową propozycję w żaden sensowny sposób. Powiedział tylko, że na pewno pomyśli, ale ma teraz zajęcia, więc nie może rozmawiać, wepchnął telefon do kieszeni i ruszył do gabinetu z naiwną nadzieją, że trzecia kawa trochę pomoże mu ułożyć myśli. Jeszcze mniej niż sukcesu spodziewał się jednak własnej żony, więc w pierwszej chwili był gotów uznać, że jakaś studentka ma podobną fryzurę i tylko mu się przywidziało – prawie minął ją bez większego zainteresowania, ale jego zwoje mózgowe postanowiły wykonać jednak minimum pracy i Will zatrzymał się, przyglądając jej się z zaskoczeniem. – Cześć – powiedział i jeszcze chwilę nad czymś pomyślał, a potem po prostu uśmiechnął się dużo szerzej niż miał ostatnio w zwyczaju. – Tylko piętnaście? Jesteś pewna? – spytał, zerkając na zegarek, kiedy już wpuścił Mercy do gabinetu i przekręcił za nią klucz, żeby nikt nie wpadł na jakiś głupi pomysł i nie postanowił im poprzeszkadzać. – Bardzo mi przykro, jeszcze nie zdążyłem zrobić im żadnych wejściówek – poinformował ją, pewnie nawet trochę zawiedziony, kiedy już pocałował ją w ramach podziękowań. – Tortownicę? – upewnił się, marszcząc brwi i odłożył na chwilę kanapkę na biurko. – W… sklepie? – zasugerował jej bardzo inteligentnie i zaraz wyciągnął ręce. – Zaraz spytam cię, po co ci tortownica i komu chcesz zrobić tort, ale podobno przyszłaś się przytulić – przypomniał jej uprzejmie i przyciągnął Mercy do siebie, żeby na chwilę czy dwie oprzeć policzek o jej włosy i zrobić to, co pewnie robiłby od rana w domu, gdyby nie postanowił się wreszcie z niego ruszyć. – Po co ci tortownica? – spytał wreszcie, zgodnie z obietnicą, kiedy odrobinę się od niej odsunął i mógł na nią spojrzeć. – I… to właściwie dobrze, że przyszłaś, chyba musisz pomóc mi podjąć całkiem dużą decyzję – przyznał po chwili, drapiąc się po brodzie z miną kogoś, kto naprawdę nie do końca ogarnia to, co się działo – i chociaż ostatnio czuł się tak przez większość czasu, na Willu zagubienie wciąż wyglądało nieco abstrakcyjnie.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-11, 22:21
 

Nie była pewna, czego powinna się właściwie spodziewać – wydawało jej się, że przedłużenie urlopu i krótki wypad we dwoje rzeczywiście pomogło Willowi, ale nie wiedziała, czy w jego przypadku to był już dobry moment na powrót do pracy. Tym bardziej, że sama pewnie chętnie spróbowałaby przetrzymać męża jeszcze tych kilka dodatkowych dni w domu (naprawdę bardziej z myślą o jego komforcie psychicznym niż o tym, że Mercy bała się zostać sama). Dlatego zdecydowanie jej ulżyło, gdy Will się uśmiechnął i mogła się trochę rozluźnić, gdy już została zamknięta w gabinecie. - Ja mogę zostać nawet szesnaście minut, ale słyszałam, że ktoś tu wrócił do pracy – wyjaśniła, przyglądając mu się nieco uważniej. - Jak pierwszy dzień? Twoi studenci zmądrzeli choć trochę? – spytała, choć chyba dość kiepsko świadczyłoby o Willu, gdyby jego studenci stawali się mądrzejsi pod jego nieobecność, a nie odwrotnie. Na wieść o tych wejściówkach w pierwszej chwili po prostu przytaknęła i milczała jeszcze kilka sekund, zanim się wreszcie nie zreflektowała: - Bez sensu, na szczęście masz jeszcze godzinę, żeby to nadrobić – zauważyła, posyłając Willowi przepraszające spojrzenie, bo naprawdę wiedziała, że ostatnio nie była najlepszym rozmówcą i musiała się mocno pilnować, żeby nie ograniczać się do kiwania głową i wzruszania ramionami. A potem po prostu uniosła brwi – bardzo wysoko i bardzo wymownie – słysząc o tym sklepie, ale nie musiał jej dwa razy przypominać, że chciała się przytulić. Mocno do niego przylgnęła, okropnie zmęczona tymi wszystkimi ludźmi z dzisiaj. - Jeszcze chwila, dobrze? – poprosiła cicho, kiedy poczuła, że Will chce się odsunąć, czując się dość paskudnie ze świadomością tego, że jest taką spierdoliną, że musi przyłazić do męża do pracy. Najchętniej naprawdę nie ruszałaby się przynajmniej tych piętnaście minut, ale dała sobie jeszcze tylko chwilę, po czym wreszcie go puściła. - Ładnie wyglądasz w tej koszuli – powiedziała, gdy odsunęła się od niego, zakładając sobie włosy za ucho. - Żeby zrobić tort. Chcesz mi powiedzieć, że nie masz jeszcze wybranych pięciu zestawów lego, które sobie kupisz i będziemy udawać, że to na urodziny JJa? – spytała, z niewiadomych względów podejrzewając o coś takiego doktora Harta. Do miłości chłopaków do lego w ogóle podchodziła z dystansem kogoś, kto nie tylko regularnie wbijał sobie klocki w ręce i nogi, ale też potem musiała się bawić z Jacksonem tym, co zbudował sobie z tatą, co na sto procent nie było jej ulubionym zajęciem. Mogła robić z ich dzieckiem naprawdę dużo rzeczy – lubiła sporą kolekcję gier i książek Jacksona, kolorowanki, tworzenie całych książek na odwrocie niepotrzebnych jej już kserówek, przyzwyczaiła się do oglądania z nim bajek, zbierania każdego patyka na spacerze i innych rodziców na placach zabaw czy basenie, ale wciąż musiała się bardzo mocno starać, żeby nie bawić się z JJem tymi wszystkimi dinozaurami czy ludzikami lego tak, żeby jej syn się nie wkurzał, a mąż nie śmiał. - Ta decyzja może poczekać, aż zjesz kanapkę? – spytała i podsunęła jedzenie w jego stronę. z powrotem siadając na jego biurku. - Weź dwa gryzy i powiedz mi, co się dzieje, okej? – poprosiła, trochę zastanawiając się nad tym, że nie widzieli się od kilku godzin i naprawdę nie wiedziała, jak Will w tym czasie mógł dorobić się dużej decyzji do podjęcia, skoro ona nie potrafiła się nawet zdecydować, czy potrzebuje jeszcze jednej spódnicy.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-11, 22:22
 

- Myślisz, że moi studenci mądrzeją, kiedy mnie nie ma? – spytał dość uprzejmie, jakby własna żona właśnie nie próbowała go obrazić, a potem uśmiechnął się jak ktoś trochę zmęczony, ale w gruncie rzeczy nie tak potwornie niezadowolony z życia. Oczywiście, że jego praca na uczelni wciąż nie była jego ulubionym zajęciem pod słońcem, a o swoich studentach miał zazwyczaj dość kiepskie zdanie, ale chyba udało mu się już zaakceptować to, że musi się po prostu przyzwyczaić. Przynajmniej do dzisiaj zakładał, że niespecjalnie czeka go już cokolwiek lepszego i równie dobrze może zacząć myśleć o sobie jako o profesorze, nie doktorze Harcie (bo przecież jakieś ambicje musiał mieć nawet w takim miejscu). – Nie było źle – odparł jeszcze na pytanie o jego pierwszy dzień i wzruszył nieco ramionami. – Ciężko przestawić mi się na niebycie w domu… Właściwie nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem – uśmiechnął się trochę szerzej, najwyraźniej dopiero teraz zaskoczony tym, jak dużo rzeczy mogło się ostatnio zmienić. Pewnie, że za długo nie wytrzymałby tylko w domu, ale… przecież jeszcze kilka lat temu tyle tygodni bez pracy wydawało mu się być bardzo przykrą abstrakcją, na którą nie miałby najmniejszej ochoty. – Ale da się tu przeżyć – stwierdził wreszcie i tylko uśmiechnął się do Mercy, kiedy usłyszał o wejściówkach. Nie wymagał od niej aktywnego udziału w rozmowie o kompletnych głupotach – wystarczyło mu, że tu była i że zamiast dodatkowej chwili, trzymał ją jeszcze przez co najmniej trzy, bo najwyraźniej oboje byli tak samo wielkimi spierdolinami. – Ty też ładnie wyglądasz – zapewnił ją, zanim pocałował ją krótko, żeby nie miała wątpliwości co do tego, że nie był tylko uprzejmym człowiekiem. – Będziesz robiła tort na urodziny JJa? – upewnił się, bardzo mocno próbując nie wyglądać na zaskoczonego, przestraszonego albo po prostu przekonanego, że to bardzo kiepski pomysł. – I szukasz tortownicy już teraz, żeby najpierw zrobić kilka prób? – spytał, wciąż dużo siły wkładając w brzmienie jak zupełnie uprzejmie zainteresowany człowiek, bez cienia obaw. – I przepraszam, nie musiałem niczego wybierać, jesteśmy już z Jacksonem umówieni na konkretne prezenty – poinformował ją jeszcze tonem czterdziestodwulatka, który w żadnym razie nie kupował tych prezentów sobie i nie potrafił dłubać w lego jeszcze kiedy ich siedmiolatek decydował, że na dzisiaj mu się znudziło. Zaraz jednak został zmuszony do jedzenia, więc po prostu wziął tego gryza czy dwa i skorzystał z przeżuwania, żeby jakoś ułożyć to sobie w głowie. – Zadzwonili do mnie ze szpitala – powiedział wreszcie, siadając na fotelu naprzeciwko Mercy. – Sullivan odchodzi wreszcie z pracy i… chcą mnie zatrudnić na jego miejsce jako diagnostę – wyjaśnił. Sam jeszcze nie do końca potrafił stwierdzić, co właściwie o tym myślał – z jednej strony wiedział, że ze swoją wiedzą i doświadczeniem mógł przydać się szpitalowi, szczególnie do bardziej skomplikowanych przypadków, gdy pozbywali się innego, starego lekarza, który od paru ładnych lat już i tak nie operował. Z drugiej za to… nie umiał powiedzieć, czy go to cieszyło. Czy przypadkiem znajdując się tak blisko tego, co robił kiedyś, nie zatęskni trochę zbyt mocno. I, przede wszystkim, czy w ogóle miał na to teraz czas.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-11, 22:23
 

– Nie wiem, może uczyli się do poprawki, jak cię nie było – wzruszyła ramionami, bo Will chyba dawno nie widział, jak Mercy próbuje kogoś obrazić, skoro myślał, że robi to w tej chwili. Przecież nigdy nie była szczególnie sympatyczną osobą – więcej, ona nie chciała być sympatyczną osobą. Była niską blondynką o niebieskich oczach, która wzięła ślub ze swoim przełożonym, więc gdyby była sympatyczna, nikt nie brałby jej przecież na poważnie jako chirurga (przynajmniej sama Mercy tak uważała, ale pacjenci, którym do tej pory zdarzało się prosić, żeby zamiast niej przyszedł do nich jakiś starszy lekarz, tylko ją w tym utwierdzali). Całkiem ją więc cieszyło to, że więcej kolegów z rezydentury trochę się jej boi – albo jej męża – niż daje jej słodycze jak Brenda, ale… czasami trochę zapominała, że nie jest już w szpitalu i nie musi się tam rozpychać łokciami, nie musi też patrzeć na matkę koleżanki Jacksona tak, jakby chciała jej wbić w mózg skalpel, kiedy próbuje z nią poplotkować, gdy ich dzieciaki przebierają się w szatni. - Ja też nie, ale… dobrze, że trochę odpocząłeś – wzruszyła lekko ramionami. Musiała przyznać, że Will, którego nie trzeba było długo namawiać na przedłużenie urlopu, rzeczywiście był czymś dość niecodziennym, ale, umówmy się, Will w domu, ona na niekończącym się zwolnieniu lekarskim i utrata dziecka nigdy nie były sytuacją, w której chętnie by się znalazła. I chyba dobrze, że Will ją pocałował, bo inaczej bardzo chętnie zapewniłaby go, że przecież wcale nie wygląda ładnie – to jedna z ostatnich rzeczy, jakie teraz by o sobie powiedziała, co przecież jeszcze do niedawna niemal nigdy jej się nie zdarzało. Jasne, że chciałaby być wyższa, może nie lubiła swoich ud albo, nie wiem, uszu, ale zazwyczaj rzeczywiście zgadzała się z tym, że jak już się ogarnie do wyjścia, to wygląda ładnie. Niestety zaraz po tym całowaniu zebrało im się na jakieś rozmowy, a Mercy natychmiast zorientowała się, że jej mąż wcale nie jest uprzejmie zainteresowanym człowiekiem. Zacisnęła na chwilę wargi, a w odpowiedzi na jego pytanie po prostu wzruszyła ramionami. - No cóż, nikt nie każe ci tego jeść – odparła sucho, z miną i tonem Mercy, której zrobiło się przykro, ale zamiast to okazać, woli wyglądać na obrażoną i wkurwioną niż smutną. Rzeczywiście nie oczekiwała od Willa, że by to zjadł, nie oczekiwała też, że zrozumie, czemu to dla niej tak ważne, dlatego po prostu po raz kolejny wzruszyła ramionami na znak, że nieważne i przez chwilę wpatrywała się w niego, intensywnie się nad czymś zastanawiając. - Okej, niezależnie od tego, jakie badziewie wypatrzy w telewizji, na urodziny koniecznie kupimy Jacksonowi tę grę o kosmosie, bo ja ją chcę. Ty możesz sobie wybrać jedno lego, które mu kupimy, nawet jeśli nie będzie go chciał, może być? – zaproponowała. Na prezenty urodzinowe JJ pewnie zaczął się z nimi umawiać koło maja i regularnie zmieniał zdanie, w zależności od tego, co jego kolega przyniósł dziś do szkoły albo jaką reklamę obejrzał. I choć do lego podchodziła odrobinę sceptycznie, nie widziała powodu, dla którego nie mogliby czasem kupić małemu tego, czym chcą się pobawić jego rodzice, skoro cała ich trójka spędzała nad zabawkami Jacksona naprawdę sporo czasu. Oparła się tyłkiem o jego biurko, próbując się nie krzywić, bo po raz pierwszy od wyjścia ze szpitala spędziła tyle czasu poza domem i zaczynała odczuwać, że nie tak dawno miała operację, więc bieganie po mieście cały dzień nie jest zalecane. - Okej, oboje wiemy, że poradziłbyś sobie świetnie, ale… chcesz pracować jako diagnosta?- spytała, nie okazując zdziwienia tym, że Sullivan w ogóle jeszcze żyje.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-12, 15:35
 

Ewentualnie po prostu miał naiwną nadzieję, że Mercy czasami bywała przy nim trochę milsza niż w stosunku do reszty społeczeństwa. On też przecież nie należał do najsympatyczniejszych ludzi na świecie, ale z zupełnie innego względu niż jego żona – Willa zwyczajnie niewiele rzeczy tak naprawdę obchodziło. Skoro grzebał ludziom w układzie nerwowym i znał się na mózgu tak, jak pewnie dało się na nim znać, zakładał, że nie musi się do kompletu przejmować byciem miłym człowiekiem, uśmiechaniem się do obcych ludzi i udawaniem, że nie ma w stosunku do swoich studentów kosmicznych wymagań. I nawet jeśli jego bardziej choleryczna i wybuchowa część całkiem się przez ostatnie miesiące uspokoiła, najwyraźniej dzisiaj mógł pomyśleć trochę dłużej, zanim zaczął mówić. Uśmiechnął się lekko, ciepło (z dużą nadzieję, że nie wygląda przy tym na trochę jednak rozbawionego człowieka) i spojrzał na Mercy trochę tak, jak czasem patrzył na Jacksona, kiedy mały miał gorszy dzień i postanawiał się o wszystko obrażać (nie dlatego, że traktował ich teraz tak samo, chyba zwyczajnie już tego nie kontrolował). – Przepraszam – powiedział po prostu, bardzo spokojnie, jakby nie było to w jego życiu w jakimś sensie kolejną nowością – może taką, która miała zostać z nim na stałe. Miał wrażenie, że przez ostatnie tygodnie bardzo wyczulił się na nastrój Mercy, ale najwyraźniej dostosowywanie się do niego ciągle było czymś, nad czym musiał popracować. – Pewnie, że zjem twój tort, a jeśli będziesz chciała, mogę ci nawet asystować w szukaniu tortownicy i pieczeniu, okej? JJ na pewno się ucieszy – zapewnił ją, wciąż tym samym tonem kogoś, do kogo żona wpadła na przerwie po powrocie do pracy i kto naprawdę nie chciał, żeby wyszła z tej przerwy na niego zła. – Jedno? – upewnił się, marszcząc lekko czoło. – Jedno w ogóle czy tylko jedno, którego nie ma na liście Jacksona? – dopytał jeszcze, jak przystało na czterdziestodwulatka, który trochę za bardzo cieszył się z tego, że mają z synem podobne zainteresowania. Zaraz jednak przestał robić głupie miny i zastanawiać się, który zestaw byłby najfajniejszy, bo przeszli do trochę trudniejszych tematów, a Mercy zadała pytanie, na które… chyba w gruncie rzeczy nie do końca potrafił odpowiedzieć. Oparł się plecami o ścianę i odetchnął głęboko, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Nie wiem – powiedział wreszcie, wzruszając lekko ramionami. – To… inny rodzaj pracy – zauważył oczywistość, wzruszając ramionami po raz drugi i przeczesał włosy palcami. – Nie wiem, na ile będę mógł tak po prostu… przejść do tego, że ktoś inny będzie robił większość roboty za mnie i ostateczna decyzja będzie zależała od niego – przyznał po chwili milczenia, marszcząc lekko czoło. Potem pomilczał kolejną chwilę, wciąż zmarszczony, wciąż ze skrzyżowanymi rękoma, aż wreszcie spojrzał na Mercy. – Nie wiem, czy to dobry moment na powrót do szpitala. Zrezygnowałem z książki, żeby mieć więcej czasu dla was, teraz… teraz myślałem też o niewracaniu do projektu, chyba całkiem nieźle radzą sobie beze mnie. Przez szpital znowu nie byłoby mnie w domu.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-15, 19:43
 

– Nie, w porządku, ale… poradzę sobie – zapewniła, wzruszając przy tym ramionami. Nie mogła być dłużej zła na Willa, skoro po prawie siedmiu latach małżeństwa wreszcie zaczęli się nawzajem przepraszać, ale… chyba zareagowała tak, jak zareagowała, bo najbardziej bała się, że JJ wcale się nie ucieszy z tortu. To, żeby zrobić własnemu dziecku ciasto na urodziny w jakiś sposób było dla niej idiotycznie ważne, zwłaszcza że ostatnio była bardziej zajęta własnym kryzysem psychicznym niż tym dzieckiem, które mieli – do tego stopnia, że niedawno minął rok, odkąd Jackson z nimi mieszkał, a ona praktycznie nie zwróciła na to uwagi. I choć chciała zrobić ten tort, wiedziała przecież, jak źle gotuje (a jeśli nie pamiętała, jej mąż chyba całkiem chętnie jej o tym przypominał) i że Jackson nie był szczególnym fanem jej kuchni. A Mercy bardzo potrzebowała teraz w życiu czegoś, co… co wreszcie jej się uda, nawet jeśli miało to być tylko ciasto z wbitymi świeczkami. - Jedno, które kupimy tobie – odparła z lekko zmarszczonym czołem, zwłaszcza że nie była całkiem na bieżąco z listą prezentów – zazwyczaj po prostu kiwała głową, gdy JJ pytał, czy kolejną zabawkę też dostanie na urodziny i zakładała, że na poważnie zaczną negocjować dopiero w kwietniu.
Widząc, jaki Will jest zmarszczony i schowany, opowiadając o tej pracy, najbardziej miała ochotę pocałować go w czoło i pogłaskać po ramieniu. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy – zamiast tego po prostu pozwoliła mu mówić, wpatrując się w niego wciąż bez cienia uśmiechu i powoli pokiwała głową. - Will, przede wszystkim… nikt nie wykonywałby pracy za ciebie. Ci lekarze, którzy przychodziliby do ciebie skonsultować przypadek, wykonywaliby własną pracę i… i wiem, że to może być zwyczajnie trudne. Ja myślę, że jesteś najlepszym specjalistą, jakiego znam i byłbyś w tym szpitalu zwyczajnie bardzo potrzebny, a poza tym jesteś zbyt dobry, żeby tylko pracować na uczelni, niezależnie od tego, czy możesz dalej operować. Ale zupełnie poważnie pytałam, czy chcesz to robić, bo jeśli myślisz, że powrót do szpitala byłby zbyt ciężki, to nie ma sensu, żebyś to robił – powiedziała, jakby to było zupełnie nieskomplikowane i wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać go po przedramieniu. To rzeczywiście uważała za całkiem proste, ale druga część była o wiele trudniejsza, w dodatku z dwóch powodów. Najpierw – po raz kolejny zresztą, ale za każdym razem bolało równie mocno – przypomniała sobie, jak bardzo Will uwielbia być tatą i jak dużo może dla nich poświęcić, kiedy Mercy nie jest w stanie nawet urodzić mu dziecka. A potem dotarło do niej, że gdyby tak bardzo nie nawaliła, za kilka miesięcy spodziewaliby się dziecka, a wtedy nowe stanowisko rzeczywiście mogłoby nie być najlepszym pomysłem. - Wiem, że to nie jest najlepszy okres także dla JJa, ale… przecież on jest w ciebie totalnie zapatrzony, Will. Kocha cię i jestem pewna, że wie, jaki jest dla ciebie ważny i że jeśli coś się dzieje, może do ciebie przyjść w każdej chwili, trochę więcej pracy wcale tego nie zmieni – zapewniła. - Ja wciąż jestem jeszcze w domu, więc gdybyś chciał spróbować wrócić do projektu albo do szpitala, to… to chyba całkiem niezły moment, prawda? Nawet jeśli ty będziesz spędzał w pracy trochę więcej czasu niż do tej pory, to Jackson będzie ze mną, a nie z nianią, może mały jakoś to przeżyje. Jeszcze niedawno miałeś uczelnię, projekt i książkę do napisania, a nie wygląda na to, żeby JJ uznał, że w takim razie już cię nie lubi – przypomniała mu, wzruszając lekko ramionami. Przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie powiedziała: - Słuchaj, mówię poważnie, jeśli ty sam nie chcesz się tym zajmować, to zrezygnuj i nie ma tematu. Ale nie rób tego, jeśli martwisz się tylko o JJa. Przecież poradzimy sobie, jeśli będziesz miał trochę więcej roboty, a poza tym… chyba lepiej będzie, jakbyście porobili razem coś fajnego przez te dwie godziny, kiedy wrócisz z pracy, niż gdybyście siedzieli razem w domu przez pół dnia i po prostu oglądali razem bajki. Ale może lepiej nie mów Jacksonowi, że to powiedziałam.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-17, 00:55
 

- Wiem – odparł po prostu, kiwając głową. – Ale gdybyś potrzebowała kogoś do mieszania mąki… mąkę trzeba mieszać? Mieszania czegokolwiek, to jestem w gotowości – zapewnił ją, bo, jak widać, Will też niespecjalnie znał się na pieczeniu ciast. Jego umiejętności kulinarne ograniczały się raczej do podstawowych potraw, które każdy mógł zjeść bez większego marudzenia, z tortem pewnie poradziłby sobie równie dobrze, co Mercy. Czasem zapominał tylko, że to, że jego to zupełnie nie ruszało, nie zawstydzało ani nawet za bardzo nie interesowało, nie znaczyło, że jego żona radziła sobie z tym równie bezboleśnie. Wydawało mu się, że zapominał o tym coraz rzadziej, ale najwyraźniej dość mocno się mylił.
- Operowanie moich pacjentów byłoby wykonywaniem pracy za mnie – zauważył spokojnie, powoli, zupełnie jakby ta kwestia na nowo, po tylu miesiącach, nie wypalała mu dziury w mózgu. Wiedział, że nie każdy jego pacjent w ogóle wymagałby operacji. Wiedział, że mógłby zajmować się tymi ciekawszymi przypadkami, u których sama diagnostyka była przeprawą przez wszystkie zakamarki wiedzy, literatury i intuicji. Wiedział, że brałby udział w opracowywaniu planu operacji, że nikt nie ignorowałby (przynajmniej zbyt otwarcie) jego sugestii i że może mógłby nawet w jakimś stopniu decydować, u kogo najlepiej byłoby się operować. Ale wiedział też, że to wciąż trochę tak, jakby ktoś dał mu paczkę jego ulubionych chipsów, pozwolił mu wziąć dwa, a resztę zabrał sobie i zjadł na jego oczach (chipsy można też zastąpić lego). I skąd, na litość boską, miał teraz wiedzieć, jak by sobie z tym poradził? Przecież zakładał, że nawet gdyby chciał, istniała wielka szansa, że wpakowałoby się w coś, przez co nieszczęśliwy byłby nie tylko on, ale też cała jego rodzina, bo, nie oszukujmy się, każdy wiedział, kiedy doktor William Hart był nieszczęśliwy. – Nie wiem, czy więcej pracy tego nie zmieni – powiedział wprost. Zresztą, nie martwił się przecież wyłącznie o JJa, ale też – a może teraz przede wszystkim – o Mercy. Chyba nie wyobrażał sobie jeszcze zostawiania jej samej na cokolwiek poza uczelnią, na której przecież nie siedział przez cały dzień. Miałby nagle dołożyć sobie cały rządek pacjentów i siedzenie w szpitalu, zostawiając ją kompletnie samą? Szczególnie kiedy ona jeszcze nie mogła do tego szpitala wrócić? Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w Mercy, a potem, wciąż z rękoma w tej samej pozycji, wzruszył lekko ramionami. – Nie martwię się tylko o JJa. Martwię się o was. O nas. O to, że dopiero stajemy na nogi i… cieszę się, że tu dzisiaj przyszłaś. Gdyby to ode mnie zależało, mogłabyś tu spędzać każdą przerwę, a to nie brzmi na moment, w którym zaczyna się nową pracę. Szczególnie tak czasochłonną – wyjaśnił i zerknął na zegarek, skoro już przypomniał sobie, że niedługo będzie musiał wracać na zajęcia. – Za chwilę muszę iść, widzimy się tu czy w domu? – spytał, wciąż uparcie odmawiając odpowiedzi na pewnie najistotniejsze pytanie Mercy – czy on w ogóle chciał wracać do szpitala.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-17, 23:31
 

– Nie wiem nawet, czy do tortu potrzebujesz mąki – przyznała szczerze, wzruszając ramionami, bo przecież torty to ona widywała głównie w cukierniach albo w domu Mercerów, ale nigdy nie uczestniczyła w przygotowaniu żadnego. To może nawet dziwne, że przy ośmiu osobach w domu (a co za tym idzie, ośmiu tortach rocznie) i Margaret, której całkiem blisko do perfekcyjnej pani domu, nie nauczyła się ani gotować, ani piec, ale przecież nigdy nie była zżyta z matką. Może nawet kilka ostatnich lat przed wyjazdem Mercy do Kalifornii głównie na siebie wrzeszczały, więc jakakolwiek próba nauczenia nastoletniej Mercury przygotowania najprostszych potraw kończyła się taką awanturą, że przez następne dwa tygodnie kanapki do szkoły musiała sobie robić sama.
Nic nie mogła na to poradzić – poczuła, że rozczarowała Willa. Tym, że nie potrafi mu sensownie doradzić i tym, że gdyby była trochę głupsza, wciąż upierałaby się, że gdyby operowała pacjenta, to byłaby jej robota, a nie Willa (chociaż akurat nie pomyślała w tym momencie o sobie, chyba nie zorientowała się jeszcze, że gdyby jej mąż przyjął posadę, znowu pracowaliby razem trochę bardziej). Ale równocześnie miała wrażenie, że chyba… chyba nie była nawet w stanie sensownie mu doradzić. Nie miała pojęcia, co on właściwie chciałby teraz usłyszeć (spoko, domyślała się, że Will w tej chwili sam tego nie wiedział) i wydawało jej się, że jeśli nie powie tej jednej dobrej, odpowiedniej rzeczy, cała reszta, którą usłyszy, nie będzie miała żadnego znaczenia. - Albo jest dokładnie odwrotnie. Przecież oboje wiemy, że to nie jest twoja wymarzona praca, więc może w tej sytuacji dodatkowe zajęcie, bardziej angażujące i wymagające niż zajęcia ze studentami, pomogą ci bardziej niż oglądanie mnie co godzinę. A jeśli martwisz się o Jacksona, zawsze możemy z nim o tym porozmawiać. Ale przecież nie musisz decydować w tej chwili, możesz się nad tym spokojnie zastanowić i… jestem, jakbyś chciał o tym dłużej pogadać, okej? – upewniła się, a gdy okazało się, że Will rzeczywiście zamierza iść na zajęcia zamiast zabawiać swoją żonę towarzystwem przez kolejną godzinę, po prostu skinęła głową i pozwoliła mu skończyć jedzenie. - Jeśli mogę zostać, to tutaj – odparła, bo czuła się chyba trochę zbyt kiepsko, żeby biegać teraz po mieście w poszukiwaniu tortownicy. - Poczekaj, rozczochrałeś się – zauważyła, kiedy Will wstał i zaczął się zbierać do wyjścia, a kiedy stanął naprzeciw niej, poprawiła mu te włosy, które przed chwilą sobie roztrzepał i, jeśli było trzeba, strzepnęła z niego jakieś okruszki z kanapki. A kiedy już wyprawiła męża do jego młodych studentek, przeniosła się na jego fotel i siedziała tutaj do jego powrotu.
– Jakiś chłopak cię szukał, ale powiedziałam, żeby ci wysłał maila – poinformowała go na dzień dobry i tym razem to ona zerknęła na swój telefon, żeby sprawdzić, czy mają jeszcze chwilę, zanim Jackson skończy lekcje. - Słuchaj, jeśli… jeśli martwisz się zostawiać mnie samą, kiedy pracujesz, przecież… przecież mogę się czymś zająć. Wiem, że mam jeszcze zwolnienie, ale mogę wrócić do doktoratu albo nadrobić zaległości przy projekcie, nie muszę siedzieć cały dzień sama, jeśli nie chcesz – zapewniła. Było jej absolutnie obojętne, czy wróci teraz do pracy czy nie, więc jeśli Will chciał, żeby to zrobiła, ona nie widziała przeszkód. - Chcesz pogadać o tym później? Szukałam Jacksonowi kurtki na wiosnę, możesz mi powiedzieć, czy któraś ci się podoba. I czy ty nie potrzebujesz przypadkiem lżejszej kurtki.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-22, 20:06
 

Chyba najbardziej chciał w tym momencie usłyszeć jej zdanie. Will zazwyczaj całkiem nieźle radził sobie z podejmowaniem decyzji, ale najwyraźniej ogólnie kiepski stan emocjonalny przez ostatnie parę tygodni trochę znieczulił tę część jego mózgu, która odpowiadała za jakąś pewność i stanowczość. Wszystkie za i przeciw miał chyba całkiem nieźle ogarnięte i to, czego potrzebowałby teraz najbardziej, to szczera opinia Mercy. Bo naprawdę była jedną z niewielu osób na świecie, których zdanie potrafił i chciał wziąć pod uwagę bez potrzeby otrzymania do tego wyczerpujących dowodów naukowych. I nie był pewny, czy było tu o czym dłużej pogadać – właściwie, gdyby mógł, skróciłby to do niezbędnego minimum – ale i tak pokiwał głową: - Wiem – zapewnił ją i wzruszył lekko ramionami. – Nie wiem tylko, dlaczego jakakolwiek praca miałaby zmienić to, że najchętniej oglądałbym cię co godzinę – dodał zaraz tak, jakby przedstawiał jej jakiś fakt naukowy, a nie okazywał się właśnie całkiem stęsknionym za swoją żoną człowiekiem. Nie sądził, żeby praca w szpitalu jakoś specjalnie wpłynęła na to, że jej potrzebował i chciał być blisko niej. Skoro jednak chwilowo musiał iść na zajęcia, pozwolił Mercy trochę ogarnąć go przed wyjściem i poszedł na wykład, mniej więcej dwa metry przed wejściem zawracając sobie głowę ogarnięciem, do którego roku i na co właśnie szedł. Zajęcia minęły mu jednak całkiem nieźle (szczególnie kiedy pytania studentów okazały się całkiem inteligentne i sensowne) i do Mercy wrócił chyba całkiem spokojny i może nawet odrobinę zadowolony z życia. Przynajmniej dopóki nie usłyszał tego, co miała mu do powiedzenia i nie musiał się dość mocno na to zmarszczyć.
- Zdecydowanie nie chcę pogadać o tym później – powiedział i podszedł do fotela, żeby móc stanąć naprzeciwko niej i oprzeć się o biurko. – Mercy, jeśli chcesz wrócić do doktoratu albo do projektu, to to zrób. Nie wiem, czy nie jest za wcześnie na pracę, wydaje mi się, że może być, ale przecież to ty wiesz, jak się czujesz i na co możesz mieć ochotę. A… nawet jeśli nie wiesz, to… pomogę ci się zastanowić i mogę powiedzieć, co tym myślę, jasne. Ale nie powiem ci, że masz wracać teraz do pracy, żebym nie miał wyrzutów sumienia, kiedy zostawiam cię w domu – wyjaśnił, opierając dłonie na brzegu biurka. – Pewnie, że martwię się zostawianiem was w domu, ale to, że będziesz wtedy w pracy, w żaden sposób tego nie rozwiąże. Oczywiście, że nie chcę, żebyś czuła, że zostawiłem cię samą zbyt wcześnie na zbyt długo albo żebyś męczyła się w domu… różnymi myślami. Ale boję się też tego, że… zaczynamy mieć teraz coś innego. Nie wiem, może skoro spędzamy teraz dużo czasu we trójkę i nikomu to chyba nie przeszkadza, warto tego jednak… nie psuć – powiedział, bardzo próbując dobierać jakieś sensowne słowa. – Ale przede wszystkim powiedz mi wprost. Myślisz, że powinienem przyjąć tę pracę? Obiecuję, że zaraz po tym pomogę ci z wybraniem kurtki.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-25, 18:25
 

W ogóle o tym nie pomyślała. Kiedyś to, że pracują razem, wydawało jej się całkowicie oczywiste. Była przyzwyczajona, że spora część (może nawet większość) ich kalifornijskiego życia toczy się w ich szpitalu, przecież Will był tam od dnia, w którym Mercy zaczęła swój staż, nie myśląc nawet jeszcze o żadnym zakochiwaniu się czy braniu ślubu. Nie chodzi nawet o to, że hobbystycznie poszukiwali w szpitalu pustych schowków na miotły czy innych dyżurek, z nadzieją, że nikt nie będzie potrzebował doktora Harta przez kilka następnych chwil. Chodziło przede wszystkim o świadomość, że Will pewnie jest gdzieś na oddziale. O to, że czasami widziała go na korytarzu, że to do niego chodziła, kiedy miała problem z pacjentem, od razu kupowała dwie kawy, kiedy zjeżdżała na dół do bufetu i zdarzało jej się czekać przez kilka minut, aż Will wreszcie wszystko na dziś skończy, żeby wyjść do domu razem z nim. A potem jej mąż przestał pracować w Kalifornii, ona musiała wrócić tutaj i… tak się jakoś złożyło, że szpital przestał być już domem. Całkiem lubiła Mercy (wtedy, kiedy udawało jej się ignorować fakt, że kiedyś nazywała się Mercy Mercer, a teraz jest Mercy z Mercy Hospital), na pewno dużo bardziej niż jej poprzedni szpital na jakimś zadupiu. Ale to było tylko miejsce, w którym pracowała, a tamtejszych rezydentów traktowała wyłącznie jak kolegów z pracy, a nie jak przyjaciół, nawet jeśli spędzała z kimś większość przerw, dostawała od niego słodycze albo ktoś chciał randkować z jej mężem i synem. Dlatego nie chciała, żeby Jackson przyjeżdżał do szpitala, zostawała po godzinach tylko jeśli naprawdę musiała i przyzwyczaiła się już, że męża zobaczy w domu albo w samochodzie. A teraz… okazuje się, że żeby wypić z nim kawę znowu wystarczyłoby po prostu przejść się korytarzem, zamiast jechać do niego na uczelnię albo czekać na Willa w kawiarni, gdzie oni by się obmacywali, a jego studenci się gapili?
A kiedy Will już wrócił do gabinetu i znowu się okazało, że jedyne, co potrafi Mercy, to psuć mu humor, zmarszczyła lekko czoło, bardzo próbując zrozumieć, co on mówi. Nie do końca właściwie wiedziała, co ona jeszcze mogła zepsuć, skoro zepsuła nawet własną ciążę i macicę, ale po prostu pokiwała głową. - Okej, to nie wrócę – powiedziała takim tonem, jakby miała ochotę spytać go, czy na pewno o to mu chodziło, bo… nie, sama nie miała najmniejszego pojęcia, czego ona teraz chce ani nawet jak się czuje. Nie mogła się nawet zdecydować, czy woli siedzieć cały dzień w domu i płakać tak długo, aż Jackson wróci ze szkoły, czy jednak ubrać się i wyjść właśnie po to, żeby nie płakać. Kolejnym pytaniem Will zwyczajnie mocno ją zaskoczył, bo… zazwyczaj jednak myślała, że nie, jej mąż nie bierze zbyt mocno jej zdania pod uwagę, jeśli chodzi o pracę. Przecież nawet przed chwilą, kiedy próbowali rozmawiać o jego pracy, nie tylko postanowił nie odpowiadać na jej pytania, ale też do kompletu negował większość rzeczy, które Mercy mu powiedziała. - Mhm, powinieneś. Ale jeśli ty nie chcesz i się na nią nie zdecydujesz, nic się przecież nie stanie – zapewniła, trochę przygotowując się na kolejną serię marudzenia, że jego pacjenci, jego syn i że jeśli on będzie dłużej pracował, reszta rodziny pewnie umrze z głodu. A żeby nie dopuścić do tego przynajmniej dzisiaj, zaraz pojechali po Jacksona i na obiad.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-28, 01:27
 

Naprawdę nic wielkiego się nie wydarzyło, okej? Wcale nie trzeba było robić z tego wielkiego zamieszania. Przecież nawet jeśli na moment ją zamroczyło (nie, była przekonana, że nie straciła przytomności, niezależnie od tego, co próbował wmówić jej ten głupi kierowca i jeszcze głupsza kobieta z niemowlęciem, która wezwała karetkę, choć ze cztery razy Mercy powtórzyła jej, że ma tego nie robić), to… nic się nie stało. Serio.
Chciała tylko pójść na zakupy. Will był w pracy, Jacksona miało dzisiaj nie być cały dzień, a ona po ich wyjściu po prostu położyła się z powrotem do łóżka, bo nie pracowała, nie była w ciąży i nie miała co ze sobą zrobić, kiedy nie próbowała nikomu udowodnić, że wszystko jest z nią w porządku. Bo było i naprawdę doceniłaby, gdyby ktoś wreszcie raczył zwrócić na to uwagę – była zepsuta, mąż powinien ją zostawić, a kiedy parę dni temu uświadomiła sobie, że właśnie powinna mieć okres, prawie zdechła z bólu, którego przecież nie miała prawa już czuć. Lepiej już i tak nie będzie, więc chyba pora, żeby wszyscy przestali się nad nią użalać – łącznie z samą Mercy. Dlatego gdy kilka godzin później udało jej się zebrać z łóżka (głównie dlatego, że Will zadzwonił, więc wygrzebała się z kołdry, zupełnie jakby jej mąż mógł się zorientować przez telefon, czy jest w łóżku, czy właśnie wkłada buty do biegania) i przypomniała sobie, że pora zmusić się do jakiegoś jedzenia, postanowiła iść do sklepu. Ludzie robią zakupy, tak? Will cały czas robił zakupy, a oni nie mieli w domu bananów, więc… poszła kupić banany. Nawet nie wzięła samochodu, bo niedaleko nich też był jakiś sklep. Tak jak normalny człowiek kupiła banany, dorzuciła do tego jakieś mleko, coś na kanapki i to, na co akurat spojrzała przy kasie, kiedy stała w kolejce. Jak normalny człowiek chciała też wrócić do domu i gdyby ci idioci nie uparli się, żeby wzywać karetkę, pewnie by wróciła.
Chciała tylko szybko wyminąć tę kobietę pchającą wózek dziecięcy, która przed nią szła. To naprawdę takie dziwne, że nie chciała teraz patrzeć na żadne noworodki? Nie chciała, więc po prostu przyspieszyła kroku, żeby ją wyprzedzić i od razu przejść przez ulicę. Kątem oka nawet widziała ten samochód, który właśnie skręcał i nie do końca potrafiłaby wyjaśnić, dlaczego mimo to weszła na jezdnię. Ale to przecież może zdarzyć się każdemu, nie róbcie z niej od razu jakiejś miękkiej kretynki w depresji, która rzuca się pod koła, okej? Wcale się nie rzuciła, po prostu weszła. A kierowca jechał tak wolno, że naprawdę nie było sensu wzywać karetki. A może samochód prowadziła kobieta, a z wózkiem szedł facet? Nie pamiętała. Pamiętała tylko, że straciła banany przez ten głupi wypadek.
Była tak wściekła, że robią z tego jakąś wielką szopkę, że kiedy wreszcie znalazła się w szpitalu (jedyny plus tej sytuacji jest taki, że nie zawieźli jej do Mercy i nie badała jej jakaś Stella), że pierwszemu lekarzowi, który do niej podszedł i chciał ją zbadać, kazała się po prostu odpierdolić. Nie chciał, żeby ją dotykał, nie miała najmniejszego zamiaru się tutaj rozbierać i pokazywać ani swojej blizny, ani tego, że jest jeszcze chudsza niż zwykle, skoro wciąż musiała się mocno zmuszać do zjedzenia czegokolwiek. Nie potrzebowała żadnego lekarza ani badania – wiedziała, że skądś krwawi, bo miała trochę pobrudzone ciuchy i ręce, ale bez przesady, jakby się zacięła przy goleniu, też wieźliby ją do szpitala i chcieli zszywać? Poza tym czuła się świetnie, przecież zorientowałaby się, gdyby naprawdę coś ją bolało. A nie bolało i to właśnie próbowała im wszystkim wyjaśnić, tym bardziej sfrustrowana, im częściej musiała to powtarzać. W którymś momencie ten lekarz wreszcie ją zostawił – nie wiedziała, czy zamierzał wrócić, nie pamiętała, czy cokolwiek powiedział przed wyjściem i, szczerze mówiąc, chyba zorientowała się, że go nie ma, chyba dopiero w chwili, kiedy do sali wszedł wreszcie Will. - O, jesteś. Możesz powiedzieć tym ludziom, że nic mi nie jest i idę do domu? – poprosiła, kiedy tylko go zobaczyła i natychmiast poderwała się z łóżka – niemal równie natychmiast po raz drugi dzisiejszego dnia upadła na ziemię, bo może jednak trochę kręciło jej się w głowie. Ale żeby od razu robić z tego takie zamieszanie?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-28, 13:17
 

Po drodze do szpitala próbował przede wszystkim nie myśleć. Czerwone światło, zielone, kierunkowskaz, przejście dla pieszych – musiał skupić się na drodze wystarczająco mocno, żeby nie zacząć się zastanawiać. Żeby nie pozwolić myślom uciec w miejsca, w których zupełnie się ich nie spodziewał, bo najpierw musiał ją zobaczyć. Musiał upewnić się, że była w jednym kawałku, namówić ją na badanie, a… potem będą mogli porozmawiać o tym, co się wydarzyło. O tym, że odkąd Will usłyszał przez telefon skróconą wersję, miał wrażenie, że stał gdzieś obok. Że nie był w swoim ciele, tylko z zaskakującym, może nawet trochę irytującym spokojem przyglądał się wszystkiemu z boku. Jakby go to nie dotyczyło, jakby oglądał kolejny serial Mercy, na który zerka znad jej ramienia, tylko jednym okiem, bardziej skupiony na leniwym całowaniu jej po karku i wsuwaniu dłoni pod jej koszulkę (nawet jeśli teraz to wszystko brzmiało raczej jak jakaś prehistoria). Wciąż z tym samym poczuciem bycia gdzieś poza, jakiejś idiotycznej nierzeczywistości tego, że znowu była w szpitalu, wszedł wreszcie do środka, znalazł Mercy i natychmiast wrócił na ziemię. Zupełnie dosłownie, bo zanim udało mu się cokolwiek powiedzieć, już przy niej klęczał. – Hej, Mercy, słyszysz mnie? – spytał natychmiast, przytrzymując jej plecy, żeby nie zderzyła się głową z ramą łóżka ani podłogą. W duszeniu fali niepokoju na szczęście miał niesamowicie duże doświadczenie i najpierw musiał upewnić się, że jest przytomna. – Dasz radę wstać? – przyjrzał się jej uważnie i jeśli dała radę, to jej pomógł, a jeśli nie albo próbowała z nim dyskutować, po prostu wziął ją na ręce (kolejne niezbyt miłe wspomnienie) i położył z powrotem na łóżku. Gdyby tylko mógł, najchętniej by ją do niego przywiązał i kazał grzecznie poczekać na lekarza, ale zamiast tego usiadł na brzegu, żeby nie wpadło jej do głowy kolejne wstawanie i spojrzał prosto na nią. Spokojnie i pewnie, dokładnie tak samo, jak miał już za chwilę zabrzmieć: - Okej, ty wiesz, że nic ci nie jest – potwierdził i skinął głową. – Ale ja nie wiem. Dostałem przed chwilą telefon, że wylądowałaś w szpitalu, bo ktoś cię potrącił. I bardzo mi przykro, jeśli właśnie cię zawiodę albo okażę się najgorszym mężem na świecie, ale cholernie mocno się o ciebie martwię i chcę usłyszeć, że wszystko jest w porządku od lekarza, który cię obejrzy. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej wrócimy do domu, więc jeśli jest jakaś szansa, że zgodzisz się na to dla mojego świętego spokoju, to zaraz po kogoś pójdę – poinformował ją bardzo rzeczowym, ale przy okazji dość stanowczym tonem. Nie zamierzał bawić się z nią teraz w żadne przepychanki ani wykłócać, więc miał nawiną nadzieję, że przemówi do niej to, że chodziło tu teraz o niego i o to, żeby on też się od niej odwalił. I przy okazji nie mógł pozbyć się z głowy jednej, bardzo konkretnej myśli – że dobrze zrobił, nie przyjmując nowej pracy, nawet jeśli dzisiaj przynajmniej trzy razy pomyślał o tym, jak bardzo chciałby być w szpitalu.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-29, 19:18
 

– Pewnie – odparła natychmiast, gotowa zignorować to, że zaczęło kręcić jej się w głowie i nie do końca wie nawet, gdzie ma nogę – mimo to spróbowała sama natychmiast wstać, jakby z nadzieją, że jeśli zrobi to wystarczająco szybko, Will nawet się nie zorientuje, że jego żona właśnie wylądowała na podłodze. Oczywiście niezbyt jej się to udało i Will musiał jej pomóc się podnieść. Przez chwilę była nawet gotowa zmarnować im trochę czasu i przyznać, że odrobinę kręci jej się w głowie, więc może niech jeszcze chwilkę tu posiedzi, zanim pojadą do domu. Nie zdążyła jednak się odezwać, bo Will zaczął mówić i… zaraz, czy ona się przypadkiem nie przesłyszała? - Wcale mnie nie potrącił… - zaczęła trochę głośniej niż powinna (nie tylko dlatego, że znajdowali się w szpitalu), próbując wejść mu w słowo, ale nie udało jej się ani przerwać Willowi, ani także, najwyraźniej, nie udało jej się go przekonać. Dlatego przerwała, rezygnując z dalszego tłumaczenia mu, że przecież nikt jej nie potrącił, ten samochód prawie jej nie dotknął, a ona czuła się świetnie, więc przestańcie robić z niej kogoś, kto nie potrafił nawet obiektywnie ocenić własnego stanu. A im dłużej mówił Will, tym bardziej Mercy się spinała – zacisnęła wargi w wąską linię i poczuła, jak napinają się jej plecy i ręce. Czuła się coraz bardziej zirytowana, ale kiedy wreszcie miała okazję coś powiedzieć, jeszcze przez chwilę wpatrywała się w Willa z niedowierzaniem. Przecież nic jej się nie stało, tak? Nie była jakąś rzucającą się pod koła wariatką, która nie mogła sobie poradzić z utratą dziecka i macicy, dlaczego nikt w ogóle nie zamierzał jej słuchać? Gdyby coś ją bolało albo gdyby stało jej się coś poważniejszego, przecież sama by o tym powiedziała i pozwoliłaby się zbadać, ale absolutnie nic poważnego się nie stało, a jej nie bolał nawet palec. Cały ten wypadek to było jakieś jedno wielkie nieporozumienie i… nawet kiedy musiała wykłócać się z tym lekarzem, była przekonana, że kiedy Will wreszcie przyjedzie, będzie po jej stronie. Uwierzy jej i zgodzi się, że mogą jechać do domu, bo przecież nie walnęła się w głowę, nie była w szoku i potrafiła obiektywnie ocenić, jak się czuje. A Will nie tylko jej nie uwierzył, ale też traktował ją jak jakieś głupie dziecko i czuła, że próbuje ją zwyczajnie zmanipulować, wspominając o tym najgorszym mężu na świecie i zawodzeniu jej. I oczywiście, że ją zawiódł. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby ją samą spytać, jak się czuje albo co się stało, zamiast tego od razu próbował ją zmusić, by zgodziła się na badanie. Spodziewała się czegoś tak zupełnie innego, że… że po prostu pokiwała głową. - Wspaniale. Skoro uważasz się za tak idealnego męża, możesz zawołać tego cholernego lekarza. Ja, na wypadek, gdyby cię to w ogóle interesowało… - zaczęła, ale jej głupi lekarz wrócił sam i zatrzymał się w progu, patrząc na Mercy trochę tak, jakby bał się, że go kopnie, jeśli podejdzie trochę bliżej. Bardzo ostentacyjnie wywróciła więc oczami i po prostu ściągnęła koszulkę i podczas badania uparcie patrzyła gdzieś w bok, w zupełnie innym kierunku niż stał Will. Nie spojrzała na niego także wtedy, gdy lekarz potwierdził to, co przecież od początku wszystkim powtarzała – nie miała obrażeń, wyglądało na to, że nic poważnego jej się nie stało. - Mogę już się ubrać czy mam czekać, aż obejrzy mnie jeszcze ze trzech lekarzy, żeby sprawdzić, czy na pewno nie kłamię? – spytała, chociaż nie wiadomo, czy mówiła teraz do tego lekarza czy do Willa.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-29, 23:44
 

Dojście do podobnych wniosków zajęło mu kilka ładnych minut, kiedy jego mózg powoli wyłączał się z trybu alarmowo-medycznego. Z każdą kolejną minutą, kiedy lekarz oglądał Mercy, Will uspokajał się coraz bardziej i coraz mocniej dochodził do wniosku, że, niespodzianka, znów nie zachował się tak, jak powinien. Przede wszystkim uderzyło go to, jak bardzo chciał Mercy czymś przykryć albo najlepiej zasłonić samym sobą. Nie dlatego, że miał z jej ciałem jakikolwiek problem, bo zupełnie nie miał – wiedział za to (pewnie aż za dobrze), że ona go miała i musiała przecież czuć się teraz strasznie. Zaraz potem zaczął zastanawiać się, po jaką cholerę on właściwie chciał zostać w tym domu, skoro najwyraźniej przerasta go nawet wsparcie w takiej sytuacji – wkurwiać własną żonę mógł też po pracy, tak przynajmniej miałaby kilka godzin wolnego. Skinął po prostu głową, kiedy lekarz poinformował ich, że wszystko w porządku, podziękował mu i, kiedy wyszedł, spojrzał na Mercy, nawet jeśli ona wciąż nie chciała patrzeć na niego. – Nie, nie musisz już na nikogo czekać – odparł, przenosząc wzrok na plamki krwi na jej spodniach. – Interesuje mnie to, jak się czujesz – powiedział, nie komentując już zupełnie tego idealnego męża. – Ale dostałem właśnie telefon ze szpitala, że wylądowałaś tu po potrąceniu przez samochód i nie chcesz dać się przebadać – przerwał na chwilę i strącił z rękawa jakiś nieistniejący pyłek, chyba mając nadzieję, że dzięki temu poczuje się tak, jakby rozmawiali o czymś równie emocjonalnym, co pogoda za oknem. – Poza tym, mamy już w rodzinie historię lekarzy, którzy świetnie się czują i nie chcą dać się przebadać – mruknął, przeczesując palcami włosy gdzieś w okolicy całkowicie ukrytej blizny po operacji. – Tak, wiem, że nie jesteś mną. I całe szczęście. Ale ciężko mi zaufać w to, że wszystko jest okej, kiedy na dzień dobry lądujesz na podłodze – wyjaśnił i odsunął się wreszcie od ściany, którą podpierał podczas badania. A kiedy zorientował się, że jego tłumaczenie wciąż było dość marne, po prostu wzruszył lekko ramionami. – Chyba jest dla mnie trochę za wcześnie na twój kolejny pobyt w szpitalu – przyznał wreszcie, może odrobinę ciszej, niemal jakby czuł, że nie do końca ma do tego prawo. Do jakiejś pieprzonej traumy szpitalnej (o ironio), do tak silnego strachu o Mercy, że niespecjalnie umiał sensownie się w nim zachowywać
Nie poruszył najistotniejszej kwestii, która aktualnie wypalała mu w mózgu dziurę, ale w całej swojej głupocie wiedział, że to był na to najgorszy możliwy moment. Mercy była zła na cały świat, z nim na czele i naprawdę nie oczekiwał teraz sensownej rozmowy o tym, czy przypadkiem nie planowała się dzisiaj zabić, skoro jej męża i dziecka nie było akurat w domu. Nie miał pojęcia, jak długo planował z tym wytrzymać, ale z całą pewnością nie chciał rozmawiać o tym w szpitalu. Najbardziej na świecie chciał ją za to po prostu do siebie przyciągnąć i przynajmniej przez chwilę tak trzymać, żeby być pewny, że faktycznie jest tu w jednym kawałku – i że chociaż przez tę sekundę nigdzie mu nie ucieknie, ani ze szpitala, ani pod inny samochód, tym razem jadący trochę szybciej. Zamiast tego rozejrzał się jednak wokół, żeby zobaczyć, czy niczego ze sobą nie miała. – Jesteś gotowa czy chcesz jeszcze chwilę posiedzieć? Możemy już wracać, może po drodze zamówimy obiad – zaproponował, skoro już mógł ją stąd jak najszybciej zabrać. – Jeśli chcesz, możesz mi też po drodze opowiedzieć, co się stało – dodał jeszcze, ociągając się trochę bez specjalnego powodu, tylko po to, żeby móc ją złapać, gdyby znów zakręciło jej się w głowie.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: