Poprzedni temat «» Następny temat




32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-03-31, 23:15


Najbardziej by teraz chciała, żeby Will poczekał na nią za drzwiami. Ostatnio nie rozbierała się przecież przy nim – po ponad sześciu latach małżeństwa zaczęła czekać, aż jej mąż wyjdzie z łazienki, żeby mogła zdjąć ciuchy, a sama chowała się do tej łazienki nawet wtedy, kiedy chciała tylko zmienić spodnie. I dlatego dużo większym problemem niż obecność lekarza był Will, który stał obok i patrzył, jak Mercy zdejmuje koszulkę. Jej racjonalna część, która skończyła studia medyczne ze świetnymi ocenami (nie licząc jednej poprawki) wiedziała, że to zupełnie absurdalne, żałosne i że nie powinna się tym martwić, bo wyglądała prawie tak jak kiedyś. Ale ta druga część, która wciąż była przekonana, że gdyby bardziej się starała, wciąż byłaby w ciąży, sprawiała, że Mercy czuła się zwyczajnie… zepsuta. I nawet jeśli wiedziała, że to nie ma prawa zadziałać, bała się, że kiedy zdejmie ciuchy, Will to zobaczy – zobaczy, jaka jest zepsuta. Dlatego chciała być dzielną, przymuszoną przez męża pacjentką, ale kiedy tylko się rozebrała, mimowolnie się trochę zgarbiła i spięła tak, że lekarz nie mógł nawet podnieść jej ręki. Musiała się mocno postarać, żeby choć trochę rozluźnić mięśnie i umożliwić mu zbadanie jej. Zaciskanie zębów przy obcych ludziach zawsze wychodziło jej całkiem nieźle, ale kiedy lekarz wreszcie dał jej spokój, a Mercy została z Willem, wciąż się garbiąc i patrząc na swoje kolana, przez chwilę była przekonana, że się rozpłacze. Na szczęście okazało się, że nawet nie dostała na to czasu, bo… bo Will zrobił to, czego Mercy nienawidziła najmocniej jeszcze od czasów, kiedy mieszkali w White Oak – skoro on miał chwilę, żeby ochłonąć i pozbierać myśli, natychmiast zaczął mówić mnóstwo rzeczy, nie dając jej podobnej chwili na oddech i chyba nie biorąc pod uwagę, że Mercy może wcale nie chcieć rozmawiać w tym momencie, nawet jeśli on chciał. Na moment zacisnęła powieki, a kiedy otworzyła oczy i przetarła bladą twarz dłońmi, usiadła wreszcie prosto i po prostu pokiwała głową, bo nie za bardzo wiedziała, co właściwie miałaby mu teraz powiedzieć. Wcale nie chciała z nim rozmawiać, chciała posiedzieć jeszcze trochę w swojej skorupce, gdzie będzie jej smutno i gdzie będzie mogła bezkarnie złościć się na Willa. I chętnie pozłościłaby się dalej, ale usłyszała, że to za wcześnie i po prostu spojrzała na niego z zaskoczeniem kogoś, komu coś takiego nie przyszłoby nawet do głowy. - Przepraszam, nie pomyślałam, że… Rany. Poważnie, Will, przepraszam – powiedziała, chociaż jej mąż zasługiwał na przeprosiny z tylu powodów, że sama nie umiałaby w tej chwili powiedzieć, za co konkretnie go przepraszała. Zaraz jednak po raz kolejny pokiwała głową, zachwycona tym obiadem równie mocno co Jackson jabłkiem w śniadaniówce i wstała z tego łóżka dużo ostrożniej niż za pierwszym razem. - Możemy iść – potwierdziła i wyszła z nim na korytarz, ciasno krzyżując ręce na klatce piersiowej. Rozglądała się właśnie za jakąś windą, gdy podszedł do nich facet, którego Mercy nie poznałaby za nim w świecie, a który okazał się być kierowcą, któremu wlazła pod samochód. Okazało się, że biedny człowiek siedział tutaj cały ten czas, kiedy wykłócała się z lekarzem, żeby sprawdzić, czy przypadkiem jej nie zabił. Przeprosił ją trzy razy, zanim wreszcie udało się powiedzieć, że no nie, nie jest zła, a potem kierowca zaczął tłumaczyć Willowi, że on wcale tej Mercy nie widział. Że widział kobietę z wózkiem, jasne, ale Mercy wyminęła ją tak szybko, jakby od niej uciekała i wyskoczyła mu na jezdnię… i tak dalej, a im dłużej tłumaczył Willowi, jak to wyglądało, tym bardziej Mercy miała ochotę zacząć krzyczeć. Kiedy wreszcie udało im się pożegnać i wsiąść do windy, czuła się przede wszystkim… niewygodnie. Mogłaby sobie chyba jeszcze poradzić z myślą, że chyba zachowuje się jak żałosna wariatka, ale ani trochę nie umiała sobie poradzić z tym, że jej mąż właśnie się dowiedział, że Mercy jest żałosną wariatką. Dlatego milczała całą drogę do samochodu, wciąż ze skrzyżowanymi ramionami i zaciśniętymi wargami, a w aucie spytała go tylko o to, co chce na obiad, żeby mogła zamówić jedzenie. - Nie mamy nic na jutro na śniadanie – powiedziała chyba po to, żeby powiedzieć cokolwiek, gdy już weszli do domu, a ona schyliła się, żeby zdjąć buty i dopiero zobaczyła, że ma trochę zakrwawione spodnie. - O której trzeba odebrać Jacksona? Mogę go zabrać z tych urodzin – zaproponowała, bo bardzo chciała jakoś pokazać, że nie odbiło jej do reszty, pamięta, gdzie jest ich syn i świetnie nadaje się dzisiaj do opieki nad dzieckiem.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-01, 13:34


To też było niesamowicie trudne, nawet jeśli, teoretycznie, miał świetne mechanizmy, żeby ją zrozumieć. Przecież sam na początku nie mógł patrzeć na swoje blizny i najchętniej ukrywał je pod rękawami, bo uparcie przypominały mu o życiu, którego już nie mógł mieć przez jeden głupi błąd. Bycie po drugiej stronie okazywało się jednak nieoczekiwanie trudne, chyba głównie ze względu na to, jak blisko wcześniej byli. To, że Mercy nie chciała się nawet przy nim przebrać, było dla Willa zaskakująco trudne do przełknięcia, ale jednocześnie miał poczucie, że jedyne, co może zrobić, to zupełnie tego nie komentować i dać jej warunki do przynajmniej minimalnego poczucia prywatności. Nawet jeśli jedynym, co chciałby teraz zrobić, było zapewnienie jej, że nic się dla niego nie zmieniło i pewnie nie miały szansy kiedykolwiek zmienić.
- Nie musisz mnie przepraszać – powiedział trochę słabo. Nie lubił, kiedy go przepraszała, bo miał wrażenie, że Mercy obwiniała się o wszystkie negatywne emocje, które czuł. I nawet jeśli Will przecież mówił jej, że potrzebuje jej bliskości i ich rozmów, chyba znów coraz trudniej było mu się nimi z nią dzielić – bo zwyczajnie nie chciał, żeby dokładała sobie kolejne rzeczy do listy. Zupełnie jak teraz, kiedy próbował po prostu wytłumaczyć swoją reakcję. Nie chciał jej powiedzieć, że zrobiła coś nie tak, że zrobiła cokolwiek, za co powinna go przepraszać – chciał tylko powiedzieć, że zaskakująco ciężko było mu poradzić sobie z jej kolejnym pobytem w szpitalu i dlatego zachowywał się zupełnie inaczej, niż mogła tego chcieć. Skoro jednak była gotowa na powrót do domu, chciał ją po prostu tam zabrać. Nie spodziewał się tylko, że ktoś im przerwie, ale… chyba dość szybko okazało się, że był w jakimś stopniu wdzięczny, że mógł to usłyszeć. Nie dlatego, że jakoś specjalnie cieszył się z tego, że Mercy uciekała od kobiet z dziećmi na ulicy tak szybko, że nie obchodziły jej nawet samochody na ulicy. Ale… to chyba i tak lepsza opcja niż wyjątkowo marna próba samobójcza, która była jedynym, co wpadło mu do głowy po telefonie ze szpitala. Powstrzymał się jednak od jakichkolwiek komentarzy, powstrzymał się nawet od przyciągnięcia jej do siebie zanim weszli do samochodu, bo znali się już na tyle długo, że domyślał się, że to ostatnie, na co miała teraz ochotę. Po wejściu do domu spojrzał na nią za to trochę nieprzytomnie i chciał powiedzieć, że wydawało mu się, że widział w szafce jakieś płatki JJa, ale… chyba nie chciał, żeby Mercy pomyślała, że nawet w takiej kwestii nie może jej po prostu zaufać. – Okej, zróbmy jakąś listę. JJ mówił, że skończyły mu się farby. Albo plastelina? – podrapał się po brodzie i trochę skrzywił, bo był przekonany, że mały mówił mu o tym dzisiaj rano, a on znów niekoniecznie ogarnął (śmieszne, jak bardzo nie ruszyłoby go to w normalnych warunkach i uznałby, że przecież nie muszą pamiętać każdego słowa, które mały wyrzuci z siebie jeszcze przed śniadaniem). – Mama Lee ma dzwonić, ale mówiła coś o siedemnastej – odparł po prostu, bo przecież wiedział, jak bezcelowe będzie teraz pytanie jej, czy na pewno wszystko okej i czy dobrze się czuje albo czy myśli, że zabieranie Jacksona z domu pełnego dzieciaków jest na dzisiaj dobrym pomysłem. A skoro już omówili chyba wszystkie rzeczy, jakie mogli omówić bez specjalnych emocji, Will wszedł do kuchni, żeby zrobić sobie kawę (zupełnie nie pamiętał, co zamówili przed chwilą na obiad) i przez chwilę po prostu stał bez celu przed ekspresem, czekając aż się nagrzeje. – Gdybyś chciała powiedzieć mi cokolwiek o tym, co się dzisiaj stało, ja bardzo chciałbym cię wysłuchać – powiedział wreszcie, zerkając na Mercy. – Nie mówię, że teraz, nie mówię nawet o dzisiaj, ale… nie chcę, żebyś została z tym sama – wyjaśnił, a potem przeczesał włosy palcami i zorientował się, że znowu przeginał. – Chyba że… chyba że chcesz z tym zostać sama i myślisz, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Nie chcę ci niczego narzucać, powiedziałem to tylko dlatego, że… ja nie chciałbym zostać z tym sam. Ale ja teraz pewnie z niczym nie chciałbym zostać sam, więc… nie mam najlepszego spojrzenia na sprawę – przyznał rozbrajająco szczerze (i przecież już nie pierwszy raz) i trochę bezradnie wzruszył ramionami. – Chciałbym tylko, żeby było ci trochę lżej. To wszystko. Nie żebyś mówiła mi, że jest ci lżej. Możesz… jeśli wolisz, możesz mi zupełnie nic nie mówić. Chciałbym tylko, żeby tobie faktycznie było chociaż odrobinę prościej – skończył wreszcie to okropne plątanie się między tym, czego chciał on, a czego wydawało mu się, że mogła chcieć Mercy, znów z poczuciem, że nie zrobił tego tak, jak powinien. Bo przecież nawet to niosło za sobą ryzyko, że Mercy nie powie mu niczego, żeby myślał, że jest jej lżej, a Will był coraz bardziej sfrustrowany tym, że nie umie z nią rozmawiać tak, żeby jej pomóc i wciąż robi coś nie tak – zupełnie jakby zatoczyli właśnie koło, bo naprawdę (teraz pluł sobie w brodę, że mógł być tak obrzydliwie naiwny) wydawało mu się, że powoli, małymi kroczkami, robi się ostatnio po prostu trochę… lepiej. I teraz czuł się jak ostatni skurwiel, bo kiedy on zastanawiał się, czy to nie jest przypadkiem dobry moment na rozpoczęcie nowej pracy, jego żona wciąż nie była w stanie normalnie funkcjonować. Jak w ogóle mogło mu to wpaść do głowy?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-05, 01:47


Chyba w jakiś sposób mogłaby zrozumieć Willa, który miał wrażenie, że ogląda z nią jakiś serial zamiast jechać właśnie do żony, która wpakowała się komuś pod samochód. Nie czuła, że to serial, ale stała teraz w tej ich kuchni, patrząc na Willa przy tym ekspresie i… i nie mogła uwierzyć, jak bardzo to wszystko jest nie tak. Przecież to nie mogli być oni. Niby jakim cudem? Zamiast uciekać przed obcymi ludźmi pchającymi wózek, powinna właśnie obczajać wózki, które widzi na ulicy, bo powinni już kompletować wyprawkę dziecka, które miało się urodzić za kilka miesięcy. Powinna martwić się tym, jak Jackson zareaguje na rodzeństwo w domu, zamiast myśleć o tym, że skoro JJ mieszkał z nimi już ponad rok i wciąż mówił do niej głównie po imieniu, nigdy nie będzie dla nikogo mamą, bo jej dziecko zawsze będzie ją traktowało po prostu jak Mercy, której obiadów lepiej nie tykać. A Will powinien chcieć, żeby było jej lżej z bólem kręgosłupa czy inną z tych wszystkich rzeczy, z którymi muszą się męczyć kobiety w ciąży, a o których Mercy nigdy nie będzie miała pojęcia. Może wtedy przynajmniej faktycznie mogłaby poczuć ulgę związaną z jakimiś fizycznymi, ciążowymi dolegliwościami, bo… nawet teraz czuła, że okropnie go zawodzi. Przecież wiedziała, że ostatnio oboje zachowywali się, jakby było coraz lepiej, że Will wrócił na uczelnię, a ona bardzo chciała, żeby było lepiej, ale jej nie wychodziło. I nie wiedziała, jak ma powiedzieć swojemu mężowi, że chyba nie wierzy, że kiedykolwiek naprawdę będzie jej lżej. Przecież nie mogłaby mu tego zrobić. Dlatego wpatrywała się w niego jeszcze przez chwilę, aż wreszcie powiedziała: - Wiem, że nie lubisz, kiedy cię przepraszam, ale… ale naprawdę mi przykro, Will. Wiem, że to wszystko jest okropnie chujowe i nie zrobiłeś nic, żeby na to zasłużyć, więc przepraszam, że to się dzieje. I przepraszam, że w ogóle… - zaczęła, gotowa go przeprosić za to, że w ogóle wróciła z Kalifornii. I mówiłaby w stu procentach poważnie – odkąd wyszła ze szpitala regularnie katowała się wszystkimi możliwymi scenariuszami. Wiedziała, na przykład, że prawdopodobnie się nie rozstaną, bo Will był zbyt porządnym facetem, żeby zostawiać swoją żonę po tym, jak przez sześć lat okłamywała go, że urodzi jego dziecko. Mercy za to, choć nie była porządnym facetem, bez niego była tylko żałosną frajerką, która płacze na podłodze w sypialni i pakuje się pod samochód, więc nie starczyłoby jej odwagi, żeby mu wyjaśnić, że powinni się rozstać. Oczywiście był jeszcze Jackson, który oberwał już wystarczająco mocno, tracąc najpierw mamę, potem babcię i oboje nie chcieliby mu zabrać tego nowego domu, w którym chyba czuł się w miarę dobrze i bezpiecznie. Dlatego nie sądziła, że ona i Will się rozwiodą, ale równocześnie była całkowicie przekonana – i bała się tego jak chyba niczego innego – że Will będzie z nią po prostu bardzo nieszczęśliwy. A gdyby została w tej Kalifornii, i jemu, i JJowi, żyłoby się teraz o wiele lepiej. Zanim jednak zdążyła podzielić się z mężem swoimi wspaniałymi przemyśleniami, bezmyślnie sięgnęła w stronę swojego łańcuszka, bo miała głupi nawyk bawienia się tą obrączką, kiedy się czymś denerwowała. Tym razem jednak sięgnęła i musiała urwać, bo zorientowała się, że nie ma łańcuszka, mimo że była pewna, że zakładała go rano, bo przecież zawsze go zakładała, nawet kiedy siedziała cały dzień w domu i zmieniała piżamę na dres. - Nie mam obrączki – powiedziała głupio, nerwowo dotykając swojej szyi i dekoltu, jakby z nadzieją, że po prostu przegapiła, że ta obrączka jednak tam jest. - Nie mam obrączki – powtórzyła i… chyba nawet nie zorientowała się, kiedy właściwie zaczęła płakać. Zanim w pełni sobie to uświadomiła, już siedziała na podłodze, zanosząc się płaczem tak, że cała się trzęsła. - Chcę moją obrączkę z powrotem, słyszysz? Ch…chc… chcę moją obrączkę i chcę nasze dziecko – wydusiła z siebie, przyciągając kolana do klatki piersiowej, nieświadomie siadając tak, że ciężko byłoby ją w tej pozycji przytulić. - Obiecuję, że… że będę się starać i będę się nim dobrze opiekować i… iiiii zrobię wszystko, żeby być dobrą mamą. Tylko niech je nam oddadzą, d-d-d-d-dobrze? Proszę, Will, oddaj je nam, proszę.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-05, 14:36


Spojrzał na nią, bardzo chcąc jej coś odpowiedzieć, ale… chyba nie miał już na to odpowiednich słów. Przecież to nie tak, że którekolwiek z nich zrobiło coś, żeby na to zasłużyć. Takie rzeczy po prostu się działy, jak przerażająco niesprawiedliwe by to nie było i żadne z nich nie miała na to nawet najmniejszego wpływu. Wiedział jednak, że nawet gdyby powiedział jej to teraz po raz pewnie tysięczny, nie będzie to dla Mercy wystarczające. Nie było niczego, co mógłby jej powiedzieć, dzięki czemu poczułaby się lepiej, mniej winna, mniej obciążona tym wszystkim. A przecież Will nigdy nie chciałby, żeby przepraszała go za powrót z Kalifornii. Rozstanie nawet nie wpadło mu do głowy, ale zupełnie nie dlatego, że był na to zbyt porządnym facetem. Chciał być z Mercy i jeśli czegokolwiek być teraz chociaż trochę pewny, to było to właśnie to. Bał się o nią, bał się o ich dziecko i bał się o nich – o to, że już nigdy nie będzie jak kiedyś i że już się z tego nie podniosą – ale nie chciał i nie planował jej przez to zostawiać. On też jej potrzebował, pewnie nawet w stopniu, który robił z niego dość żałosnego człowieka, niepotrafiącego wytrzymać paru godzin w pracy bez telefonu do żony. On też zupełnie by sobie nie poradził, gdyby chociaż usłyszał, że rozstanie chodziło jej po głowie.
- Co? – spytał, trochę zaskoczony zmianą tematu i już chciał spytać, czy na pewno ją dziś zakładała, a jeśli tak, to gdzie mogła ją zgubić, ale nie zdążył, bo… zupełnie nie przewidział tego, co stało się już chwilę potem. I jeśli kiedykolwiek zastanawiał się, jak to jest, kiedy pęka ci serce, chyba właśnie tego doświadczył, w tej sekundzie, w której uklęknął przy Mercy na podłodze. Przerażony, poruszony, uderzony tym do tego stopnia, że przez krótką chwilę nie był w stanie nabrać oddechu, pewny, że zaraz się udusi – tu, teraz, we własnej kuchni. Natychmiast wyciągnął jednak ramiona w jej stronę i przyciągnął do siebie Mercy, przytulając ją tak mocno, jak tylko był teraz w stanie, mając głęboko w dupie niewygodną pozycję, zimną podłogę czy ekspres, który właśnie skończył nalewać mu kawy do kubka. – Wiem – powiedział, uświadamiając sobie, jak mocno drży mu głos. – Wiem, że byś się starała i że byłabyś dobrą mamą. Byłabyś fantastyczną mamą, już… już jesteś – wykrztusił, trzymając ją tak, jakby bał się, że bez tego się rozpadnie. Że oboje się rozpadną. – Gdybym mógł, zrobiłbym wszystko. Wszystko, Mercy – powiedział cicho, milimetry od niej. – Znajdę twoją obrączkę, dobrze? Obiecuję, że ją znajdę. Jeśli trzeba, przeszukam całe miasto – zapewnił ją gorączkowo, nie zastanawiając się jeszcze nad tym, jak planował to zrobić i co się stanie, jeśli jednak jej nie znajdzie. Wiedział tylko, że to teraz jedyna rzeczy, którą mógł dla niej zrobić i, Jezu, był gotów postawić cały świat na głowie, żeby tylko mu się udało. – Przepraszam… przepraszam, że nie mogę zrobić nic więcej – powiedział dość rozpaczliwie, przejęty tak mocno, że czuł, że gdyby teraz ją puścił, sam mógłby zwyczajnie tego nie unieść. Chciał jej powiedzieć jeszcze milion rzeczy, ale… żadna nie miała teraz znaczenia. I żadnej nie byłby już chyba w stanie wykrztusić, więc po prostu ją trzymał i po raz pierwszy płakał razem z nią. Z bezsilności, wściekłości, żalu i smutku, przyciśnięty do niej tak mocno, jakby chciał ją ochronić przed całym światem i pierwszy raz w życiu czuł, że to zupełnie nie wystarczy.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-06, 02:27


Najgorsza w tym wszystkim była chyba świadomość, że przecież zostanie mamą nigdy nie było największym marzeniem Mercy. Od dawna wiedziała, że chce mieć dziecko z Willem i to, że będą je mieli, uznawała za swego rodzaju pewnik – skoro chciała mieć dziecko, za kilka lat urodzi dziecko, dokładnie tak samo jak dostała się na medycynę kilka lat po tym, jak to sobie zaplanowała. Nie była jednak jedną z tych dziewczyn, dla których bycie mamą stanowiło główny cel, wokół którego kręciły się wszystkie plany na przyszłość (jej kręciły się wokół zostania bogiem neurochirurgii, rzecz jasna). Kiedy Will bawił się z dziećmi ich znajomych, ona zdecydowanie wolała na dłuższą metę dotrzymywać ich rodzicom towarzystwa w drugim pokoju, próbując tak kierować rozmową, by przypomnieć im, że poza ich dzieckiem dalej istnieje jakieś życie. To nie tak, że nie lubiła dzieci, po prostu… kiedy widziała Willa układającego klocki z siostrzenicą Mercy, myślała raczej, że to Will jest słodki z tym swoim lego, a nie dziecko jej siostry. Oczywiście, że cholernie mocno kochała Jacksona i wiedziała że jej chłopacy byli ważniejsi niż rezydentura czy doktorat. Byli ważniejsi, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że samo bycie mamą nigdy by jej nie wystarczyło – potrzebowała pracy, potrzebowała słuchać książek podczas biegania, potrzebowała czasami zostawić Willa z JJem i wyjść z domu sama, nawet jeśli jechała tylko na zakupy. Jej życie – ich życie – mocno zmieniło się po tym, jak dołączył do nich Jackson, ale ona wciąż była tą Mercy, którą niespecjalnie interesowały cudze dzieci, a kiedy spędzała przerwę w pracy z Brendą, miała inne tematy do rozmów niż jej syn. Dlatego czuła, że skoro nie została taką w stu procentach skoncentrowaną na swoich dzieciach matką, która nie pomyślałaby nawet o powrocie do pracy, to… to wszystko nie miało prawa boleć ją aż tak bardzo. A przecież ciągle bolało ją tak, że czuła ucisk w klatce piersiowej, który za każdym razem sprawiał, że ciężko jej było zaczerpnąć powietrza. Bolało tak, że wydawało jej się, że już nigdy nie będzie w stanie przestać płakać i będzie siedzieć na zimnej, kuchennej podłodze tak długo, aż wreszcie się rozpadnie, bo to przecież niemożliwe, żeby tak się trząść i pozostać w jednym kawałku. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Will też się trzęsie, a wtedy po prostu przestała się tak kulić, żeby móc się do niego przytulić jak człowiek i mocno, ufnie się w niego wtuliła. Wydawało jej się, że zanosi się tym okropnym płaczem przez całą wieczność, ale najwyraźniej trwało to o wiele krócej, bo kiedy przywieźli im obiad, Mercy prawie się uspokoiła – dalej zaciskała palce na ubraniu Willa (który przy odrobinie szczęścia też miał się już trochę lepiej), żeby mieć pewność, że jej tutaj nie zostawi, dalej trochę dygotała i była cała zasmarkana, ale… właściwie już nie płakała. - Jedzenie – powiedziała nieoczekiwanie trzeźwo, biorąc pod uwagę ostatnie miesiące, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi i jeszcze raz pociągnęła nosem. - Pójdę i im otworzę – niechętnie musiała go puścić, żeby się wyprostować, po raz tysięczny wycierając swoje wciąż mokre policzki rękawem bluzki, który już dawno zrobił się cały mokry. Przy okazji wytarła policzki mężowi (może drugi rękaw był choć odrobinę bardziej suchy) i pocałowała go gdzieś w nos, nie zdając sobie sprawy z tego, ile minęło czasu, odkąd robiła to ostatni raz. Czasami pamiętała, żeby dać mu buziaka na dzień dobry, kiedy odwiedzała go w pracy, ale z reguły Mercy po prostu snuła się z nieszczęśliwą miną i godziła się na to, żeby to Will całował ją. I choć po tym całym dzisiejszym pogotowiu, a teraz ryczeniu, miała wrażenie, że wszystko ją boli, pocałowała Willa raz jeszcze i podniosła się z tej podłogi – wreszcie sama, bez pomocy męża. Odebrała ich jedzenie, zupełnie nieprzejęta tym, że dostawca patrzył na nią dość mocno zdziwiony i zaraz wróciła do kuchni, żeby odstawić obiad na szafkę. - Mogę? – upewniła się, gdy podeszła z powrotem do Willa, a potem po prostu usiadła mu na kolanach i na powrót mocno się do niego przytuliła. - Wiem, że zrobiłbyś wszystko, gdybyś tylko mógł. I że już teraz robisz, co tylko możesz. Ale to było okropnie nie fair, nie powinnam prosić cię o takie rzeczy, po prostu… po prostu byłoby dużo łatwiej, gdyby rzeczywiście ktoś mógł tak po prostu nam to oddać, co? – spytała, jeszcze nie uświadamiając sobie, jak dziwne było to, że nie przeprosiła go jeszcze ze trzy razy za to, co mówiła na początku ich rodzinnej histerii. Albo najlepiej za to, że przecież to ona ją wywołała.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-09, 21:16


Ze wszystkich możliwych scenariuszy tego, co mogło się jeszcze wydarzyć w ich małżeństwie, nie spodziewał się chyba tylko wspólnego płakania na kuchennej podłodze. Ale ostatnio przecież nic, co się działo, nie pasowało do Willa i Mercy, których tak dobrze znali, a on naprawdę nie miał już siły. I coś zaskakująco pocieszającego było w tym, że najwyraźniej oboje jej nie mieli. Że mogli być po prostu smutni, tak głęboko, że oboje niemal rozrywało od środka, pogrążeni w tym po same czubki głów. Że mogli po prostu potrzebować siebie nawzajem, bez przepraszania, wymówek czy tłumaczenia. I pewnie dlatego, chociaż faktycznie miał się już trochę lepiej, tak niechętnie puścił Mercy do drzwi. Przy okazji odkrył, w jak potwornie niewygodnej pozycji do tej pory siedział i jak bardzo mu to nie przeszkadzało. Teraz jeszcze przekręcił się trochę, wyprostował obolałą nogę i oparł głowę o szafkę, chyba niespecjalnie spiesząc się ze wstawaniem. I najwyraźniej podjął całkiem niezłą decyzję, bo już zaraz uśmiechnął się do Mercy, patrząc na nią z dołu. – Zawsze możesz – zapewnił ją i wyciągnął ramiona, żeby mogła się do niego przytulić. Na chwilę po prostu oparł policzek jej włosy i zamknął oczy, ale zaraz musiał je otworzyć i odrobinę się odsunąć, żeby móc na nią spojrzeć. – Kogo innego miałabyś o to prosić? – spytał, unosząc nieco kącik ust. Nie był na nią zły – owszem, nie spodziewał się jak przerażające i trudne będzie usłyszenie tego z jej ust, ale… to chyba znaczyło, że ciągle mogła na nim polegać, prawda? Że, może zupełnie irracjonalnie, ale jednak to jego pomocy chciała w najtrudniejszych momentach. A po ostatnich ciągnących się w nieskończoność tygodniach to była w świecie Willa zaskakująco istotna myśl – to, że wciąż był potrzebny, bo przecież tak trudno było mu poradzić sobie z własną bezużytecznością. – Byłoby łatwiej – przyznał, głaszcząc ją powoli po ramieniu. Zazwyczaj nie zastanawiał się nad takimi rzeczami – nie lubił tego albo zwyczajnie sobie na to nie pozwalał, bo nauczył się już, że rzeczywistości nie dało się zmienić. Czasem nie dało się uratować pacjenta umierającego na stole, czasem trzeba było powiedzieć rodzicom dziesięciolatka, że guz jest nieoperacyjny i przeciąganie go przez radioterapię nie ma najmniejszego sensu, czasem trzeba było przyzwyczaić się do blizn na ręce, a czasem… czasem traciło się dziecko. I jak trudne by to nie było, nie umiał zebrać się na fantazje o cofaniu czasu, o tym, że to tylko bardzo zły sen albo że ktoś w jakiś sposób może to jednak zmienić. Nawet jeśli czasem mogłyby pomóc, Will niemal obsesyjnie łapał się rzeczywistości i próbował w niej jakoś funkcjonować, rozdrażniony każdym „co by było gdyby”. Ale dzisiaj po prostu tulił do siebie Mercy i patrzył na nią jak ktoś bardzo zmęczony, ale doskonale rozumiejący to, co do niego mówiła. – I gdybym tylko kogoś takiego znalazł, obiecuję, że nie dałbym mu spokoju, dopóki wszystkim by się nie zajął – zapewnił ją, wciąż lekko, ledwo zauważalnie uśmiechnięty i zaraz pocałował ją w głowę. – Ale zajmę się twoją obrączką, okej? Tyle mogę zrobić – poinformował ją, znów opierając głowę o szafkę. – Powiesz mi, gdzie mogłaś ją zgubić i poszukam jej, kiedy pojedziesz po Jacksona, dobrze? Ale… to za chwilę – poprosił i objął ją trochę mocniej, bo jeszcze chwilę chciał chyba po prostu posiedzieć. Zmęczony jak po jakimś maratonie, spragniony bliskości tak, jakby nie dotykał Mercy od roku albo dłużej, ale jednocześnie chyba zaskakująco spokojny.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-12, 22:49


Ostatnie dni były równocześnie lepsze i gorsze od tego, jak żyli do tej pory. Gorsze, bo nawet Mercy wiedziała, że po tym, jak trochę stuknął ją samochód i straciła przytomność, kolejny dzień biegania po mieście bez celu, tylko po to, by nie siedzieć w pustym domu, jest najgorszym pomysłem z możliwych. Dlatego następnego dnia rano po prostu posiedziała z nimi rano przy śniadaniu, upewniła się, że JJ zabiera do szkoły coś więcej niż cukierki i pocałowała chłopaków na do widzenia, zanim Will pojechał zawieźć syna do szkoły przez pracą. Dopiero kiedy została sama w domu, uświadomiła sobie, że wciąż jest w piżamie, nie ma żadnych planów na resztę dnia i, przede wszystkim, raczej nie powinna ich mieć. Dlatego zamiast po raz kolejny przekonać się, że próba upieczenia Jacksonowi tortu skończy się kolejną porażką albo znaleźć sobie do roboty coś równie rozsądnego jak mycie wszystkich okien, po prostu przeniosła się na kanapę i udawała, że ogląda jakiś serial. Dopiero gdy Will zadzwonił, żeby spytać, czy mają w domu jeszcze jakieś jedzenie, przypomniała sobie, że jest środek dnia, a ona wciąż jest w piżamie i jeszcze się dzisiaj nie czesała, więc może pora się jednak ogarnąć. Wiedziała, że powinna teraz przez tych kilka dni poleżeć w spokoju, nie przemęczać się i nie wpadać na kolejne głupie pomysły – naprawdę starała się być grzecznym pacjentem, który słucha zaleceń doktor Mercer-Hart (nieoczekiwanie w nowym szpitalu i tak została doktor Hart, bo wszyscy wiedzieli, że była żoną Harta i ignorowali fakt, że przed ślubem Mercy też miała jakieś tam nazwisko). I słuchała tych zaleceń, ale… czuła się przy tym dość okropnie. Stosunkowo łatwo było jej się jakoś trzymać, gdy pilnowała, by wokół niej byli obcy ludzie, którzy w spokoju pili kawę albo robili zakupy i przy których nie mogła zacząć płakać. Poza tym kiedy wiedziała, że planuje wyjść do obcych ludzi, dużo łatwiej było jej się jakoś ogarnąć – założyć jakieś normalne ciuchy, uczesać się i pomalować, a wtedy też automatycznie czuła się trochę lepiej niż wtedy, gdy cały dzień użalała się nad sobą na kanapie, ubrana w starą koszulkę Willa. Z drugiej strony było lepiej, bo nawet jeśli czuła się kiepsko, Will był obok. Znowu mogła bez żadnych oporów i bez chwili zastanowienia po prostu podejść i przytulić się do niego albo napisać do męża z prośbą, żeby zadzwonił do niej na następnej przerwie i przez dziesięć minut opowiadał o swoich studentach.
Dzisiaj znowu do czternastej leżała na kanapie w piżamie (po wyjściu ze szpitala spędziła zdecydowanie zbyt dużo czasu w łóżku, żeby miała ochotę na powtórkę z rozrywki), a potem większość dnia spędziła na klejeniu się do Willa i układaniu puzzli z Jacksonem. Kiedy już poczytali z małym książkę o uciekających skarpetkach (ewentualnie o mózgu, wiadomo) i położyli go do łóżka, najchętniej przykleiłaby się do męża już na resztę wieczoru, ale przypomniała sobie o zmywarce, którą trzeba jeszcze rozładować. Poszła więc do kuchni, żeby to ogarnąć, ale kiedy Will do niej przyszedł, odwróciła się w jego stronę i oparła się tyłkiem o kuchenną szafkę. - Chciałabym jutro zadzwonić do szpitala i poprosić, żeby od przyszłego tygodnia wpisali mnie w grafik dyżurów – powiedziała, wciąż trzymając kubek, który właśnie wyciągnęła ze zmywarki. - Wiem, że się o mnie martwisz i jeszcze niedawno rozmawialiśmy, że twoim zdaniem to za wcześnie, ale… ale fizycznie czuję się zupełnie dobrze i mam wrażenie, że jeszcze trochę i odbije mi od tego siedzenia w domu.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-14, 17:55


Powoli, małymi krokami coraz sprawniej wracał do życia człowieka pracującego. Na tyle, że dzisiaj pierwszy raz od powrotu na uczelnię odwiedził też szpital. Teoretycznie po to, żeby podpisać kilka(set tysięcy) czekających na niego papierów w związku z projektem, ale w praktyce chyba chciał zobaczyć, jak czułby się z ewentualnym powrotem. Wiedział (albo bardzo chciał wiedzieć), że podjął dobrą decyzję w sprawie poprzedniej oferty pracy – ostatnie, czego teraz potrzebowali, to Will, którego całymi dniami nie ma w domu, a kiedy wraca, ma pięćdziesiąt razy więcej rzeczy na głowie. Ale, chociaż wcześniej mówił Mercy, że rozważa oddanie badania w cudze ręce, coraz częściej chodziła mu po głowie bardzo nieśmiała myśl, że może jednak chciałby popracować odrobinę praktyczniej. Oczywiście, że w szpitalu i tak najciekawszą część robili za niego, ale, jeśli chciał, miał kontakt z pacjentami, dostawał do ręki wyniki badań i prześwietlenia, a przede wszystkim łatwiej było mu wmawiać sobie, że robi coś istotnego. Przez te parę dni zupełnie nic nie zmieniło się jednak w kwestii jego potrzeby kontaktu z Mercy – nie obywało się więc bez telefonów i wiadomości, chętnie opowiadał jej o studentach albo zapominał wypić kawę na przerwie, bo zagadał się z żoną. I może właśnie dlatego, bo jego samego też zaczynało odrobinę nosić, po tym dniu przytulania się do żony i zabaw z dzieckiem, kiedy zszedł do kuchni i usłyszał, co Mercy miała mu do powiedzenia, nie wyglądał na nawet odrobinę zaskoczonego. Przez chwilę milczał, przyglądając się jej tak, jakby bardzo chciał mieć w oczach rentgen, a potem (kiedy już zorientował się, że nie pamiętał, po co właściwie zszedł na dół), pokiwał powoli głową. – Okej – powiedział po prostu, najwyraźniej nie planując się z nią o nic kłócić. – Nie wiem, czy moim zdaniem to za wcześnie – przyznał, krzyżując ręce na klatce piersiowej, z miną kogoś, kto traktował to wszystko najpoważniej na świecie. – Wiem, że niedawno mówiłem, że tak jest, ale… teraz myślę, że to brzmi bardzo sensownie – powiedział, hamując chęć spytania, czy planuje wybrać się wcześniej na wizytę kontrolną. Miał jej bardziej ufać, tak? – Szczególnie jeśli masz czuć się lepiej, ani ja, ani Jackson, nie chcielibyśmy raczej, żeby odbiło ci od siedzenia tutaj – uśmiechnął się lekko i schylił się, żeby wyciągnąć z tej zmywarki ze dwa ostatnie talerze czy inne widelce – nie dlatego, że chciał jej poprzeszkadzać albo uznał, że nie poradzi sobie bez niego. Will zwyczajnie, po tych paru tygodniach, kiedy zajmowanie się domem było na jego głowie, chyba zaczął zupełnie automatycznie robić rzeczy, na myśl o których wcześniej głównie się krzywił. – Właściwie to chyba całkiem nieźle rozumiem, wpadłem dzisiaj do szpitala i… myślę, że chyba wrócę do wpadania trochę częściej – stwierdził bez jakichś specjalnych emocji, zamykając szafkę, a potem odwrócił się przodem do Mercy i, po chwili przyglądania się, schylił się, żeby ją krótko pocałować. Raczej bez okazji, głównie dlatego, że stał wystarczająco blisko i najwyraźniej dzisiejsze klejenie się mu nie wystarczyło. – Planujesz wrócić od razu w pełnym wymiarze godzin?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-15, 16:35


Trochę zaskoczyło ją to, jak, w gruncie rzeczy, łatwo poszło. Jeszcze niedawno pytała go przecież, czy chce, żeby wróciła do pracy – wtedy, kiedy… naprawdę była gotowa zrobić po prostu to, co powie jej Will. Powrót do pracy zdawał jej się równie kiepską opcją co dalsze siedzenie w domu. Prawdę mówiąc w ogóle nie mogła sobie wtedy wyobrazić, że miałaby podjąć jakąś decyzję i wreszcie ruszyć dalej po tym, jak stracili dziecko, bo to chyba znaczyłoby, że… zaakceptowała to? Była gotowa udawać, że nic się nie stało i po prostu wrócić do szpitala? Teraz czuła się zupełnie odwrotnie. Chciała wrócić do szpitala właśnie dlatego, że nie potrafiła udawać, że nic się nie stało. Była coraz bardziej pewna, że zwyczajnie nie uda jej się pozbierać, więc powinna wrócić do pracy. Przecież była chirurgiem i… i chyba nie wiedziała, kim miałaby być, gdyby nie operowała. Ciągle płaczącą, wpadającą pod samochody wariatką, której mąż nie ufa i która nigdy nie zostanie mamą (mimo tego, że miała syna)? W porównaniu z tym szpital wydawał jej się w jakiś sposób bezpieczny. Był znajomy, a Mercy dobrze się w nim odnajdywała i zawsze przecież uważała, że jest dużo lepszym chirurgiem niż człowiekiem czy żoną. Trochę jej jednak ulżyło, gdy okazało się, że nie musi tego tłumaczyć Willowi. Trochę dlatego, że ciężko byłoby jej powiedzieć własnemu mężowi, że nie uda jej się stanąć na nogi, a trochę… ciężko byłoby jej też tłumaczyć to komuś, kto nie mógł już dłużej być chirurgiem. - Nie odbija mi – zaprzeczyła od razu. W tym tygodniu zdążyła już uciekać od kobiety z wózkiem, wleźć pod koła jadącego samochodu, robić idiotyczną aferę w szpitalu, gdzie lekarz jedynie chciał ją zbadać i zgubić obrączkę, mogła być jeszcze odrobinę przewrażliwiona, jeśli chodzi o podobne żarty. A potem po prostu skończyła rozładowywanie zmywarki z pomocą Willa i spojrzała na niego z lekko zmarszczonym czołem, gdy zauważyła, że jej się przygląda – starała się zachowywać jak normalny człowiek, ale dalej potrafiła zmuszać się do czegoś, co miało wyglądać jak wiarygodny uśmiech (przynajmniej Mercy mocno na to liczyła) jedynie przy Jacksonie. - Byłeś dzisiaj w szpitalu? – powtórzyła i pokiwała głową, tylko trochę wyglądając jak ktoś, kto przecież zawsze powtarzał Willowi, że siedzenie na uczelni i walka z rzutnikiem mu nie wystarczą. - Dobrze, przecież do tej pory udawało ci się pogodzić szpital i uczelnię, prawda? Wiem, że ostatnio byłeś w domu więcej niż zwykle, więc upewnimy się, że JJ nie czuje, że poświęcasz mu mniej czasu niż potrzebuje, okej? – upewniła się. Sama często czuła się jak najgorszy rodzic na świecie i dość regularnie myślała, że powinna częściej się z nim bawić i spędzać więcej czasu, dlatego wydawało jej się, że w tych sprawach najlepiej zaufać samemu JJowi. Dała mu jeszcze drugiego buziaka, zanim powiedziała: - Tak, ale na początku pewnie i tak nie będę miała za dużo operacji, raczej utopię się w papierach. Albo, nie wiem, na dzień dobry wreszcie uderzę Stellę, nie mogę ci obiecać, że tego nie zrobię – dodała, marszcząc lekko czoło, bo naprawdę minęły wieki, od kiedy ostatnim razem przypomniała sobie, że Stella w ogóle istnieje. - Chcesz jakąś herbatę? Albo drugą kolację? – spytała jeszcze i rozejrzała się po kuchni, bo nie do końca chyba wiedziała, dlaczego dalej tu stali.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-20, 00:12


Lubił myśleć, że trochę jednak tę swoją żonę zna. Jasne, czasem potrafił się w tym zapędzić i być przekonany, że lepiej niż ona sama wie, co był dla niej najlepsze (zupełnie jakby kiedyś był jej szefem lub nauczycielem, dziwne), ale ostatnio naprawdę mocno starał się tego nie robić. Wychodziło mu różnie, jak pokazywało chociażby ostatnie kilka dni, ale w kwestii pracy nie zamierzał podejmować żadnej decyzji za nią. Kiedy pytała go o to ostatnio, podzielił się z nią tylko swoim zdaniem – a nie sądził, żeby to był dobry moment w jakiejś części dlatego, że chciała, żeby zdecydował za nią. Skoro teraz zrobiła to jednak sama, czuła się dobrze fizycznie i miała dosyć siedzenia w domu, nie widział żadnego powodu do sprzeciwu. Wręcz przeciwnie – wydawało mu się, że powrót do szpitala, do czegoś, w czym była dobra i dobrze się czuła, może jej pomóc przynajmniej trochę stanąć na nogi. Will pewnie zresztą szukał dokładnie tego samego, kręcąc się jednak w okolicy szpitala. Praca na uczelni niespecjalnie go do czegokolwiek motywowała, ale przynajmniej nadawała mu jakiś rytm dnia (i telefonów do żony, chociaż był gotów zaakceptować, że od przyszłego tygodnia nie będzie już miała czasu opowiadać mu, co leci w telewizji i jak tam smakuje jej drugie śniadanie). Skoro jednak zdecydował, że ktoś inny powinien bezpośrednio zajmować się pacjentami, mógł przynajmniej poudawać, że robi coś sensownego, przeglądając wyniki badań i operacje do projektu, prawda? – Na chwilę – odparł, wzruszając ramionami, do tego chyba trochę zaskoczony, że przy częstotliwości ich rozmów w ciągu dnia jakimś cudem jej o tym nie wspomniał. – Mam wrażenie, że JJ zawsze powie, że moglibyśmy spędzać z nim trochę więcej czasu – zauważył, uśmiechając się lekko. On też bardzo starał się brać zdanie małego pod uwagę, ale nie był pewny, na ile mogli zaufać siedmiolatkowi, który w ogóle mocno potrzebował kontaktu i wciąż nie lubił spędzać czasu sam. W dodatku nie chodziło mu przecież tylko o niego, ale też o Mercy. Nie chciał, żeby zaczęli się znowu mijać. Dlatego, że on sam bardzo korzystał z ich bliskości, oczywiście, ale… przecież wiedział, w jak kiepskim stanie była jeszcze do niedawna i że sobie z tym nie radziła. Bał się, że umknie mu w tym wszystkim coś istotnego, że Mercy znów zacznie udawać, że jest dużo lepiej, ale w rzeczywistości ponownie zostanie z całym tym bałaganem sama. Ale nie chciał jej teraz przypominać, że o nią też martwi się tak samo mocno jak o ich syna – teraz chciał ją tylko jakoś wesprzeć w nowej decyzji, bo wydawało mu się to o wiele istotniejsze. – Jeszcze się zastanowię, zobaczymy, jak będzie nam to znowu wychodzić. Ale obiecuję, że powiem ci, jak tylko zdecyduję – zapewnił ją, gotów zrzucić to na to, że za bardzo spodobało mu się jednak siedzenie na tyłku. Zaraz musiał jednak dość mocno zmarszczyć czoło, bo… on chyba też zupełnie zapomniał o istnieniu Stelli. – Jeśli poczujesz się dzięki temu lepiej… – odparł z rozbawieniem, bo, hej, miał żonę, której było ciężko w życiu, nawet jego ulubienica/niedoszła kochanka musiała zejść na dalszy plan. – Myślisz, że powinienem zacząć jeść dwie kolacje? – spytał, zerkając gdzieś w okolice swojego brzucha, bo może oboje schudli ostatnio na tyle, że żona postanowiła go z powrotem utuczyć, skąd miał wiedzieć. – Najbardziej chcę iść teraz spać. Nie wiem, czy słyszałaś, ale nasze dziecko zapowiedziało, że wstanie rano, żeby skończyć puzzle i obawiam się, że planuje nas do tego obudzić – zauważył i, jeśli tylko Mercy nie zebrało się na inne porządki w kuchni, poszli na górę jeszcze trochę się do siebie pokleić.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-21, 01:48


właśnie sobie przypomniałam, że próbowałyśmy rozdzielać im gry, to pewnie jakaś #103

Zgodnie z tym, co mówiła mężowi, Mercy spodziewała się, że jej powrót do pracy będzie raczej spokojny. Nie miała przecież żadnych planowych operacji i była dość gotowa na to, że przez pierwsze dni głównie będzie nadrabiać zaległości w papierach i projekcie, wcinając słodycze od Brendy. Uzupełnianie papierów nigdy nie było jej ulubioną czynnością, ale… dobrze było wrócić nawet do tych papierów. Dobrze było ogarnąć się rano, zamiast cały dzień chlipać w dresie i czuć, że jest na swoim miejscu. Nawet jeśli to było tylko przerzucanie stosów dokumentów związanych z projektem (w ogóle myślę, że jedną z najcenniejszych umiejętności Mercy było podrabianie podpisu współmałżonka, gdyby kiedyś mu się nie chciało), nadal robiła coś, co rozumiała i na czym się znała, a kiedy chciała zrobić sobie przerwę, nie musiała się zastanawiać, gdzie teraz iść, żeby tylko nie wracać płakać do domu. Zupełnie jednak nie przewidziała, że spora część szpitala koniecznie będzie chciała z nią porozmawiać i wypytać, jak Mercy się czuje (a przede wszystkim, co jej się właściwie stało). Na szczęście była jednak na tyle niemiłym człowiekiem, że te ploteczki dość szybko dobiegały końca.
Trzy pierwsze dni w szpitalu upłynęły jej głównie na wywracaniu oczami na widok Stelli i udawaniu zajętej przy ludziach, którzy chcieli ją powitać po powrocie. Za to czwarty dzień był wspaniały, nawet jeśli zaczął się o trzeciej rano. Zadzwonili do niej, żeby przyjechała asystować przy operacji faceta z wypadku samochodowego. Nie była nawet głównym chirurgiem podczas tej operacji, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniła za salą, dopóki nie znalazła się tam z powrotem, od razu na dobre cztery godziny. Skończyli chwilę przed początkiem dyżuru Mercy, dlatego zdążyła tylko wlać w siebie kawę i zadzwonić do męża – trochę miała nadzieję, że uda jej się jeszcze złapać Jacksona przed szkołą, żeby powiedzieć mu cześć, ale musiało jej wystarczyć powiedzenie cześć Willowi, co też było zupełnie okej.
Część Mercy – ta, która zrobiła już ponad połowę rezydentury, była już trochę stara i lubiła batony Brendy – trochę miała nadzieję, że po tej operacji w spokoju będzie mogła ziewać nad dokumentacją w trakcie pracy. Okazało się jednak, że przez sporą część dyżuru nie miała czasu usiąść, biegając między jednym pacjentem a drugim (gdzieś w międzyczasie ten z nocnej operacji im zmarł) i ta druga część Mercy – ta, która wciąż jarała się neurochirurgią tak samo jak pierwszego dnia rezydentury i która była chirurgiem, a nie płaczącą wariatką, którą strach zostawić samą w domu – była tym całkiem zachwycona. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że ani razu dzisiaj nie zdążyła pomyśleć o ich dziecku, poczuć się winną albo sięgnąć odruchowo do swojej szyi, by zorientować się, że dalej czegoś brakuje. W pewnym momencie ruch na izbie zdecydowanie się uspokoił, a Mercy planowała wpaść do gabinetu męża i Stelli, żeby dokończyć jakieś papierki z wczoraj. Jednak kiedy weszła tam i zobaczyła jakąś kanapę (tak, od dziś mają kanapę), z całą mocą uświadomiła sobie, jak krótko dziś spała, od dobrych dziesięciu godzinach jest na nogach, przez większość tego czasu całkiem dosłownie, nic dziś nie jadła, bolą ją plecy i jest tak zmęczona, że chyba zaraz umrze.
Dlatego kiedy Will przyszedł do gabinetu, Mercy spała na kanapie, z nogami podkulonymi do klatki piersiowej, dłonią zaciśniętą na telefonie, gdyby czegoś od niej chcieli i w skarpetkach JJa – chyba że nagle sobie zaczęła kupować takie w dinozaury i trochę przykrótkie. Niezależnie od tego czy Will próbował ją czymś nakryć, obudzić ją czy po prostu zdjąć segregator z półki nad Mercy, natychmiast się obudziła i zerwała do pozycji siedzącej. - Nie śpię!
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-25, 11:47


Zakładał, że czekało go jeszcze przynajmniej kilka ładnych miesięcy odrobinę intensywniejszego martwienia się o Mercy. To nie tak, że jej tego życzył, ale chyba zwyczajnie wyciągał wnioski ze swojej dotychczasowej naiwności i tego, jak świetnie szło im stawanie na nogi. W związku z tym był przekonany, że kiedy jego żona wróci do pracy, Will będzie musiał być trochę bardziej spięty, trochę bardziej czujny, trochę bardziej kręcący się w po szpitalu, kiedy kończyła pracę, żeby w razie czego był pod ręką. Tymczasem raptem dwa dni zajęło mu zorientowanie się, że nie tylko nie musiał być ciągle pod ręką – do kompletu nagle, zamiast wyhodować dodatkowe dziesięć par oczu dookoła głowy, zrobił się jakby… spokojniejszy? Pewnie trochę pomagało to, że nie siedziała sama w domu, ale dodatkowo jej powrót do pracy przypomniał mu, że Mercy w gruncie rzeczy była całkiem dorosła. To nie tak, że do tej pory traktował ją jak dziecko, gówniarę albo kogoś, kto nie poradzi sobie bez niego przez sekundę. Wytworzył w sobie jednak dość głębokie przekonanie, że zawsze powinien być w okolicy i głównie na tym teraz polegała jego rola. Na pilnowaniu jej i Jacksona i na upewnianiu się, że wszystko na pewno było w najlepszym porządku, bo przecież nikt inny teraz tego nie zrobi. Zamiast zająć się sobą, przekierował całą energię jaką miał na resztę Hartów i kiedy nagle wrócił z uniwersytetu o trzynastej, a tu okazało się, że w domu nie ma ani Mercy, ani Jacksona, bo oboje mają lepsze rzeczy do roboty, Will chyba przypomniał sobie, że… no właśnie, był jeszcze Will. I ten Will musiał zastanowić się, co właściwie ze sobą zrobić.
W całym tym zastanawianiu się wciąż najbardziej zaskakujące było odkrycie, że chwilowo nie ma się czym martwić ani denerwować. Że naprawdę wyglądało na to, że wszystko jest w miarę okej, przynajmniej przez te dwa czy trzy dni (a jak na nich to i tak sporo). I że czwartego dnia znów nie był w pełnej gotowości, a tymczasem świat się nie tylko nie zawalił – kiedy wpadł do szpitala i minął swoją żonę na korytarzu, uznał nawet, że świat miał się naprawdę całkiem nieźle i dobrze było go zobaczyć w kitlu i z wynikami w ręce. Oboje mieli jednak sporo roboty, bo dopiero po jakiejś godzinie mógł stanąć w kolejce po kanapki i, ziewając (jasne, operacje operacjami, ale on mógł spać dzisiaj tylko bite siedem i pół godziny, to o jakieś siedem mniej niż chciałby jego organizm), wrócić do gabinetu, trochę głodny, trochę myśląc o stosie wyników, które właśnie przejrzał, a trochę pamiętając, że musi złapać Mercy, żeby ustalić, kto dziś zabierze JJa z treningu. Najwyraźniej jednak miał ją złapać odrobinę szybciej niż się spodziewał – na jej widok uśmiechnął się pod nosem i już chciał ukucnąć obok, kiedy postanowiła się zerwać. – Widzę – zapewnił ją z rozbawieniem. – Nasz syn wie, że go okradasz? – zainteresował się jeszcze, zerkając na jej skarpetki i usiadł na oparciu kanapy. – Jesteś głodna? – spytał, wyciągając w jej stronę swoją kanapkę, bo zgadywał, że on był trochę mniej głodny i miał więcej siły, żeby postać potem w kolejce po kolejnej. – Żyjesz jeszcze? – upewnił się, odgarniając jej z twarzy roztrzepane włosy. – Dużo ci jeszcze zostało? Możesz tu dalej nie spać, tylko trochę się pokręcę, a potem będę wszystkim mówił, że widziałem cię po drugiej stronie szpitala.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-04-26, 01:25


Przed powrotem do szpitala Mercy zwyczajnie postanowiła sobie, że… bierze się w garść. Że koniec z płakaniem przed telewizorem, koniec z uciekaniem przed małymi dziećmi i koniec z gubieniem najważniejszych rzeczy. Wiedziała, że nie uda jej się z tego pozbierać tak naprawdę i szczerze, bo wydawało jej się niemożliwe, że kiedyś miałaby przestać czuć ten okropny żal, który sprawiał, że ciężko jej się oddychało. Przecież za miesiąc nie zacznie czuć się mniej winna ani nie przekona samej siebie, że wcale nie zmarnowała Willowi życia i nie okłamywała go przez siedem lat, żeby wreszcie odkryć, że jest tak zepsuta, że nie potrafi nawet urodzić dziecka. Miała wrażenie, że wcześniej było zwyczajnie trochę łatwiej. Łatwiej było czuć, że przytrafiło im się coś potwornie złego, kiedy wciąż wszystko bolało ją po operacji, a Will musiał zmieniać jej te cholerne opatrunki. Parę miesięcy później wydawało jej się, że ból nie zelżał ani trochę, ale wszystko wokół wracało do normalności i ona też powinna – wiedziała, że bez tego jej rodzina się nie pozbiera tak naprawdę. Nie wspominając już o tym, że siedząc w domu głównie wymyślała kolejne sposoby na katowanie się, na przykład wyliczyła sobie dokładnie, w którym tygodniu ciąży powinna teraz być. I właśnie dlatego musiała wziąć się w garść, co do tego nie miała specjalnych wątpliwości. Może powinna za to mieć więcej wątpliwości jeśli chodzi o jej plan, bo siedzenie w pracy i z dzieckiem codziennie tak długo, żeby na płacz nie starczyło jej już czasu nie brzmiało jakoś wyjątkowo mądrze, ale… ale musiała od czegoś zacząć.
Mercy dość szybko nauczyła się ucinać sobie drzemki w szpitalu, zwłaszcza w takie dni jak dzisiaj. Musiała nauczyć się nie tylko tego, żeby szybko zasypiać, zanim jakiś doktor Hart wpadnie z kanapką i zacznie jej przeszkadzać, ale przede wszystkim szybko się wybudzać, w końcu żaden pacjent nie będzie czekał, aż Mercy przestanie ziewać. Dlatego już kiedy Will spytał o te skarpetki, spojrzała na niego dość przytomnie (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, o której dzisiaj zaczęła dzień), ale jeszcze przez chwilę siedziała na tej kanapie, wyglądając na trochę rozczochraną i trochę nieszczęśliwą z powodu pobudki. - Bardzo mi miło, że o to, czy żyję, zapytałeś mnie na końcu – powiedziała wreszcie i chwyciła leżącą na kanapie gumkę do włosów, żeby związać włosy. - Czego dużo mi zostało? – zainteresowała się, najwyraźniej decydując, że wreszcie jest gotowa na rozmowę z mężem. - Nie chcę dalej spać. Jeść też nie chcę – powiedziała i chyba chciała dodać coś jeszcze, ale zamiast tego po prostu ziewnęła. - Zjedz kanapkę, chcesz kawę? – zaproponowała, a potem przetarła bladą twarz dłońmi. Czuła się trochę dziwnie, bo z jednej strony już zdążyła się zestresować, że jest potrzebna na oddziale i całkiem się rozbudziła. Z drugiej – jej mózg zaczął odmawiać współpracy, kiedy zorientował się, że to tylko jej mąż i niby mogłaby wrócić do spania. Dlatego zamiast po prostu wstać i podejść do ekspresu, Mercy zsunęła się z tej kanapy prosto na podłogę, westchnęła bardzo ciężko i siedziała tak przez chwilę. Całkiem długą. - Ale koniecznie powiedz paru osobom, że widziałeś mnie na drugim końcu szpitala, tak daleko od neurochirurgii jak to możliwe. Jak się rozejdzie po szpitalu, że masz demencję albo zwidy, może wreszcie w kółko przestaną proponować ci jakąś pracę – dodała i wreszcie zebrała się w sobie na tyle, żeby wstać. - Dałeś Jacksonowi jabłko do szkoły? – spytała, chociaż na zbyt wiele nie liczyła.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-05-01, 21:22


Gdyby wiedział, że Mercy zamknęła się w jego gabinecie, żeby odpocząć, naprawdę najchętniej kręciłby się gdzieś w okolicy drzwi, żeby nie przeszkadzał jej nie tylko on, ale do tego nikt inny (bo zgadywał, że budzenie przez Stellę byłoby jednak trochę gorszą opcją niż obudzenie przez własnego męża). Skoro jednak już postanowił jej poprzeszkadzać, mógł się tylko uśmiechnąć i za specjalnie nie nabijać - w ogóle starał się od tego powstrzymywać, bo zakładał, że prędzej powie coś, co doprowadzi Mercy do płaczu niż ją jakkolwiek rozbawi, a naprawdę nie planował jej się do tego wszystkiego dokładać ze swoim kiepskim poczuciem humoru. – Uznałem, że dzisiaj możesz być trochę bardziej głodna niż nieżywa – powiedział z rozbawieniem, przyglądając się Mercy jak ktoś, kto po prostu bardzo lubił patrzeć na własną żonę (nawet jeśli ktoś mógłby uznać, że ile można przecież widzieli się prawie całą dobę przez kilka ładnych tygodni). Nie mówiąc już o tym, że, chociaż była zmęczona i jeszcze przez chwilę wyglądała na raczej niezadowolonego z pobudki człowieka, to wszystko było po prostu przyjemnym widokiem. Pracująca Mercy, Mercy wciągnięta w operację czy po prostu Mercy zmęczona po zdecydowanie zbyt wielu godzinach dyżuru była czymś, za czym chyba zwyczajnie trochę tęsknił. Nie miał najbledszego pojęcia, czy kiedykolwiek jej to powiedział, ale uwielbiał na nią patrzeć, kiedy była skupiona i zamyślona, kiedy była przy stole operacyjnym i wyglądała tak, jakby była gotowa stać tam przez najbliższą dobę (chociaż w tych warunkach mógł mówić raczej o bardzo rzadkim zerkaniu niż jakimś szczególnym gapieniu się). Lubił widok Mercy-lekarza, lubił wiedzieć, że mogła wykorzystywać to, jaka była mądra i uparta w sposób, który im obojgu sprawiał niesamowita satysfakcję. A teraz najbardziej lubił tę bardzo delikatną, niemal nieśmiałą myśl, że jej widok na kanapie był zachwycająco zwyczajny. Dokładnie taki, jaki powinien być. – Dyżuru, o której wychodzisz? – wyjaśnił cierpliwie, chociaż zgadywał, że mogła nie do końca ogarniać, która była godzina i za jak długo mogła się właściwie stąd zabrać. – Okej, mogę ci ją wrzucić do kieszeni na wszelki wypadek czy wolisz jakiegoś batona? – spytał, zerkając kontrolnie na zegarek i jeszcze raz na Mercy, żeby upewnić się, na jak bardzo zmęczoną wyglądała. – Nie chcę – powiedział, kręcąc głową i nawet nie kryjąc rozbawienia, bo to przecież nie byłby w ich życiu pierwszy raz, kiedy prześcigali się w dbaniu o siebie nawzajem, zamiast o siebie samych. Kiedy Mercy uznała, że na podłodze będzie jej wygodniej, WIll przesiadł się z oparcia na kanapę i po prostu drapał ją po głowie, kiedy tak kontemplowała życia i uruchamiała mózg w ciszy. – To może jednak powinienem powiedzieć, że widziałem cię gdzieś obok, ale miałaś cztery nogi? – spytał, bo może faktycznie byłoby lepiej, gdyby przestali mu coś oferować. Nie musiałby się przynajmniej zastanawiać nad decyzją i nad tym, co na to wszystko jego rodzina. – Umyte i pokrojone, a nawet obiecał mi, że nie zje ciastka, dopóki nie skończy jabłka – zapewnił, pewnie tylko trochę zdziwiony, że Mercy miała jakieś wątpliwości co do jego ogarniania domu i dziecka, skoro – nie licząc krótkich przerw – nie robił ostatnio nic innego. - Wracasz do tej części szpitala, w której mogą czegoś od ciebie chcieć czy chcesz tu jeszcze trochę posiedzieć? – upewnił się i wreszcie podniósł, żeby zrobić sobie tę kawę. – Jeśli zostajesz i ciągle planujesz nie spać, może mi powiedzieć, jak dziś było – zaproponował i spojrzał na nią pytająco, wyciągając drugi kubek.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2020-05-02, 21:20


– Nie wiem, czy jestem żywa, powiem ci za chwilę – obiecała, bo wciąż czuła się tak, że sama nie potrafiła powiedzieć, czy ona żyje czy nie żyje. Nie wiedziała do końca, co robiła zanim położyła się na kanapie i nie miała bladego pojęcia, która właściwie może być godzina. Na szczęście udało jej się nie zapomnieć, że mają dziecko, dlatego ziewnęła jeszcze raz i powiedziała: - O tej, o której trzeba odebrać skądś JJa. To znaczy, tak trzydzieści minut przed tym, jak trzeba będzie odebrać JJa – poprawiła się. W tej chwili nie miała nawet siły zastanawiać się, czy Jackson miał dzisiaj tylko lekcje czy trening, ale głęboko wierzyła w swojego męża i w to, że raczej nie pozwoliłby na to, żeby siedzieli we dwójkę w szpitalu, kiedy mały na nich czekał. Jej mózg zaczynał już powoli działać, więc przypomniało jej się, że nie widzieli się jeszcze dzisiaj z Jacksonem, a nawet nie rozmawiali przez telefon. Nie wiedziała, która jest godzina, ale wiedziała, że czuje się z tego powodu całkiem winna, dlatego spojrzała na Willa z lekko zmarszczonym czołem. - Chcesz posiedzieć w pracy z godzinę dłużej? Zabrałabym wtedy Jacksona na jakieś lody – zaproponowała, bo skoro już był maj, może lody wydawały się spoko pomysłem. - Nie, poważnie, nie chcę ani kanapki, ani batona. Chyba zresztą mam już jakiegoś batona – wzruszyła lekko ramionami, przypominając mężowi, że jeśli chciał dawać Mercy słodycze, powinien chyba ustawić się w jakiejś kolejce. A potem po prostu usiadła na tej podłodze i siedziała tam zdecydowanie dłużej niż planowała – jej mózg zaczął funkcjonować w miarę szybko, ale zwyczajnie nie chciała, żeby Will przestał ją po tej głowie drapać. I… chyba stało się coś całkiem nieoczekiwanego, bo kiedy jej mąż wspomniał o tych czterech nogach, Mercy wydała z siebie dźwięk, który brzmiał zupełnie jak parsknięcie śmiechem. - Ale wszystkie cztery mają być zgrabne, okej? – zastrzegła tylko, godząc się na resztę tego planu. I jasne, że ufała mu w stu procentach, ale wiedziała, że Will miał nieco bardziej nonszalancki stosunek do jedzenia jabłek niż Mercy. Mimo to kiedy usłyszała, że nawet mu to jabłko umył, powiedziała po prostu: - Will? Kocham cię – nawet jeśli mogłaby się z nim teraz założyć, że JJ już dawno zjadł wszystkie ciastka, a jabłko dalej było nieruszone. - Przyszłam tutaj trochę popracować chyba, bo byłam na izbie, ale zrobiło się spokojnie, więc chciałam ogarnąć trochę papierów – wyjaśniła, gdy już wreszcie jej samej udało się przypomnieć sobie, co ona właściwie w tym szpitalu dzisiaj robiła. Stanęła obok niego, gdy zabrał się za robienie kawy i oparła się głową o jakąś wiszącą szafkę, przyglądając się Willowi. - Dobrze, miałam operację, która poszła dobrze, ale pacjent był z wypadku samochodowego i już zdążył umrzeć od innych obrażeń – wyjaśniła, wzruszając lekko ramionami. A potem bardzo chętnie opowiedziała mu ze szczegółami o tym, jak przebiegała operacja, bo przecież zawsze musiała mu to opowiedzieć i dowiedzieć się, że Will nie ma się do czego przyczepić, nawet jeśli Mercy tylko asystowała. I nawet jeśli… trochę się tym martwiła. Zawsze lubiła rozmawiać z nim o swoich operacjach, lubiła też, gdy Will je widział nawet z balkonu, ale teraz było łatwo, skoro przecież nie potrafiła nawet ukończyć rezydentury w terminie. Ale co będzie za pięć albo dziesięć lat, kiedy nagle okaże się, Mercy robi rzeczy, o których kiedyś marzył Will-chirurg? - A u ciebie jak dzisiaj było? JJ ma dziś trening, prawda? – upewniła się.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do: