Poprzedni temat «» Następny temat




32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-02-28, 22:35


Okazało się, że Mercy, z cyckami na wierzchu czy nie, była na tyle pijana, że po prostu uśmiechnęła się szeroko, absolutnie zachwycona informacją o tym, że mąż mówił o jakościowym związku, mając na myśli zupełnie kogoś innego (co, w jej świecie, mogłoby mieć zresztą całkiem dużo sensu). A kiedy jej mąż, który już na dłuższy czas zrezygnował przecież z żartów o tym, że Mercy wybrała neurochirurgię tylko ze względu na niego, wrócił do uwag z podobnej kategorii, zwyczajnie pokiwała głową. - Mhm, masz szczęście, że w szpitalu dość szybko zacząłeś się gapić, bo już zaczynałam się zastanawiać, co by tutaj spieprzyć, żebyś zwrócił na mnie uwagę – przytaknęła i napiła się swojego drinka. - Najtrudniejsze w tym wszystkim było dostanie pracy w twoim szpitalu, ale jak powiedziałam im, że ja po prostu szukam męża, przestali robić problemy i mnie zatrudnili – dodała jeszcze, szybko rezygnując z dodania, że nie tylko szukała męża, ale w dodatku nie chciała zachodzić w ciążę, bo na takie żarty wciąż było trochę za wcześniej. Albo po prostu ten temat zawsze będzie zbyt bolesny, by Mercy chciała o nim rozmawiać, w żartach lub nie.
– Williamie Jamiesie Harcie, teraz mam ochotę się z tobą przespać – odparła mu z równą powagą, gdy Will powiedział prawdopodobnie jedną z najmilszych rzeczy, jakie Mercy słyszała w życiu. Ale przecież nawet jeśli nigdy nie zależało jej na wyrwaniu swojego szefa (wbrew temu, co sądzili pozostali rezydenci), wzięła z nim ślub także dlatego, że od początku dobrze wiedziała, że Will będzie dokładnie tym facetem, który biegałby po autostradzie i szukał jej głowy, tak jak teraz szukał jej wegańskiego wina albo nawet jej obrączki. - Hm, nie pamiętałam – przyznała, marszcząc lekko czoło – trochę ją stresowało zakładanie, że egzamin będzie tylko formalnością, ale cały egzamin, podsumowujący jej dotychczasowe życie zawodowe, nie martwił jej na tyle, żeby miała sobie sprawdzać terminy poprawek. - Ale jeśli będę miała poprawkę… dalej przeprowadzisz się ze mną i Jacksonem, co? Mimo tego, że spieprzę egzamin, żeby iść z którymś egzaminatorem na drugą randkę? – dopytała jeszcze, skoro już ustalili przed chwilą, z jakiego powodu Mercy oblewała swoje dotychczasowe testy.
Kiedy Will spytał o te kolejne planowane niemowlaki, miał przed sobą całkiem ciekawy, a już na pewno bardzo rzadki widok – Mercy, która gapiła się na niego z takim zaskoczeniem, jakby spytał ją o coś, co nigdy nie przyszło jej nawet do głowy. Zwykle planowała z dużo większym wyprzedzeniem niż Will i martwiła się wszystkim na zapas, albo przynajmniej miała gotową odpowiedź z serii „tak” lub „nie”, ale… naprawdę chyba nigdy w życiu nie pomyślała, że mogliby mieć więcej niż dwójkę dzieci. Przez zdecydowaną większość ich małżeństwa nastawiała się na jedno i teraz, kiedy wydawało jej się, że jednak chciałaby mieć też drugie, to wydawał jej się najsensowniejszy limit – dzieci w ich domu będzie akurat tyle co dorosłych, dzięki czemu obojgu będą mogli ogarnąć sensowną opiekę i zapewnić potrzebną uwagę, a równocześnie dwójka wciąż nie wydała jej się jakąś przerażającą liczbą, z którą jedno z nich miałoby sobie nie poradzić, zwłaszcza że jedno z nich było już całkiem stare. Za to trójka czy czwórka (o jezu) dzieci to już zupełnie inna historia, a przecież Mercy zawsze chciała dokładnego przeciwieństwa gromadki dzieci. - Pytasz o… nasze niemowlaki? Nasze… inne… planowane niemowlaki? – upewniła się, wciąż z taką miną, jakby Will wypytywał ją właśnie o rymy w sonetach jakiegoś szwedzkiego poety, o którym nigdy w życiu nie słyszała, więc nie wiedziała nawet, co miałaby o tym sądzić, oprócz tego, że poezja, tak jak dzieci, to raczej nie jej bajka. - Nie wiem, nigdy… nigdy się nad tym nie zastanawiałam – trochę przepraszająco wzruszyła ramionami. - A ty… ty chciałbyś mięć więcej dzieci? – spytała jeszcze, chwilowo ignorując fakt, że Will wspomniał o dodatkowych pokojach dla jej martwych dziadków.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-03, 22:20


- Wiem, jak myślisz, jak ja dostałem tamtą pracę? – odparł, szczerząc się tak głupio, jakby właśnie wrócił do swoich ulubionych żartów o tym, że cała kariera jego żony była skoncentrowana wokół niego (może to on pisał tego Albusa?). Teraz przynajmniej postanowił jej zasugerować, że miał miał podobne pobudki (może też szukał męża), przynajmniej tyle miał przyzwoitości po alkoholu.
- Tak? To świetnie, długo jeszcze będziesz to piła? – spytał natychmiast z taką miną miną, jakby wystarczył mu sygnał i mógł już się zbierać na seks z żoną (dobrze, że chyba był już za stary na seks w łazience). Nie był miły, żeby zaliczać – wręcz przeciwnie, Willa przez sporą część jego życia trudno było w ogóle nazwać miłym, szczególnie kiedy miało się do czynienia z nim jako wykładowcą lub opiekunem. Był chyba całkiem porządnym człowiekiem bez większej interesowności, ale zawsze miło było wiedzieć, że jego żonie nie brakowało powodów, żeby się z nim przespać. - Ale tylko jeśli będę mógł wybrać ci egzaminatora do randkowania. Byłoby okropnie głupio, gdybyś miała zdradzać mnie z kimś, kto wygląda gorzej niż ja – zapewnił ją z bardzo poważną miną, którą udało mu się utrzymać tak mniej więcej do ostatniego słowa, bo już zaraz musiał się uśmiechnąć. - Przeprowadzę się z tobą dokąd tylko będziesz chciała, okej? A jeśli naszym bardzo poważnym celem na przyszłość jest Boston, to zrobimy wszystko, żeby w tym Bostonie być, mieć dobrą pracę i się z tego wszystkiego cieszyć – powiedział może nieco zaskakująco na serio, jak na okoliczności. Ale przecież nie kłamał ani chwilę temu, ani teraz, kiedy mówił jej, że byli w stanie to wszystko ogarnąć, nawet jeśli Mercy jakimś cudem nie zdałaby egzaminu. Po wszystkim, przez co przeszli jako małżeństwo, naprawdę mieli przejmować się przeprowadzką?
- Hej, spokojnie – powiedział natychmiast, kiedy tylko zobaczył minę Mercy. Z powrotem wziął ją za rękę i uśmiechnął się do swojej żony bardzo łagodnie. - Nie pytam dlatego, że mam jakieś plany i wymyśliłem nam nagle siódemkę – zapewnił ją na początek, bo przecież jeszcze nie mógł dowiedzieć się od swojego przyszłego najlepszego przyjaciela, że siedmioro dzieci to świetny pomysł. - Nie wiem, czy chciałbym mieć więcej dzieci, nie myślałem o tym i nie chciałem cię stresować. Po prostu… wpadło mi to do głowy. Skoro szukamy nowego domu i może tym razem nie wymienimy go po dwóch latach? To nie jest coś, nad czym się zastanawiałem – wyjaśnił i zmarszczył czoło, bo może jednak powinien zacząć się przed takimi pytaniami zastanawiać. - Ty, kiedy się upijesz, myślisz o uniwersytecie dla naszego syna, a ja zastanawiam się, na ile dzieci potrzebujemy pokoi, to tyle – obiecał, wciąż chyba zdecydowanie bardziej w tym wszystkim rozluźniony niż Mercy. - To głupi moment na takie pytania, wiem, przepraszam. Dopiero czeka nas cała ta przeprawa adopcyjna i nigdy w życiu nie rozmawialiśmy o większej liczbie dzieci. To tylko… po prostu wpadło mi do głowy – spróbował się jeszcze wytłumaczyć, chyba jednak łapiąc, że warto było czasami zastanowić się nad tym, co mówił, przede wszystkim dlatego, że doskonale wiedział, z kim rozmawiał. A ostatnie, czego teraz chciał, to żeby Mercy zaczęła wkręcać sobie, że potrzebował trójki albo dziesiątki dzieci, wystarczyło mu tłumaczenia się w sprawie tego drugiego.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-05, 22:49


Kiedy tylko temat zszedł na ponadplanowe powiększanie rodziny, próbowała go zapewnić, że wszystko jest w porządku i Will wcale nie musi jej przepraszać, ale bardzo szybko okazało się, że wcale nie było w porządku. Z kilku powodów, a ten najprostszy był dość jasny nawet dla samej Mercy: nie chciała, żeby jej własny mąż myślał, że o nic nie można jej spytać, bo od razu źle zareaguje i że trzeba ją za takie rzeczy przepraszać, bo naprawdę nie wymagała od niego żadnej z tych rzeczy. Tym bardziej, że pytanie o więcej dzieci w pierwszej chwili wcale jej jakoś specjalnie nie zestresowało, po prostu mocno zdziwiło, bo zupełnie o tym nie myślała. I dość szybko chyba wyjaśniło się, dlaczego Mercy nie myślała o żadnych dodatkowych dzieciach, bo… ten temat okazał się być trochę jak rozdrapywanie ran, które dopiero zaczęły się zabliźniać. Oczywiście wiedziała, że muszą teraz rozmawiać o adopcji dziecka z jej winy, ale skoro już jakiś czas temu w jej głowie pojawiła się myśl, że gdyby chcieli drugie dziecko, je także muszą adoptować i, nawet jeśli to mogło wydawać się dziwne, Mercy już nie myślała o tym jak o jednym problemie – myślała o tym, że planują adopcję i o tym, że ona nie może mieć dzieci, ale zwykle traktowała te sprawy jako coś, co nie ma ze sobą dużego związku. I nawet jeśli to było niesamowicie głupie – sama pewnie uważała, że było, gdyby ktoś chciał spytać Mercy – to dopiero kiedy Will spytał o więcej dzieci, wszystkie te wyrzuty sumienia związane z tym, że nie mogą planować dzieci normalnie, nagle do niej wróciły, a przypomniały o sobie tym silniej, że była już trochę wstawiona. Nie mogła więc za wiele poradzić na to, że było jej zwyczajnie smutno i momentami ciężko było jej to ukryć, zwłaszcza że jeszcze parę minut temu rozmawiali o tym, żeby zwijać się na seks. W dodatku okazało się, że nawet jeśli wracając do hotelu/mieszkania (nie wiem, bo mi nie odpisujesz) miała dość podły humor, to i tak nic w porównaniu z tym, jak parszywie czuła się następnego ranka. Nie dlatego, że Will nie pomyślał i spytał ją o dzieci – dlatego, że była zepsuta i Will nie mógł mieć przez nią dzieci, dlatego, że miała trochę kaca i źle spała, no i dlatego, że mieli dzisiaj oglądać domy, a to była bardzo trudna sprawa w głowie Mercy, bo skoro ściągała całą rodzinę do innego miasta, nie chciała, żeby z ich nowym domem coś było nie tak.
A to wszystko sprawiało, że Will prawdopodobnie już z samego rana mógł się domyślić, że domu dzisiaj nie wybiorą – Mercy była w zdecydowanie marudząco-niezadowolonym-niezdecydowanym humorze, a to oznaczało, że nawet wybór kawy okazał się dziś dużym problemem, bo nic jej nie pasowało. Mniej niż dzisiejsza kawa pasowały jej już chyba tylko domy, które dziś obejrzeli i, rzecz jasna, człowiek, który im te domy pokazywał – większą część poranka Mercy spędziła gapiąc się na agentkę z miną obrażonego bazyliszka, ale przynajmniej powstrzymała się od większości wrednych komentarzy. Agentka (może Philipa) wyglądała jakby bardzo jej ulżyło, gdy niezadowolona Mercy przestała się snuć po ostatnim z domów i mogła się pożegnać z Hartami, czego nie można było powiedzieć o Mercy. Na szczęście humor jej się przynajmniej trochę poprawił, gdy dostała kolejną kawę (oczywiście najpierw długo wybrzydzała, jakie chce do niej mleko) i jakiegoś pączka (niestety Will wziął smaczniejszego, jak się potem okazało, co mogło się bardzo różnie skończyć), więc gdy pili kawę i próbowali się za bardzo nie zgubić w Bostonie, Mercy po raz kolejny odrzuciła połączenie od jakiegoś obcego numeru, który cały dzień do niej wydzwaniał, a potem spojrzała na Willa i lekko zmarszczyła czoło: - No dobra, pytam na poważnie, któryś z domów ci się podobał?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-06, 00:22


Wiedział, że to nie było ani mądre, ani potrzebne i tym razem naprawdę mógł się zamknąć. Ale nie zamknął, mleko się rozlało i mógł już chyba tylko przypomnieć Mercy przez snem, że ją kocha i iść spać, zupełnie jakby trochę nie popsuł im potencjalnie miłego wieczoru z miłymi drinkami i miłym seksem. Przecież to nie była żadna paląca kwestia, to nawet nie była jakakolwiek kwestia – on poważnie nie myślał wcześniej o tym, że mogliby mieć troje albo więcej dzieci, przyszło mu to do głowy mniej więcej w sekundzie, w której zaczął o to podpytywać. Chyba… wydawało mu się, że to mogło być fajne? Skoro drugie dziecko planowali bardzo na poważnie, szukali nowego domu i mieli mieć nowe prace, może pozastanawianie się nad innymi ewentualnościami w przyszłości mogło być zwyczajnie przyjemne? Ciekawe? Pewnie tak próbowałby się teraz wytłumaczyć, ale wszelkie tłumaczenia po prostu sobie darował, chyba uznając to za lepszą opcję. Rano wciąż pluł sobie w brodę, że podkusiło go, żeby ruszać tak wrażliwy temat zupełnie jakby dalej gadali o uniwersytecie Jacksona, ale… chyba wcale nie spodziewał się, że ten dzień potoczy się tak, jak się potoczył?
To naprawdę nie było tak, że Willa jakoś szczególnie ekscytowało oglądanie domów. Gdyby mógł, najchętniej obejrzałby jeden, najlepiej na zdjęciach, zdecydował się na niego od razu i miał to z głowy. Ani trochę nie obchodziły go kolory salonu czy sypialni (chyba że chciał ponabijać się z zestawu mebli w panterkę, którą ktoś postawił sobie na samym środku pokoju, ale dzisiaj szybko wyczaił, że Mercy nie była w nastroju do żartów z aktualnych właścicieli domu), własnych wymogów miał naprawdę niewiele i ograniczały się raczej do odpowiedniej przestrzeni, a na wszystko inne był gotów odpowiedzieć, że przecież się wyremontuje, mieli na to sporo czasu. Ale skoro już tu byli i zdecydowali, że to zrobią, Will może trochę chciał, żeby było po prostu… okej? Cały czas wiedział, że to bardzo naiwne, ale cała ta przeprowadzka może faktycznie miała jakieś znacznie – może potrzebowali nowej przestrzeni, żeby trochę ogarnąć życie, lepiej ułożyć sobie to, co było trudne i pewne rzeczy zacząć po prostu od nowa. A skoro tak, wchodzenie w potencjalnie nową przestrzeń głównie z niezadowoleniem trochę mu chyba zgrzytało – a może najzwyczajniej w świecie nie chciał marnować czasu ani ich, ani agentki Philipy. Nie miał potrzeby skakania z radości, ale skoro już tu byli, przynajmniej próbował słuchać tego, co im mówiła i zastanowić się, czy to faktycznie były domy, w których mogli mieszkać – oby odrobinę bardziej zadowoleni niż w tym momencie.
Oprócz tego, że oddał Mercy tego lepszego pączka, po całym tym zwiedzaniu był chyba głównie milczący. Nie był pewny, czy w ogóle było dzisiaj o czym rozmawiać, dlatego uniósł nieco brwi, kiedy usłyszał pytanie Mercy i przez sekundę czy dwie zastanawiał się, jakiej odpowiedzi powinien jej udzielić. Coś mu podpowiadało, że najlepiej byłoby stwierdzić, że nie i zamknąć temat, ale zamiast tego wzruszył ramionami. - Tak – powiedział i napił się kawy. - Drugi i trzeci dom były zupełnie w porządku. Są wystarczająco blisko kampusu i szpitala, nie trzeba będzie tak dużo remontować i mają miejsce na jakiś sensowny gabinet. Trzeci miał większy ogródek, JJ by się pewnie ucieszył, że byłoby miejsce na dwa kosze – poinformował ją bardzo rzeczowo, przekładając kawę do drugiej ręki, żeby zerknąć na telefon, skoro wspomniał o synu. Kiedy nie zobaczył jednak żadnych wiadomości czy połączeń, schował go z powrotem do kieszeni. - Może tobie spodoba się któryś z następnej tury, z tego, co mówiła agentka, może mieć dla nas jeszcze kilka domów do obejrzenia – dodał, chociaż wcale nie był pewny, kiedy będzie ta następna tura i czy po dzisiejszej miał na nią jakąś specjalnie wielką ochotę. - Smakuje ci kawa? – upewnił się jeszcze, zerkając na kubek Mercy.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-06, 23:23


Po tym wszystkim, co się wydarzyło – zarówno w ich życiu, jak i między nimi – nawet Mercy nie kwestionowała tej jednej rzeczy: jasne, że wiedziała, że Will ją kocha i nie musiał jej o tym przypominać. Problem leżał nieco gdzie indziej – Mercy zupełnie nie potrafiła zrozumieć, za co on ją właściwie tak kocha, skoro sama przez zdecydowaną większość czasu czuła się ostatnio jak najgorszy człowiek na świecie, którego bardzo ciężko kochać. Zwykle po prostu to akceptowała, jako kolejny fakt, którym Will się z nią dzielił, niewiele się nad tym zastanawiając, ale w takie dni jak dzisiaj (czy wczorajszy wieczór) zwyczajnie ciężko było jej o tym wszystkim nie myśleć, kiedy było jej zwyczajnie… smutno. Tak, jakby mogła odczuwać ten smutek niemal fizycznie, aż po czubki palców, ale przede wszystkim, to był dość beznadziejny smutek, bo przecież nie było na niego żadnego rozwiązania. Nie mogła tego przeczekać, zrobić czegoś, by to zmienić lub pocieszyć się, że w przyszłości na pewno będzie lepiej, bo przecież wiedziała, że nie będzie, za miesiąc, za rok i za dziesięć lat dalej nie będzie mogła mieć dzieci, a przez nią nie będzie mógł ich mieć także Will i nic nie umiała na to poradzić, niezależnie od tego, jak bardzo by chciała. A skoro nie umiała nic poradzić na przyczynę, niewiele potrafiła też zrobić z tym, jak się czuła i jedyne, na co miała dzisiaj dość siły, to powstrzymywanie się od kąśliwych komentarzy pod adresem Philipy i pilnowanie, by za żadne skarby nie wyładowywać tego wszystkiego na Willu.
Zmarszczyła czoło jeszcze bardziej, próbując sobie przypomnieć, jak w ogóle wyglądał drugi i trzeci dom, ale jedyne, o co spytała, to: - Po co wam dwa kosze? – nie była w tym momencie wredną żoną, która protestuje przeciwko zamienieniu ich ogródka w boisko, była po prostu żoną, która o sportach z wykorzystaniem piłki wiedziała mniej więcej tyle, że jej mąż je lubi i nie potrafiła wymyślić żadnego powodu, dla którego mogliby potrzebować dwóch oddzielnych koszy, zamiast rzucać do jednego. - Jeśli ci się podobały, to możemy złożyć ofertę – zauważyła jeszcze, nawet jeśli Mercy absolutnie nie chciała przeprowadzać się w Bostonie do domu, który był po prostu… w porządku. Mniejszą ochotę miała już tylko na przeprowadzanie remontów domu, który znajduje się w zupełnie innym mieście, kiedy nie mogliby regularnie wpadać i kontrolować sytuację, ale miała wrażenie, że dziś głowa mogła rozboleć ją tylko od samego myślenia o potencjalnym bostońskim remoncie. Dlatego w pierwszej chwili po prostu wydał z siebie jakiś twierdzący pomruk, na znak, że jasne, kolejne domy z pewnością bardziej jej się spodobają, a zaraz potem pokręciła głową. - Nie – odparła na pytanie o kawę i przez chwilę wyglądała tak, jakby miała się do niego uśmiechnąć, skoro zmarnowała Willowi czas na wybieranie sobie kawy i pączka, najwyraźniej głównie po to, żeby odkryć, że podjęła raczej nędzne decyzje. Kąciki ust dość stanowczo odmawiały dzisiaj Mercy posłuszeństwa, dlatego zamiast tego ona też zerknęła na swoją kawę i westchnęła, jeszcze przez chwilę się w nią wpatrując. - Ja… domyślam się, że ty tak na to nie patrzysz, ale ja bym bardzo chciała, żeby ten nowy dom był… idealny – poinformowała plastikową pokrywkę na swoim kubku, zanim spojrzała na Willa i wzruszyła lekko ramionami. - No wiesz, skoro nikt nie może dać mi gwarancji, że w Bostonie będzie nam dobrze, że Jackson dobrze się tu odnajdzie, że będziesz lubił swoją pracę i, nie wiem, że nie wydarzą się rzeczy choćby w połowie tak złe, jak wydarzyły się w Chicago, to chciałabym przynajmniej wiedzieć, że wybraliśmy najlepszy dom z możliwych, bo to jest ta jedyna rzecz, którą mogę teraz skontrolować sama. Więc chciałabym, żeby przynajmniej z domem wszystko było dobrze, ale wiem, że to trudne, skoro one wszystkie wyglądają po prostu jak miejsca, w których teraz mieszkają jacyś inni ludzie, a w których za pół roku będzie mieszkał ktoś inny. I skoro raczej nie mogę liczyć na to, że wejdę gdzieś i nagle poczuję, że tak, to jest ten dom, w którym chcę mieszkać i w którym na pewno będziemy super szczęśliwi. Ale skoro tak się nie da, to chciałabym przynajmniej znaleźć dom, do którego dałoby się przeprowadzić bez wprowadzania większych zmian, bo przecież robienie remontu w Bostonie, kiedy dalej jesteśmy w Chicago, to byłby jakiś koszmar – zauważyła, zwłaszcza że remont w świecie Mercy obejmował pewnie wyburzanie ścian i generalną rozpierduchę, a nie przemalowanie ścian w pokojach dzieci na przykład.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-07, 17:22


Może faktycznie różnica między nimi leżała w tym, że to nie chodziło o niego. Może też wyrzucałby to sobie do końca życia, gdyby okazało się, że to on fizycznie nie może mieć dzieci, szczególnie ze swoją zapisaną pewnie gdzieś w samych komórkach potrzebą dbania o cały swój wszechświat. Ale teraz, nawet gdyby bardzo się starał, Will nie umiał pomyśleć o nich jako o parze, która nie może mieć dzieci. Przecież mieli już jedno i planowali drugie, a jemu zwyczajnie nie zależało na tym, żeby koniecznie przekazywać dalej swoje geny czy żeby ktoś odziedziczył jego nos lub zakola. Planowanie adopcji uznawał za tak samo poważne i ważne, jak planowanie ciąży, a jedna różnica polegała na tym, że do tego drugiego trzeba było wypełniać dużo mniej papierów. I nie było mu z tym źle. Nie było mu z tym ani trochę źle, za to doskonale widział, że źle było Mercy. Oczywiście, że czuł się w jakimś stopniu winny – teraz, kiedy był całkowicie trzeźwy i nie dawał się akurat ponieść jakimś głupim rozmowom o ewentualnej przyszłości, wiedział, że zwyczajnie nie powinien tego robić. Podchodził do tego zbyt lekko właśnie dlatego, że to, kto fizycznie urodzi ich dziecko, nie robiło mu aż takiej różnicy. I… zaczął się cieszyć. Nie miał tendencji do zbyt szybkiego nakręcania się, a już na pewno nie do fantazjowania o tym, jak będzie i przywiązywania się do tych wizji. Wiedział, że adopcja może zająć bardzo dużo czasu, że mogą długo czekać i pewnie po drodze spotka ich sporo zawodów, ale chyba dawał sobie wreszcie pozwolenie na podekscytowanie się tym, że w ogóle podjęli taką decyzję i chcieli próbować. Oczywiście, że nadal kolejne dziecko nie było warunkiem jego szczęścia w życiu czy powodzenia ich małżeństwa, ale skoro się na to zdecydowali, Will uparcie walczył ze sobą o to, żeby jednak móc cieszyć się chociaż odrobinę. I ta nawet odrobina radości pozwalała mu na snucie głupich wizji, zastanawianie się, czy chcą skończyć na dwójce i robienie tego wszystkiego na zupełnym luzie, bez poczucia jakiegokolwiek zobowiązania. Ale musiał pamiętać, że Mercy tak nie miała, że było jej z pewnymi rzeczami dużo trudniej niż jemu i że wcale nie chciała bez zobowiązań zastanawiać się nad tym, czy to będzie ich ostatnia przygoda z agencją adopcyjną. Bardzo chciał to uszanować i nie naruszać jej komfortu w żaden sposób, ale wczoraj zwyczajnie go poniosło.
- Żeby mieć boisko – wyjaśnił jej spokojnie, szybko rezygnując z jakichkolwiek głupich (jego zdaniem pewnie zabawnych) odpowiedzi na to pytanie. Na propozycję oferty po prostu zmarszczył nieco czoło i był chyba całkiem zadowolony, że nie odniósł się do niej od razu, tylko pozwolił Mercy mówić. Kiedy skończyła, jeszcze chwilę milczał, wpatrując się w drogę przed nimi, a potem podrapał się po brodzie. - W takim razie poczekamy na idealny dom. Albo najbliższy idealnemu – powiedział i napił się kawy, chyba dając sobie jeszcze chwilę. - Obawiam się tylko, że ciężko będzie znaleźć coś, co nie będzie wymagało remontu. Jeśli to nie będzie zupełnie nowy dom, pewnie zawsze trzeba będzie przemalować jakiś pokój albo odświeżyć łazienkę, ale możemy poszukać czegoś, co będzie wymagało na tyle mało poprawek, że zajmiemy się tym na miejscu – dodał po chwili, patrząc chyba na problem najpierw z bardzo praktycznej strony. A potem spojrzał na swoją żonę i westchnął. - Sporo tego, co? Rzeczy, które… czujesz, że mogą pójść nie tak – zaczął i na moment się jeszcze zawahał. - Ja… Pewnie, że nie mogę dać ci żadnej gwarancji. Ale będę miał przy sobie ciebie i Jacksona. I… może za jakiś czas też drugie dziecko. Oboje będziemy mieli przyzwoitą pracę, a Boston to chyba przyjemne miasto. Brzmi na całkiem niezłe warunki do bycia szczęśliwym niezależnie od domu i tego, co może się jeszcze wydarzyć – powiedział nieco ciszej. Pewnie, że skoro Mercy nie chciała domu, który był tylko w porządku, poszukają czegoś lepszego. Ale usłyszenie, że to jedyna rzecz, którą mogła w ich szczęściu kontrolować, chyba było dla niego zwyczajnie… trudne. Mieli wpływ na to, czy byli razem. Na to, w jakim stanie było ich małżeństwo i czy o siebie dbają. Na to, czy zgodzą się na warunki w ich pracy, czy jednak poszukają czegoś innego. Na to, ile i jakiego wsparcia dadzą Jacksonowi. Na to, czy ruszą dalej z adopcją. Na to, jak poradzą sobie z problemami, które ich dopadną. Will dokończył swoją kawę, wyrzucił kubek i schował dłonie do kieszeni kurtki. - Przepraszam za wczoraj. Przez chwilę wydawało mi się, że może… skoro zdecydowaliśmy się na adopcję, to może to jest już temat, o którym możemy rozmawiać tak, jak o studiach Jacksona. Wiem, że cię to ruszyło i że było ci ciężko. Strzelam, że ciągle jest, co? Ale oprócz tego, że masz dziś gorszy humor, to… Mercy, cieszy cię tu coś? – spytał z jakąś bezradnością czającą się w spojrzeniu. Martwiła się, że wszystko pójdzie nie tak. Rozmowy o adopcji wciąż były trudne. Nie czuła się dobrze oglądając domy i uważała, że to jedyny element ich szczęścia w Bostonie, który może w ogóle kontrolować. To wszystko brzmiało cholernie niepokojąco, biorąc pod uwagę to, jakie mieli teraz plany.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-08, 00:51


Prawdę mówiąc, bycie w ciąży nigdy nie wydawało jej się szczególnie atrakcyjne. Nie ekscytowała się na widok wielkich brzuchów innych kobiet, nigdy nie myślała, że nie może się już doczekać tych wszystkich porannych mdłości, kopania jej po żebrach i porodu, ale przede wszystkim – zupełnie nie odpowiadało jej to, że bycie w ciąży wiązało się z utratą kontroli nad własnym ciałem, gdy nagle okazywało się, że nie mogłaś czegoś jeść, pić lub robić, mając na uwadze dobro małego człowieka i musiałaś nagle bardzo mocno o siebie dbać, a potem, niezależnie od twojej woli, twoje ciało samo decydowało, kiedy i czy w ogóle to dziecko urodzi, bo może jednak postanowi poronić, zupełnie nie biorąc pod uwagę twoich własnych planów i opinii na temat ciąży. I choć nie czekała z wytęsknieniem na to, aż zajdzie w ciążę, przytyje i nie będzie mogła już pić miliona kaw dziennie, to zawsze brała za pewnik, że tej ciąży kiedyś będzie. A teraz okazywało się, że w ich życiu ma pojawić się jakaś inna kobieta, która urodzi dziecko Willa – oczywiście, że to było niesamowicie trudne i bolesne, bo przecież… zawsze to miała być Mercy. Nie mówiąc już o tym, że sama myśl o takiej dziewczynie (z jakiegoś powodu, gdy sobie próbowała ją wyobrazić, widziała raczej kogoś młodego) sprawiała, że czuła się nieco zagrożona. Do niedawna uważała, że dziewczyna w ciąży to niekoniecznie mama, ale kiedy teraz o tym myślała, nie wiedziała, jak w ogóle mogłaby konkurować z kimś, kto był w ciąży i potem urodził dziecko – i co, wtedy miała wkroczyć Mercy i udawać, że to ona, jakaś obca baba, jest mamą tego dziecka? Nie mogła się pozbyć gdzieś z tyłu głowy tej uporczywej myśli, że to wszystko będzie jakieś takie bardzo… oszukane. Co z tego, że ona będzie się tym dzieckiem opiekować i je wychowywać, przecież kiedy dorośnie, i tak ważniejsza okaże się ta kobieta, która jest biologiczną mamą i która z jakiegoś powodu okazała się to swoje dziecko oddać, a nie to, kto robił mu obiady albo pilnował, żeby chodził spać w rozsądnych porach, zwłaszcza gdy twoją adopcyjną mamą okazywała się Mercy Hart, która od jakiegoś czasu nie mogłaby już nawet o sobie powiedzieć, że jest dobrym chirurgiem, nie mówiąc już o byciu dobrym rodzicem.
Jak łatwo się domyślić, niezbyt spodobała jej się informacja o tym, że raczej nie unikną remontu, ale chyba głównie dlatego, że nie lubiła obniżać swojej absurdalnie wysokiej poprzeczki ani zmieniać planów, a nie dlatego, że miała coś przeciwko samym remontom. Ostatnio musiała jednak obniżyć poprzeczkę w tak wielu obszarach, że teraz po prostu pokiwała głową na znak zgody. - No jasne – przytaknęła bez większego przekonania, ale też nie wyglądała na szczególnie obrażoną czy zirytowaną tym, że jej idealny dom prawdopodobnie nie istnieje. Mogła się tego spodziewać, prawda? - Bo sporo rzeczy może pójść nie tak – odparła po prostu, chyba nieco zaskoczona jego pytaniem. Milczała przez chwilę, bo gdy Will wyliczał dobre rzeczy, jej trudno było nie myśleć od razu o trzech złych rzeczach, które mogą im się przytrafić. - No… tak, ale to wszystko może się przecież spieprzyć. Mnie mogą wywalić z pracy, kiedy odkryją, że wcale nie jestem tak super jak oczekują, Jacksonowi może nie podobać się nowa szkoła, ty możesz… możesz mieć wypadek samochodowy albo może stać ci się inna krzywda, nie mówiąc o twojej pracy, albo mogą nam nie chcieć dać drugiego dziecka. Z tych wszystkich rzeczy, które mogą pójść nie tak, dom wydaje się… nie wiem, najtrudniej tu coś spieprzyć? Skoro go kupimy, nikt nas z niego nie wywali, a nawet ja uważam, że zawalenie się domu brzmi mało prawdopodobnie – bardzo się starała brzmieć jak najbardziej racjonalnie, kiedy to mówiła, nawet jeśli momentami głos jej odrobinę drżał i nieświadomie mocniej zacisnęła palce na swoim kubku z niesmaczną kawą.
Nie lubiła takich pytań. Nie lubiła, bo stawiały sprawę zbyt jasno, a ona miała tylko dwie odpowiedzi do wyboru, zupełnie jakby to było tak łatwe. A przecież wcale nie było, wszystko to było bardzo skomplikowane i, w dużej mierze, bardzo trudne, a ona nie potrafiła tego zamknąć w prostym „cieszę się” albo „nie cieszę się”. - To… to nie jest tak, że się nie cieszę – powiedziała powoli, bardzo próbując znaleźć odpowiednie słowa, które przynajmniej częściowo wyjaśnią to Willowi. - Ale… już raz mieliśmy Jacksona, przyzwoitą pracę, przyzwoity dom i przyzwoite miasto, a i tak… i tak wydarzył się koszmar. I… przepraszam, ale ja sobie zwyczajnie nie poradzę, jeśli coś tak złego wydarzy się znowu – patrzyła na niego przepraszająco zaszklonymi oczami. Nie chodziło o to, że oni mieliby sobie nie poradzić, chodziło tylko o nią – czuła się trochę tak, jakby po poronieniu rozleciała się na kawałki, które były na tyle małe, że do tej pory cholernie ciężko było je wszystkie znaleźć i złożyć do kupy, przecież gdyby ona miała się rozpaść po raz kolejny, tym razem zwyczajnie nie byłoby już czego z niej zbierać, bo to nie miałoby dłużej sensu.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-08, 11:36


To kolejna kwestia, o której Will właściwie prawie w ogóle nie myślał, ani w kontekście ich przyszłego dziecka, ani w kontekście tego, które już mieli. Gdyby zaczął się nad tym zastanawiać, jasne, miałby pewne obawy o to, jak będzie się czuł, jeśli Jackson kiedyś stwierdzi, że chce jakoś znaleźć swojego biologicznego ojca albo ten ojciec zwyczajnie sobie o nim przypomni po latach. Ale oprócz tych – jak mu się wydawało – bardzo naturalnych obaw, nie myślał o tym, że JJ jest czyjś. Urodził go ktoś inny, jasne, ktoś inny dzielił z nim materiał genetyczny, ale przecież nikt inny nie wstawał do niego co noc, kiedy mały kiepsko radził sobie ze zmianą po śmierci babci, nikt inny nie układał z nim godzinami klocków, nikt inny nie uczył się specjalnie dla niego robić omletów i do nikogo innego nie przychodził, kiedy było mu źle. A Will był głęboko przekonany, że właśnie to miało znaczenie. Może było mu o tyle łatwiej, że jego rodzice byli od siebie bardzo różni i doskonale wiedział, że więź biologiczna nie determinowała niczego. Ze swoim ojcem dogadywałby się fantastycznie nawet gdyby nie był jego ojcem, bo był bardzo ciepłym, dbającym o niego człowiekiem. Z kolei Violet, mimo tego, że go urodziła, najchętniej omijałby szerokim łukiem (co już jako dziecko bardzo starał się robić).
Ale może wcale nie powinno go dziwić, gdyby kiedyś dowiedział się, że Mercy nawet planując adopcję, zakładała, że ich dziecko wolałoby od niej kogoś, kogo pewnie nigdy nie spotka. Nie dlatego, że uznawał to za jakąś oczywistość, ale dlatego, że coraz więcej rzeczy ostatnio z powrotem zaczynało go mocno niepokoić. Były momenty, w których wydawało mu się, że byli już na tym samym etapie – że mogą otwarcie porozmawiać ze sobą o tym, z czym im ciężko, a jednocześnie z jakimś entuzjazmem planować przyszłość, która wcale nie wyglądała tak źle. Wiedział też, że do tych trudniejszych momentów sam często się przyczyniał, chociaż naprawdę mocno starał się robić wszystko to, o co Mercy go prosiła – nie negować, nie chronić jej za wszelką cenę, słuchać i być z nią z tym, że czasem jej po prostu ciężko. A mimo to zwyczajnie mu nie wychodziło, podobnie jak chyba nie do końca wychodziło im i cała ta przepaść między nimi wydawała mu się tym wyraźniejsza, im bliżej byli tych dużych zmian w swoim życiu. Tych, które, oczywiście, miały prawo być stresujące, ale chyba powinny też dostarczyć im chociaż trochę radości? Teraz po prostu zatrzymał się, patrząc na Mercy z dużą troską, ale też jakimś niepokojem, którego nie potrafił ukryć. Mieli zmieniać pracę na Harvard, planowali dziecko, to, które mieli, póki co chyba całkiem nieźle radziło sobie z perspektywą przeprowadzki i… mieli się obawiać, czy Will nie będzie miał kolejnego wypadku samochodowego? - Chodź tu – powiedział miękko, ostrożnie wziął kubek z jej ręki i po prostu mocno ją do siebie przytulił, niezainteresowany tym, czy właśnie nie zagradzali komuś drogi. Bardzo chciał jej powiedzieć, że to wszystko się przecież nie wydarzy. Że nie mają szans odkryć w szpitalu, że była kiepska, bo zwyczajnie nie była, że nikt nie będzie miał żadnego wypadku, JJ w końcu odnajdzie się w nowej szkole, a adopcja jakoś im pójdzie – a jeśli nie, to sobie z tym poradzą. Ale zamiast wmawiać jej cokolwiek, po prostu pocałował ją w głowę i przytulił jeszcze trochę mocniej. - Jestem tutaj, okej? Nie wiem, co się wydarzy, nie wiem, co pójdzie nie tak, a co nam wyjdzie, ale jestem tutaj przez cały czas – powiedział cicho, opierając policzek na jej włosach. Nie miał pojęcia, czy to mogło jej w czymkolwiek pomóc – to wszystko brzmiało tak, jakby czyjaś obecność niespecjalnie mogła przynieść ulgę, ale to jedyne, co mógł jej teraz obiecać. Że z niczym nie zostanie sama. Wreszcie odsunął się od Mercy, spojrzał na nią i pogłaskał ją wierzchem palców po policzku. Jeszcze chwilę bił się z myślami, a potem oddał jej kawę i jeśli trzeba było, wyciągnął z kieszeni chusteczki. - Myślałem ostatnio o tym, że… niektóre rzeczy ciągle są dla nas trudne. I… pewnie mogą być po tym wszystkim. Ale skoro planujemy w życiu duże zmiany i… zależy nam na tym, żeby nasze dzieci miały z nami tak dobrze, jak to tylko możliwe, może… może to jest moment, żebyśmy poszukali jakiejś pomocy z zewnątrz? Kogoś, kto trochę… pokaże nam, jak ułożyć pewne rzeczy, żeby było nam trochę prościej wejść w te wszystkie… nowe rzeczy – zmarszczył nieco czoło, słysząc samego siebie, ale i tak miał nadzieję, że Mercy zrozumie, co do niej mówił. Dla kogoś takiego jak Will to wcale nie było proste, bo miał bardzo głęboko wpojone przekonanie, że przyjmowanie pomocy to znak, że nie był wystarczająco dobrym mężem i ojcem. Okazywało się jednak, że dobro Mercy i ich dziecka lub dzieci było dla niego dużo istotniejsze niż własna duma i dość trudna wizja tego, jaki miał być jako mężczyzna – w dodatku bił się z tą myślą tak długo, że chyba zdążył ją sobie dość solidnie przemielić na wszystkie strony.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-08, 21:02


Tak jak bez trudu potrafiła sobie wyobrazić, że ich planowany niemowlak podrośnie i przestanie ją lubić, tak nie przyszło jej nawet do głowy, że ich dzieci mogłyby zechcieć szukać biologicznego ojca. Przede wszystkim dlatego, że sama uważała Willa za najwspanialszego faceta na świecie (z głupim poczuciem humoru, ale hej, nikt nie jest przecież idealny) i nie miała pojęcia, co musiałoby się wydarzyć, żeby rozczarował ich dzieci i żeby uznali, że jakiś inny facet może się okazać fajniejszym ojcem niż Will, bo przecież… zwyczajnie nie mógł. Była jeszcze druga sprawa – może nie umiała spojrzeć na to sprawiedliwie, skoro to nie ona była tatą, ale wydawało jej się, że chyba trudniej byłoby im uciec od biologicznych matek niż od ojców. Istniało spore prawdopodobieństwo, że skoro jakaś dziewczyna w ciąży będzie chciała oddać dziecko po porodzie, nie będą mieli kontaktu z biologicznym ojcem i w ich życiu zagości tylko matka, tak samo jak o biologicznym ojcu JJa wiedziała na tyle mało, że bardzo dziwnie jej się w ogóle myślało o kimś takim, skoro przecież tatą ich Jacksona był Will.
Miała wielką nadzieję, że to, co mówi, brzmi zwyczajnie racjonalnie – że uda jej się przekonać Willa, że przecież nic złego się nie dzieje, że jej tłumaczenie, nawet jeśli obce sposobowi myślenia Willa, mają sens. Zaraz jednak po prostu westchnęła, trochę przepraszająco, a trochę bezradnie, zanim zrobiła te dwa kroki do przodu, żeby się do niego przytulić. Trochę się teraz trzęsła, ale nie rozkleiła się jakoś mocno, zwłaszcza jak na nowe standardy Mercy – głównie dlatego, że to chyba wcale nie były jakieś nowe lęki, które nieoczekiwanie są przytłoczyły, to raczej rzeczy, które przytłoczyły ją już jakiś czas temu, a Mercy, pomijając już wszystkie inne trudne emocje, była tym już zwyczajnie zmęczona. Na tyle, że chyba zwyczajnie nie miała siły na jakieś wielkie histerie i wybuchy płaczu na środku ulicy, podczas jednego z pierwszych spacerów po Bostonie. - Wiem – mruknęła w jego kurtkę, a potem westchnęła jeszcze raz, bo chyba już teraz wiedziała, że byłoby lepiej, gdyby w ogóle się nie odezwała: - Wiem, ale… czasami mam wrażenie, że byłoby dla ciebie dużo lepiej, gdybyś nie musiał przy mnie być – powiedziała wreszcie, bo coraz silniej czuła, jakby była dla Willa coraz większym problemem, który wyłącznie wszystko mu utrudniał i przez nią nie mógł się cieszyć ani dzieckiem, ani przyszłym domem. - Nie chcę kawy, możesz… możesz coś z nią zrobić? – przyznała, gdy Will chciał jej oddać kawę – trochę ciężko było jej się dzisiaj z czymkolwiek ogarnąć i miała wrażenie, że przytłaczają ją najprostsze decyzje, jak ta, że skoro nie smakuje jej kawa, wystarczy ją po prostu wyrzucić, zamiast chodzić i dalej trzymać ją w dłoni. Zamiast tego wzięła od niego chusteczkę ich dziecka, żeby wytrzeć nos i… i zaraz po tym usłyszała chyba coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Przecież Will nie chciał się nawet zgodzić, żeby jej matka przyjechała i im pomogła, a skoro teraz sam mówił, że przypadałaby im się pomoc, to chyba musiało znaczyć, że było… było dość kiepsko. Nie miała na myśli tego, że było z nią źle psychicznie, tylko tego, że najwyraźniej okropnie ostatnio zawodziła. Wpatrywała się w Willa przez chwilę, zupełnie nie wiedząc co powiedzieć, aż wreszcie pokręciła głową: - Will, przepraszam, ja… wiem, że ostatnio nawalam, ale… obiecuję, że się poprawię – zapewniła, pociągając nosem. - Nie potrzebuję żadnej pomocy, obiecuję, że zacznę się cieszyć z tego Bostonu, i nie będę marudzić na wybór domu, możemy zamieszkać nawet w tym… drugim albo trzecim, w tym, w którym chciałeś mieć boisko. I… i ułożę sobie to wszystko, ale nie potrzebuję żadnej… żadnej pomocy z zewnątrz – powtórzyła, wciąż dość mocno pod wrażeniem tego, że najwyraźniej musiała być kompletną porażką, skoro ktoś taki jak Will proponował jej, żeby do kogoś poszli.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-08, 22:25


Nie było aż tak zimno, ale Will miał wrażenie, że nagle temperatura wokół spadła do minus dwudziestu. Momenty takie jak ten uświadamiały mu, jak naiwny potrafił być, kiedy chodziło o jego rodzinę i jak dobrze szło mu niezauważanie pewnych rzeczy, kiedy bardzo nie chciał ich widzieć. Wiedział, że ostatnio bywało z nimi średnio, ale pewne rzeczy wydawały mu się oczywiste. Jedną z nich było właśnie to, że planowali ze sobą być. Że było tutaj o co walczyć, że żadne z nich nie myślało nawet o wycofywaniu się i że oboje doskonale to wiedzieli. A teraz, w tej dziwnej atmosferze tego dnia, w jego głowie pojawiło się jedno z bardziej przerażających pytań, jakie mógł sobie zadać: czy Mercy właśnie nie przygotowywała go do odejścia? Nie miał odwagi wymówić go na głos, nie tutaj, nie teraz, nie w tej sytuacji, ale zamiast tego spojrzał na nią bardzo poważnie. - Nie byłoby – powiedział, bardzo starając się brzmieć spokojnie, ale też stanowczo. - Nie muszę przy tobie być, chcę przy tobie być. I chcę, żebyś ty była przy mnie. Żadna wersja mojego życia, w której nie ma ciebie, nie byłaby lepsza – nie był w stanie powstrzymać jakiejś żenująco rozpaczliwej nuty w swoim głosie, nawet jeśli i tak brzmiał chyba bardzo spokojnie jak na takie rewelacje w środku spaceru po oglądaniu domów. - Pewnie – powiedział, kiedy spytała go o kawę, zrobił łyka i skrzywił się trochę. Odwrócił się na moment, żeby rozejrzeć się za jakimś koszem i chyba był całkiem wdzięczny za to, że dostał okazję na wzięcie głębokiego oddechu – przecież okazywało się, że to wcale nie koniec wesołych tematów.
Chyba właśnie tego się spodziewał. Znali się z Mercy na tyle długo, że mógł zgadywać, jaka będzie jej reakcja i mógł tylko przyznać, że jego byłaby pewnie taka sama, gdyby nie był tu, gdzie znajdował się teraz. Ale on wiedział już, że nie mógł pozwolić sobie na kręcenie nosem na jakieś dodatkowe wsparcie. To nie była sytuacja, którą był w stanie unieść, tak zwyczajnie. Miał oczy dookoła głowy, a jednocześnie wciąż hamował się przed mówieniem i robieniem tego, co chciałby zrobić, żeby zapewnić swojej rodzinie swoją wersję bezpieczeństwa. Nie potrafił zrobić zupełnie nic z tym, jak trudno było Mercy i – zupełnie szczerze – zaczynał czuć najzwyklejsze w świecie przerażenie na myśl o tym, dokąd właściwie zaprowadzi ich dalsze myślenie o adopcji. Przecież on nie będzie potrafił być wystarczająco dobrym ojcem, zbyt skupiony na Mercy, chociaż obiecywał jej coś zupełnie innego. O ile w ogóle dojdą z tym wszystkim do skutku, bo nie było mu trudno wyobrazić sobie wersję, w której z adopcji nic nie wychodzi. I… zwyczajnie nie wiedział, czy to przetrwają. Teraz nie chodziło tylko o to, czy Will przyjmie pomoc dla siebie – chodziło o to, czy zrobi to dla ich całej trójki, może kiedyś czwórki, więc na to, co powiedziała Mercy, był zaskakująco gotowy. - Okej – powiedział, kiwając głową. - Nie wiem, jak nagle chcesz zacząć cieszyć się z Bostonu, jeśli się nie cieszysz. I nie wiem, czemu miałabyś rezygnować z takiego domu, jaki chciałabyś mieć, ale jeśli jesteś w stanie ułożyć to wszystko sama, to… świetnie. Ale w takim razie ja nie jestem. I ja potrzebuję pomocy z zewnątrz – powiedział bardzo spokojnie. Jeśli trzeba było o nich walczyć, to… będzie walczył, nawet w ten sposób.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-09, 11:45


Westchnęła cicho, trochę bezradnie, powstrzymując się od powiedzenia Willowi, że nawet jeśli (jakimś cudem) chce z nią być, to przecież także musi. Oczywiście, że po jej poronieniu zastanawiała się czasami, czy to ten moment, w którym Will ją zostawi – o czym jej mąż mógł się przekonać, gdy zachciało mu się na chwilę wyjść z domu – ale dość szybko doszła do wniosku, że nie, bo zwyczajnie nie może. Nie mogli się rozstać, bo mieli teraz JJa i żadne z nich by mu tego nie zrobiło, nie zmuszaliby go do kursowania między dwoma obcymi domami ani nie próbowaliby zabrać mu mamę po raz drugi, bo przecież Mercy nie miała większych wątpliwości co do tego, że gdyby ona i Will chcieli się rozwieść, Jackson nie tylko wolałby zostać z Willem, ale też nie chciałby dłużej widywać Mercy, bo i po co mu ona. Wiedziała też, że Will by jej teraz nie zostawił, bo po prostu nie był facetem, który odchodzi od żony po tym, jak poroniła i dowiedziała się, że nie może mieć dzieci. I jasne, z boku to mogłoby brzmieć strasznie, gdyby ktoś dowiedział się, że z perspektywy Mercy trzyma ich przy sobie głównie dziecko, ale jej, zwłaszcza na samym początku, gdy nie była pewna niczego, ta myśl bardzo pomagała. Oczywiście, że kochała Willa, kochała go tak mocno, że to czasem bolało i wiedziała, że on kochał ją, nawet jeśli to nie miało większego sensu. Ale, znowu, przecież to, że kogoś kochasz, nie było jakąś magiczną gwarancją, że wszystko będzie dobrze i czasami to zwyczajnie nie wystarczało. - Wiem, nie… nie próbuję teraz niczego zasugerować ani powiedzieć ci, żebyś się ze mną rozwiódł. Ale to ja zostałam w Kalifornii, to ja nie chciałam mieć dzieci wcześniej, a teraz… a teraz nie mogę i, nie wiem, mam wrażenie, że właściwie wszystkie kiepskie rzeczy wydarzyły się z mojej winy, a tobie się za każdym razem obrywa – wzruszyła lekko ramionami, patrząc na Willa dość przepraszająco.
Nie miała chyba za dużo siły na to, żeby się teraz jeszcze zezłościć, bo w innej sytuacji pewnie zirytowałoby go to, co jej właśnie powiedział – nie przez to, o czym rozmawiali, ale przede wszystkim przez to, że wyraźnie jej nie wierzył. Wolałaby chyba, żeby powiedział jej to wprost, a nie w ten sposób, bo przecież i tak wyszłoby na to samo: Will myślał, że sobie nie poradzi i nie da sobie rady sama, a ta świadomość sprawiła, że Mercy poczuła się dość obrzydliwie. Skrzyżowała ręce na piersi, jakby chciała się przed tym obronić, i wbiła wzrok w buty Willa. Oprócz tego, że czuła się teraz jak ostatnia spierdolina (na szczęście nie była to szczególna nowość w jej życiu), czuła się też trochę tak, jakby klamka już zapadła, a ona i tak nie miała nic do powiedzenia – bo co miałaby zrobić, powiedzieć mu, że nie, on na pewno wcale nie potrzebuje pomocy? - Aha – powiedziała wreszcie, po dłuższej chwili milczenia. - W takim razie w porządku. Nie wiem tylko, po co udajesz, że pytasz mnie o zdanie, skoro sam już zdecydowałeś – wzruszyła lekko ramionami. - Możemy już iść? – upewniła się.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-10, 12:42


Było… ciężko. Z każdy dniem Will miał coraz mocniejsze poczucie, że nie ma pojęcia, jak ma się w tym wszystkim odnaleźć. W tym, że trudno było znaleźć po prostu dzień, w którym wszyscy mieliby się dobrze. W tym, że najwyraźniej rozmowy o niechodzeniu wokół siebie na palcach były tylko rozmowami, bo kiedy tylko Will czuł, że może już postawić całą stopę, robił coś, przez co wszystko się znowu rozwalało. Kiedy na uniwersytecie spytano go jakiś czas temu, czy zostaje z nimi w przyszłym roku, bo chodzą pogłoski, że nie… naprawdę nie był w stanie odpowiedzieć. Wciąż planowali Boston, ale jednocześnie to planowanie szło im tak świetnie, że Will zorientował się, że nie jest w stanie z pełną pewnością powiedzieć, że tak, wyjedzie w przyszłym roku z Chicago i nie będzie potrzebował tej pracy. Skoro wyciągana była nawet Kalifornia i ich przerwa, chyba… wcale nie zdziwiłoby go, gdyby Mercy jednak nie podeszła do egzaminu albo stwierdziła, że nie zasługuje na Harvard? Martwił się o nią tak bardzo, że ciężko było mu się skupić na czymkolwiek innym, ale jednocześnie, w całym tym swoim rozproszeniu, czuł się chyba zwyczajnie zły. Zły na tę całą niejasność, ale przede wszystkim na to, że potwornie dotknęło go to, co stało się w Bostonie. Przyznawanie się do tego, że sobie nie radzi, było dla niego trudne. Wydawało mu się, że Mercy mogłaby skorzystać z pomocy kogoś, kto nie jest nim, bo czuł się zupełnie bezsilny, ale właśnie w związku z tym on też chciał po prostu… czegoś. Jakiejś ręki, dzięki której przestałby czuć się trochę tak, jakby cały czas ledwo trzymał głowę na powierzchni. To było trudne, tak trudne, że długo zajęło mu w ogóle zebranie się do powiedzenia jej tego wszystkiego (a chodziło mu to po głowie już od dłuższego czasu) i… okazało się, że to nie było okej? Że to źle, że tak, zdecydował, że potrzebuje wsparcia, bo sam sobie nie poradzi? Wiedział, że to coś, co mógłby usłyszeć od siebie samego. Co na pewno usłyszałby od swojej matki. Ale chyba nie spodziewał się, że usłyszy to od Mercy, jedynej osoby na świecie, przy którejś jakoś radził sobie ze swoimi słabościami i dużo mniej bał się je okazywać. Nie ruszał przy niej tematu, ale to zniecierpliwienie, irytacja i silna chęć działania sprawiły, że kiedy po powrocie z Bostonu poszedł do pracy i trafił na kolegów palących przed zajęciami, pierwszy raz od bardzo dawna stwierdził, że jezu, tak, on też ma ochotę. Ale kiedy w piątek wypalił w pracy trzeciego papierosa tego dnia i stwierdził, że mimo środków ostrożności jego koszula zaczęła śmierdzieć, uznał, że chyba dłużej nie ma co udawać, że radzi sobie jakkolwiek dobrze. I że nie planuje dłużej przychodzić do domu, w którym jest… tak, więc nie podda się bez walki. A że chwilowo nie wpadało mu do głowy już nic innego, bo miał poczucie, że spróbowali już chyba wszystkiego, w następny czwartek powiedział Mercy, że musi zostać dłużej w pracy, bo jakieś idiotyczne zebranie wydziału czy inne głupoty, których unikał jak ognia, ale na których musiał się czasem pojawić. I, zupełnie szczerze, kiedy już wchodził do gabinetu, nie był pewny, czy nie wolałby być teraz jednak w pracy.
W drodze powrotnej cudem powstrzymał się od zapalenia (tylko dlatego, że wtedy nie dałoby się już chyba od niego nie wyczuć), po powrocie jeszcze trochę posiedział z Jacksonem nad jakąś książką i późnym wieczorem, kiedy on wyszedł spod prysznica, a Mercy jeszcze kręciła się po dole, przyszedł do niej, przeczesał mokre włos ręką i westchnął. - Możemy pogadać? – spytał, opierając się o szafkę. Najchętniej zamiast rozmawiać, po prostu by ją do siebie przyciągnął i mocno przytulił, ale nie wydawało mu się to teraz najmądrzejsze. I zamiast zacząć od tego, od czego chciał zacząć, po prostu wzruszył trochę bezradnie ramionami. - Znowu palę – powiedział.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-11, 22:09


Chyba do tej pory nie zdawała sobie nawet sprawy, że można być równocześnie tak zmęczonym i tak zmotywowanym, żeby coś zrobić. Nie wiedziała nawet, czy potrafiłaby to jakoś sensownie wytłumaczyć – chyba była po prostu zmęczona tym wszystkim? Dlatego jakoś okropnie ciężko było jej się ogarnąć z wieloma sprawami i miała wrażenie, że przerastają ją zupełnie podstawowe rzeczy, takie jak przetrwanie dnia w pracy (jej nowa szefowa wciąż urządzała Mercy małe piekło za to, że chciała się przenosić) czy kilkudniowa wycieczka z własnym mężem, podczas której wszystkiego nie spieprzy. To sprawiało, że na sporo rzeczy nie miała zwyczajnie siły. Nie chciało jej się wykłócać w pracy ani nie chciało jej się wstawać rano, żeby pobiegać ani, szczerze mówiąc, żeby się jakoś bardziej ogarnąć – poranki spędzała więc głównie leżąc w łóżku tak długo, aż nie musiała wstać, żeby obudzić dziecko i mieć akurat tyle czasu dla siebie, by nałożyć korektor pod oczy i wypić pół kawy na stojąco. Wszystko się jakoś dziwacznie poprzewracało, bo przecież to zwykle były te rzeczy, do których miała sporo motywacji (zwłaszcza do wykłócania się w pracy), a aktualnie najwięcej motywacji Mercy Hart miała do… gotowania, nawet jeśli gdyby to powiedziała głośno, pewnie nikt by jej nie uwierzył. Nie lubiła gotować (oczywiście też nie potrafiła, ale przede wszystkim nie lubiła, gotowanie przez dwie godziny, kiedy równie dobrze możesz zapchać się kanapką, wydawało jej się absolutnie kretyńską stratą czasu), a ostatnio spędzała w kuchni tyle czasu, ile pewnie nie zmarnowała przez pierwszych trzydzieści lat swojego życia. Nie dlatego, że nagle polubiła, chyba po prostu… próbowała troszczyć się o Willa tak, jak potrafiła? Widziała, że czuł się dość paskudnie, odkąd polecieli do Bostonu, ale chyba potrzebowała sporo czasu, żeby zrozumieć, co on właściwie miał na myśli, gdy powiedział jej wtedy, że potrzebuje pomocy. Sama niewiele mogła zrobić, żeby pomóc – zwłaszcza że przecież głównie pogarszała sytuację i od dłuższego czasu wszystko mu tylko psuła – i jedną z niewielu rzeczy, jakie mogła zrobić, to zdjąć Willa trochę odpowiedzialności, żeby nie zrobiło się tak ciężko jak w styczniu zeszłego roku. Dlatego to głównie ona gotowała, żeby Will nie musiał się martwić, czy Jackson ma co zabrać jutro do szkoły na drugie śniadanie (i żeby sam miał co zjeść, ale do tego akurat go nie zmuszała), to ona starała się pamiętać o robieniu zakupów spożywczych i włączaniu pralki trochę szybciej niż wtedy, gdy ktoś w domu odkryje, że skończyły mu się czyste skarpetki. Nigdy nie odnajdywała się jakoś za dobrze w tych wszystkich domowych obowiązkach, ale robienie tych wszystkich rzeczy tym razem dawało pewną ulgę, bo zwykle gdyby nie usmażyła naleśników i gdyby nie powiesiła prania, miałaby poczucie, że nie udało jej się zrobić zupełnie niczego i że nad niczym nie umie zapanować. Bardzo wysoko na liście tych rzeczy, których nie potrafiła ogarnąć, znajdował się jej egzamin – ten sam, do którego wbrew przypuszczeniom męża wciąż zamierzała podejść – dlatego kiedy Jackson poszedł spać, Mercy rozłożyła się ze swoimi rzeczami przy stole i próbowała udawać, że rozumie cokolwiek z tego co czyta, dopóki Will do niej nie zszedł.
Nie wiedziała, czego miałaby się spodziewać po tej rozmowie, ale z pewnością nie spodziewała się tego. Przez chwilę po prostu milczała, wpatrując się w niego trochę smutnym, ale przede wszystkim bardzo zmęczonym wzrokiem, aż wreszcie odłożyła zakreślacz na stół i wzruszyła lekko ramionami. - Nie wiem, co mam ci powiedzieć – przyznała, trochę dlatego, że miała ostatnio wrażenie, że czegokolwiek by nie powiedziała, to i tak będzie źle, coś zepsuje, Will będzie niezadowolony albo utwierdzi się tylko w przekonaniu, że miał rację, chcąc wysłać ją na jakąś terapię. Założyła za ucho jakiś kosmyk włosów, który uciekł jej z kucyka, i spytała: - Długo?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-12, 00:08


On też nie wiedział, co miała mu odpowiedzieć. Było dużo rzeczy, które chciałby od niej usłyszeć, ale wiedział, że na nie nie mieli teraz raczej szansy. A może po prostu chciałby usłyszeć cokolwiek. Wytrzymał jej spojrzenie, chociaż było cholernie trudno. Przez chwilę jeszcze stał, ale wreszcie usiadł naprzeciwko niej i zerknął na rozłożone materiały. - Nie – odpowiedział, opierając łokcie na blacie. Nie palił długo, ale tydzień z kawałkiem wystarczył, żeby palił już dość intensywnie jak na początki – zgadywał, że potrzebował maks drugie tyle, żeby wrócić do swoich starych nawyków. Ale Will przecież wcale nie chciał to tych nawyków wracać. Bez papierosów czuł się dużo lepiej, mógł poprowadzić wykład bez dławienia się własnymi płucami i wcale nie tęsknił za tym, że śmierdziały mu ubrania, co Jackson bardzo chętnie komentował. A przede wszystkim chciał być po prostu zdrowszy. Nie miał dwudziestu lat i chciał trzymać się dobrze dla swojej żony i swojego dziecka. I może, oprócz tego, że to była po prostu dobrze znana jego organizmowi reakcja na stres, gdzieś podświadomie sięgnął właśnie do tego, że nie chciał albo nie miał siły się już starać. Może to była jego wersja małej żałoby za tym, że ze starań, z ciężkiej pracy nie wychodziło… zupełnie nic. - Odkąd wróciliśmy z Bostonu – powiedział, marszcząc lekko czoło. Odwrócił jakąś leżącą przy nim kartkę, żeby przyjrzeć się temu, co Mercy teraz robiła i zaraz odłożył ją z powrotem na miejsce. - W czymś ci tu pomóc? – spytał, raczej nie spodziewając się twierdzącej odpowiedzi. Zakładał, że gdyby do czegokolwiek potrzebowała jego pomocy, po prostu by po nią przyszła, ale nie widział też za specjalnie roli dla siebie w jej przygotowaniach – cieszył się po prostu, że z nich nie zrezygnowała. Odetchnął trochę głośniej, chyba orientując się, że irytowało go to, co właśnie robił. Nie przyszedł przecież zawracać jej bez sensu głowy historiami o papierosach, ale… nie mógł przecież dostać tego, po co przyszedł tak naprawdę. Will straszliwie mocno chciał się teraz do niej przytulić. Bez żadnych oczekiwań, bez mówienia, bez przepraszania i bez wyrzutów sumienia. Bez adopcji, poronienia, Bostonu, Kalifornii, bez czegokolwiek, co mogło nad nimi wisieć. Tylko Will i Mercy, na chociaż ułamek sekundy. Ale tego nie było. Zamiast kluczyć wokół tematu i zagadywać ją o głupoty, mógł więc zebrać się w sobie i zachować się trochę bardziej jak dorosły facet, a nie gówniarz, który nie umie poradzić sobie z życiem. - Byłem dzisiaj u terapeutki. Pomyślałem, że to coś, o czym powinnaś wiedzieć. Nie wiem, czy pójdę do niej kolejny raz. Nie wiem, czy to pomoże, a jeśli tak, to na ile i komu. Ale nie wiem też, co jeszcze mogę zrobić, a… muszę coś zrobić – powiedział bardzo spokojnie, zupełnie jak Will w kryzysowych sytuacjach. - Nie chcę ci teraz przeszkadzać, po prostu to coś, czym… chciałem się z tobą podzielić. Nawet jeśli ci się to nie podoba.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-03-13, 00:08


Nie wiedziała, dlaczego informacja o papierosach tak bardzo ją zaskoczyła. Ktoś z boku pewnie stwierdziłby, że nie ma w tym niczego dziwnego – skoro palił przez długie lata, teraz po prostu do tego wrócił, zwłaszcza że nawet Mercy nie była tak zapatrzona w czubek własnego nosa, by nie zauważyć, że jasne, Will miał ostatnio prawdopodobnie wszelkie powody świata, żeby znów sięgnąć po papierosy. Mimo to była bardzo zdziwiona, chyba dlatego, że zawsze traktowała to jego niepalenie jako rodzaj pewnej umowy między nimi. Przecież chyba jeszcze w Kalifornii musieli się umówić, że rzuca, kiedy pojawią się dzieci, a Will, który nie dotrzymuje umowy (nie jakiejś wyjątkowo ważnej czy w jakikolwiek sposób oficjalnej, zupełnie nie, po prostu takiej między nimi), było w świecie Mercy absolutną nowością.
Nie wiedziała, czy od ich powrotu z Bostonu minęło dużo czasu czy jednak mało – wiedziała, że to był tylko tydzień z kawałkiem, ale równocześnie nie mogła uciec od myśli o tym, że to wszystko ostatnio bardzo mocno się ciągnęło i nie tylko miała wrażenie, że tkwią już w tym dziwnym stanie obrzydliwie długo, ale też że wygląda na to, że zostaną tu na dłużej, jeśli nie na zawsze. Kiedy jednak pomyślała teraz o tym w kontekście palenia Willa, uderzyło ją coś innego. Wrócili ponad tydzień temu i… jakim cudem ona mogła się nie zorientować, że znów popalał? Próbujecie jej właśnie powiedzieć, że odkąd wrócili do Chicago nie była na tyle blisko własnego męża, żeby przynajmniej zorientować się, że koszula mu śmierdzi? Dość mocno zmarszczyła czoło, całkiem zaskoczona tym odkryciem, ale zamiast jakoś to jego palenie skomentować, po prostu spytała: - I… zamierzasz palić dalej? – wiedziała, że takie myśli były głupie (z drugiej strony, gdyby dostawała kasę za każdą głupią myśl, nie tylko nie miałaby długów niemal dziesięć lat po studiach, ale też sama pewnie mogłaby zapłacić za dom w Bostonie), ale tak jak Will nie wiedział, co z ich przeprowadzką i czy Mercy planuje w ogóle zdawać egzamin, ona zastanawiała się na przykład nad tym, jak się mają sprawy z planowanym niemowlakiem. Oczywiście, że całą ich ostatnią rozmowę potraktowała bardzo osobiście – skoro Will myślał, że jego żona potrzebuje pomocy, za dość oczywiste uznała, że musi uważać, że nie radzi sobie z niczym, jest paskudnym rodzicem, jeszcze gorszym chirurgiem i najgorszą żoną w historii świata, dlatego nie była pewna, które z ich planów są jeszcze aktualne. A skoro Will, który miał nie palić przy dzieciach, teraz oznajmił, że do tego wrócił, to… cóż, Mercy była bardzo bliska tego, by dojść do kilku pochopnych wniosków.
W pierwszej kolejności musiała jednak powstrzymać się przed powiedzeniem, że egzamin to kolejna ze spraw, przy których absolutnie nie potrzebuje pomocy. Zamiast tego wzruszyła lekko ramionami. - Jeśli chcesz, to jasne – zapewniła, ignorując tę nieprzyjemną myśl, że gdyby faktycznie jej pomógł, za moment zaczęliby się kłócić o to, w jakim miejscu postawiono w książce przecinek. Zamiast tego jednak Will powiedział jej o tej terapeutce, a ona poczuła się jak najgorszy człowiek na świecie (na szczęście to żadna nowość, więc spoko). - Ja… nie mam pojęcia, dlaczego uznałeś, że ma mi się to nie podobać – powiedziała wreszcie, zaskoczona tym tylko odrobinę, bo przecież sama też zwykle posądzała siebie o wszystko co najgorsze. - To dobrze, że poszedłeś, zostanę z Jacksonem, jeśli w przyszłym tygodniu też będziesz chciał – zapewniła i podciągnęła kolana do klatki piersiowej, opierając stopy na siedzeniu krzesła.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do: