Poprzedni temat «» Następny temat




32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-03, 00:54
 

Powstrzymała się od przypominania Willowi, że ciężko mu było do niej wrócić chyba w dużej mierze dlatego, że zostawiła go samego w domu Violet, a sama wróciła do pracy w Kalifornii, a zamiast tego dotarła do niej nagle bardzo dziwna myśl. Dość niechętnie musiała przyznać, że to, co mówił Will, brzmiało dość sensownie, ale jedna rzecz jej się tu nie zgadzała – powiedział, że nie potrafi sobie wyobrazić życia bez niej, ale przed chwilą sam przecież przypomniał im obojgu, że już bez niej żył, w dodatku kilka lat po ślubie. Sama nie była pewna, co to właściwie zmieniało, chyba po prostu przypomniało jej to, że… przecież Will by sobie bez niej poradził. Jasne, sam pewnie twierdziłby, że wcale sobie nie radził, skoro siedział tam bez pracy, a w momencie, gdy Mercy przyjechała do Lowell, wolny czas spędzał chyba głównie na alkoholizowaniu się w domu swojej matki. Mimo to przecież nieogarnięcie Willa wciąż było na o wiele wyższym poziomie niż u przeciętnego człowieka – wystarczy pamiętać, że chodził na rehabilitację, pamiętał o robieniu sobie zakupów i o całej reszcie, więc… tak naprawdę wcale jej nie potrzebował. A już na pewno nie w taki żenujący i podstawowy sposób, w jaki potrzebowała go Mercy – były przecież momenty, w których gdyby nie Will, ich dziecko pewnie musiałoby spędzać całe dnie głodne przed telewizorem, bo ona nie miałaby siły nawet na ogarnięcie zakupów, kiedy musiał zmieniać jej opatrunki po operacji, ale też w mniej ekstremalnych sytuacjach, kiedy znów nie była w stanie podjąć żadnej decyzji, nie opierając się na tym, co uważał Will. I jakimś cudem to odkrycie okazało się w jakimś sensie… może nie pokrzepiające, ale odrobinę jej zwyczajnie ulżyło, bo przecież jakby co, miała pewność, że Will zwyczajnie sobie bez niej poradzi. - Okej, chyba wiem, co próbujesz mi powiedzieć, dzięki, ale… jest spora różnica między tym, że potrzebujesz własnej żony, a tym, że potrzebujesz tabletek – wzruszyła ramionami, antydepresanty najwyraźniej dopisując do coraz dłuższej listy słów, które nie przechodziły Mercy Hart przez gardło. - I… nie wiem, nie martwi mnie chyba to, że ktoś mógłby się dowiedzieć. Ale… ale ja będę o tym wiedziała. I do jest dość… do dupy – mógł jej teraz opowiadać, że zrozumiał, że nie trzeba radzić sobie ze wszystkim w pojedynkę – jasne, że to doceniała, ale, mimo wszystko, osiem (osiem?) lat bycia żoną Willa Harta utwierdziły ją raczej w przekonaniu, że samodzielne, szybkie i skuteczne rozwiązywanie problemów jest dużą wartością samą w sobie. A branie antydepresantów nie. Tym bardziej, że jeśli zdecyduje się na branie tabletek (i, co ważniejsze, nie umrze ze strachu gdzieś w międzyczasie), to zrobi to głównie po to, żeby tak jak zaczęli żyć po wypadku, mogli zacząć żyć po depresji, nie chciała żadnego życia z depresją. I dość ciężko było jej zaakceptować, że to mogło nie być wcale takie proste. - Nienawidzę taka być – powiedziała, starając się chyba jak najzwięźlej przedstawić mu tę listę rzeczy, za które chciałaby teraz przepraszać, a potem, żeby nie zabierać Willowi tej ręki, wytarła policzki po prostu o kołdrę. Dobrze wiedziała, że jemu też jest niesamowicie ciężko i ostatnie, czego teraz potrzebował, to jej mazanie się, więc głównie dlatego (bo przecież nie ze względu na siebie) bardzo starała teraz wziąć się w garść. Jeszcze przez chwilę po prostu tak siedziała, kciukiem głaszcząc Willa po dłoni. Spojrzała na niego dopiero gdy udało jej się przestać beczeć, a wtedy spytała: - Mogę się przytulić? – trochę się bała, że przez to znów się rozklei, ale przede wszystkim jednak bardzo chciała przytulić Willa. Jeśli się zgodził, pocałowała go najpierw w czoło, zanim mocno go objęła. - Będę brać te tabletki – powiedziała wreszcie, pewnie prosto w jego włosy czy inną szyję. Wciąż trochę uważała swojego nowego lekarza za konowała, a w dodatku nieroba, ale przecież ufała Willowi, który najwyraźniej zgadzał się z jego diagnozą. Odsunęła się odrobinę, żeby na niego spojrzeć i dodała: - Ale mówiłam poważnie o urodzinach Jacksona, nie chcę mu wszystkiego zepsuć i chcę, żeby miał fajne urodziny. Da się to jakoś… ułożyć? Na przykład jeśli nie zacznę ich łykać od razu, a za tydzień lub dwa? – najlepiej za miesiąc albo w ogóle sześć. Albo kiedy dziecko pojedzie na studia, żeby kolejnych urodzin też mu niechcący nie popsuć swoim leczeniem.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-03, 17:34
 

Uśmiechnął się pod nosem. Oczywiście, że była różnica między potrzebowaniem własnej żony a potrzebowaniem tabletek, ale czy ona naprawdę nie pamiętała, że Will nie był w stanie wrócić do pracy, a potem jego główną rozrywką w tej pracy było dzwonienie do Mercy, bo potrzebował jej do tego stopnia? Stan zależności od kogokolwiek lub czegokolwiek wydawał mu się tak samo trudny dla Willa sprzed paru lat – ten Will dzisiaj chyba wiedział już trochę lepiej, że nie był królem wszechświata (a przynajmniej swojego oddziału) i w byciu trochę zależnym wszystko było okej. Nie chciał się za to kłócić z Mercy o to, czy różnica jest taka spora czy nie, bo wynikało to chyba głównie z tego, jak patrzyli na świat. A jego spojrzenie było tu dziś chyba najmniej istotne i nie chciał się z nim wpychać, chyba że wprost pytała go o to, co na jakiś temat sądził. - Wiem – przytaknął, chyba wcale nie zamierzając tłumaczyć jej, że było inaczej niż mówiła. Oczywiście, że najważniejsze było to, co ona myślała o samej sobie i wiedział, że on też z tą świadomością czułby się do dupy. - Nawet jeśli z braniem leków nie ma nic nie tak. To… wiem – wzruszył ramionami. Nie umiał wyjaśnić tego w inny sposób niż to, że chyba po prostu rozumiał. Oboje przez dużą część życia starali się być bardzo niezależni i samowystarczalni, wiedział też, jak ważne dla Mercy było to, że to wszystkiego, co osiągnęła, doszła sama. Bez najmniejszego problemu potrafił sobie wyobrazić, dlaczego branie leków w tej sytuacji wydawało się po prostu nie takie i dlaczego tak łatwo było uznać to za swoją porażkę. Will wolał męczyć się ze swoją ręką niż od razu wziąć leki przeciwbólowe tylko po to, żeby udowodnić sobie, że potrafi, pod względem stylu głupoty dobrali się chyba idealnie. - Wiem. I wiem, że nie zdecydowałaś któregoś dnia, że od teraz będziesz czuła się gorzej, to nie jest twoja wina – powiedział łagodnie. Nigdy nie sądził, że to była jej wina, ale teraz mogli już nazwać przyczynę jasno i wyraźnie. Zmiana chemii mózgu. To było tak proste, że dla kogo jak dla kogo, ale dla nich chyba prostsze zwyczajnie nie mogło być. Znali podstawy, znali teorię, mogli pewnie opisać procesy wyrwani ze snu w środku nocy (pod warunkiem, że Will w ogóle raczyłby otworzyć oczy). To nie była niczyja wina. Może to nawet nie była wina Willa.
- Pewnie – powiedział natychmiast, z dużą ulgą, że ona też tego chciała. Nie miał nic przeciwko temu, co nazywała mazaniem czy rozklejaniem się, płacz Mercy nie obciążał go ani trochę. Oczywiście, że wolałby, żeby nie miała powodów do płaczu, ale nie czuł się przez to gorzej, nie było mu ciężko. Tego też musiał nauczyć się jakiś czas temu, ale od tamtej pory (i musiał przyznać, że bardzo pomógł mu w tym Jackson) cudzy płacz nie wzbudzał w nim już żadnych negatywnych emocji. Pocałował ją w głowę, kiedy podjęła decyzję dotyczącą tabletek, wolnymi, spokojnymi ruchami głaszcząc ją przy tym po plecach. - Boisz się, że pierwsze tygodnie mogą być gorsze? – spytał, kiedy Mercy się od niego odsunęła. - Oczywiście, że da się to ułożyć. Przez pierwsze kilka dni pewnie nie zauważysz różnicy, więc możesz zacząć brać je trochę przed urodzinami, ale… jeśli chcesz z nimi poczekać, możesz poczekać i wziąć je, kiedy będziesz gotowa – zapewnił Mercy, wciąż głaszcząc ją po plecach i chyba czekając, aż przysunie się do niego z powrotem. - Pamiętaj, że nie musisz czuć się lepiej od razu. I że jeśli okaże się, że te tabletki to nie to, możemy szukać kolejnych – dodał jeszcze, z dziwnym wrażeniem, że czasem nawet lekarce trzeba było o tym przypomnieć. - A ty masz prawo nie mieć siły albo ochoty na różne rzeczy. Oczywiście, że zawsze miałaś to prawo, ale teraz może być różnie, twój organizm może czekać trochę wysiłku, więc pamiętaj o tym jeszcze bardziej, okej? I mów mi, jeśli czegokolwiek potrzebujesz, nieważne, czy chodzi o to, żebym z tobą pobył, czy żebym sobie poszedł i dał ci spędzić cały dzień w spokoju. Ja też będę czuł się lepiej, jeśli będę wiedział, że jakoś ci pomagam – powiedział, uśmiechając się do niej łagodnie.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-03, 23:56
 

8

Oczywiście, że jeśli mogła, bardzo chętnie odwlekła w czasie swoje branie tabletek, ale dużo bardziej niż na tych antydepresantach zależało jej na tym, by JJ miał fajne urodziny. Tak samo jak mogła wymienić masę powodów, za które powinna przeprosić Willa, w głowie Mercy z pewnością Jacksona też powinna przeprosić za całą masę rzeczy i czuła, że musiała mu sporo rzeczy wynagrodzić. Nie to było jednak najważniejsze – zwyczajnie chciała, żeby ich dziecko miało tak fajne ósme urodziny, jak to tylko możliwe, bo wciąż miała wrażenie, że w życiu JJa wydarzyło się zbyt wiele chujowych rzeczy jak na kogoś w jego wieku, dlatego teraz pora na te fajne, dające poczucie bezpieczeństwa i przewidywalne, dokładnie tak jak impreza urodzinowa. Taka, na którą mogły przyjść te dzieciaki, które chciał zaprosić sam Jackson, z tortem z figurkami dinozaurów zamówionym z cukierni (najwyraźniej rok temu ktoś przekonał się, że pieczenie tortów wychodzi jej jeszcze gorzej niż robienie rodzinie obiadów) i masą dekoracji w domu. Wydawało jej się, że wcale nie ma ich tak dużo, ale gdy dzisiaj wreszcie zaczęli rozpakowywać wszystkie te opakowania z balonami i innymi ozdobami, uświadomiła sobie, że niemal dwa tygodnie nieprzerwanych zakupów urodzinowych niestety mogło skończyć się jakąś chorą ilością dekoracji, z którymi teraz musieli coś zrobić, by za kilka dni wszystko wyrzucić. Ale nawet Mercy zupełnie nie miała nic przeciwko, przynajmniej tak długo, jak widziała, jak bardzo cieszy to JJa. A ekscytował się jutrzejszą imprezą na tyle, że przez sporą część dnia próbował pomagać Mercy i Willowi we wszystkim, co zostało im jeszcze do ogarnięcia, pewnie tylko momentami bardziej przeszkadzając niż pomagając. Wreszcie jednak padł, zostawiając rodziców samych wśród tych wszystkich balonów, które Mercy akurat dmuchała, siedząc po turecku na podłodze w ich salonie. Nie wiedziała, czy w ogóle powinna (i czy zwyczajnie chciała) mówić o tym Willowi już teraz, ale gdy zawiązała kolejnego balona i upewniła się, że nie ucieka z niego powietrze, spojrzała na męża. Jeszcze przez chwilę milczała, próbując znaleźć najlepszy sposób na to, by spróbować mu to przekazać, aż wreszcie poddała się i powiedziała po prostu: - Wzięłam dzisiaj tabletkę – na samo wspomnienie o tym, jak obrzydliwie się czuła rano, zamknięta w łazience, gdy wszyscy jeszcze spali, próbując połknąć tę głupią tabletkę, poczuła się dość paskudnie, ale zamiast o tym wspomnieć, po prostu wzruszyła ramionami. - Umawialiśmy się, że mogę poczekać do jego imprezy, a… a jedna albo dwie tabletki raczej nie zrobią mi jeszcze dużej różnicy – usprawiedliwiła się i odwróciła się, żeby odbić tego balona gdzieś w kierunku pozostałych. - A poza tym pomyślałam po prostu, że mama bez żadnej depresji na dłuższą metę może okazać się trochę lepszym prezentem urodzinowym niż kolejna gra – westchnęła, chyba odrobinę zrezygnowana, nie zdając sobie sprawy, że nie tylko nazwała siebie osobą z depresją, ale też nazwała samą siebie mamą, kiedy przez większość czasu wybierała jednak bardziej bezosobowe formy, takie jak po prostu rodzic. Spojrzała na Willa odrobinę niepewnie, czekając na jego reakcję, nie dodając, że jej główną motywacją mogło być chyba to, że… zwyczajnie się bała. Bała się tego, jak trudny będzie jutrzejszy dzień i tego, że z pewnością wszystko JJowi popsuje, bo nie będzie umiała się cieszyć ani robić tych rzeczy, które powinno się robić podczas imprezy dla ośmiolatków.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-09, 23:52
 

Nawet jeśli był niesamowicie ciekawy, czy Mercy brała leki i mu o tym nie mówiła albo czy zmieniła w tej sprawie zdania, nie ruszał tematu sam. Wydawało mu się, że jest w stanie dać jej chociaż tyle, całkowicie wolną rękę, bo jego związany z niewiedzą dyskomfort zdecydowanie przegrywał z poczuciem, że jakiś komfort miała w tym ona. Nie dlatego, że Will planował się tu teraz poświęcać i odsuwać na bok wszystkie swoje potrzeby. Oczywiście, że w tym stanie czuł się trochę bardziej komfortowo, nie tylko dlatego, że miał syndrom superbohatera. Kiedy zajmowało się kimś innym, zwyczajnie nie trzeba było przyglądać się sobie, więc skupienie się na Mercy byłoby też w jakiś sposób korzystne dla jego niewielkiej umiejętności szanowania swojego własnego zdrowia fizycznego i psychicznego. Tym razem chodziło jednak o to, że Will uczył się wybierać bitwy, które warto toczyć. Lubił być najmądrzejszy, lubił mieć wszystko pod kontrolą i mieć poczucie, że idą najprostszą możliwą ścieżką, ale już od paru ładnych lat życie wykrzykiwało mu prosto w twarz, że tak się zwyczajnie nie dało. Teraz próbował więc to zaakceptować i uznać, że jego potrzeba trzymania ręki na pulsie jest w tej sytuacji zwyczajnie nie tyle drugorzędna, co nie znajduje się nawet w pierwszej dziesiątce rzeczy, na których powinni się skupić (może byłoby miło, gdyby udało mu się to zaaplikować do reszty życia). Zamiast tego zajął się więc tym, czym powinni się teraz zajmować, czyli urodzinami Jacksona. I chociaż sam Will nigdy urodzin nie uznawał za coś bardzo istotnego i nie miał poczucia, że impreza z figurkami jest lepsza od wyjścia do kina, nawet nie przeszło mu przez myśl, że miałby tutaj dyskutować z Mercy, a przede wszystkim z JJem. Dzisiejszy wieczór spędzał więc z żoną i balonami, od dobrych piętnastu minut bardzo doceniając to, że ich dziecko się jednak zmęczyło i poszło spać, bo z ust Willa nie wydobywało się praktycznie nic oprócz pomruków dziwnie przypominających przekleństwa i obietnice, że zaraz coś komuś zrobi. Gdzieś w połowie siłowania się ze splątanymi sznurkami po prostu się poddał i założył okulary z nadzieją, że w czymś mu pomogą. Nie pomogły, więc kombinował dalej i już chciał spytać Mercy, czy to w ogóle zrobi im jakąś różnicę, jeśli po prostu potnie te pieprzone sznurki i będą miały po jakieś pięć centymetrów, kiedy postanowiła go uprzedzić. Przez chwilę wpatrywał się w nią więc z rozchylonymi ustami, ale zupełnie nie dlatego, że był po jej wyznaniu w tak dużym szoku. Wreszcie je zamknął i uśmiechnął się lekko, bardzo łagodnie i spokojnie, jakby nie chciał jej tym uśmiechem przestraszyć. - Jesteś cholernie dzielna – poinformował ją, odsuwając od siebie jakiegoś balona, który postanowił przywędrować na jego pole bitwy. - I wiem, że zaraz mi powiesz, że nie jesteś, ale ja i tak tak uważam. To chyba duży krok, co? – wzruszył lekko ramionami, chyba jednocześnie chcąc przekazać Mercy, że zrobiła coś ważnego, ale też że oni wcale nie musieli robić z tego dużej sprawy. Przede wszystkim nie chciał jej teraz wystraszyć albo zniechęcić do rozmowy. - Wiesz, że jeśli coś się będzie działo, będziesz się gorzej czuła, nie będziesz dała rady ich brać albo… cokolwiek, możesz mi o tym od razu powiedzieć, prawda? – upewnił się jeszcze, bo przecież mogli zakładać, że czeka ich przynajmniej jeden gorszy okres. A przecież pierwsze tabletki nie musiały być dobrze dobrane, czasem zajmowało to trochę czasu i naprawdę nie chciał, żeby Mercy sądziła, że musi przed nim udawać, że wszystko jest okej, tylko po to, żeby nie uznał jej za jakąś porażkę. - Jak się z tym wszystkim czujesz?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-11, 13:03
 

Jasne, że nazywanie Mercy dzielną mocno ją zaskoczyło, ale… wcale nie dlatego, że jej samej wcześniej nie przyszło to do głowy. Zaskoczyło ją przede wszystkim to, że sama uważała coś zupełnie przeciwnego. Przecież dzielna to by była, gdyby potrafiła poradzić sobie z tym wszystkim sama, zamiast łazić do psychiatry i dusić się od płaczu nad opakowaniem antydepresantów. Nie widziała w tym absolutnie niczego dzielnego, tym bardziej, że żałośnie mało rzeczy zależało tutaj od niej – gdyby Will nie ruszył tematu terapeuty, a następnie sam do niego nie poszedł, Mercy dalej nic by z tym wszystkim nie zrobiła. No a przede wszystkim, nawet jeśli nie miała ochoty w ogóle o tym myśleć (a już zwłaszcza o tym, że już jutro czeka ją powtórka z rozrywki), to sama najlepiej przecież wiedziała, że dziś rano wcale nie była dzielna. Chciałaby być, chciałaby też robić rzeczy, które będą dobre dla Willa i Jacksona, ale aktualnie przerastało ją nawet przełknięcie głupiej tabletki. - Nie wiem, nie czuję, żeby tak było – wzruszyła ramionami, bo skoro nie mogła się z nim kłócić w sprawie tego, czy Will rzeczywiście mógł uważać ją za dzielną, przynajmniej z tym musiała się nie zgodzić. - Wydaje mi się raczej, że dużym krokiem będzie to, że nie będę musiała brać żadnych tabletek. No i, oczywiście, najlepiej, żeby to wydarzyło się jeszcze w tym miesiącu – może nie było wcale tak tragicznie, skoro była w stanie myśleć, że może w przyszłości będzie mogła rozstać się z tabletkami, ale przecież Will ją znał i wiedział, że Mercy wszystko chciałaby dostać na już. Nie lubiła małych kroków, najchętniej pracowałaby ponad siły i brała na barki więcej niż była w stanie, żeby szybko zobaczyć efekt, najlepiej spektakularny. I ciężko było jej zaakceptować, że branie tabletek, leczenie czy terapie wcale tak nie wyglądają. - Wiem, że mogę, ale… powinnam ci o tym mówić? Pytam teraz poważnie – dodała. Nie próbowała być złośliwa, raczej… ciężko było jej się teraz odnaleźć w nowej roli – przecież większość swojego dorosłego życia spędziła jako lekarz, z byciem pacjentką doświadczenie miała dość niewielkie i głównie nieprzyjemne. To sprawiało, że nie do końca wiedziała, co się robi w takich sytuacjach, a przede wszystkim nie była pewna, w jaki stopniu potrzebowała teraz jakiegoś kontrolowania jej i na ile mogli ufać jej samej. Miała wrażenie, że wcale nie powinni i jasne, że ta myśl nie pasowała jej ani trochę. Powstrzymała się przed tym, by odruchowo zapewnić Willa, że wszystko super, a zamiast tego trochę bezradnie wzruszyła ramionami. - Nie wiem, dość kiepsko? – bardziej spytała niż stwierdziła. - Nie lubię tego, że powinnam brać jakieś tabletki i jestem trochę zła, że to poszło tak… daleko – zła na siebie, bo przecież gdyby bardziej się starała, może udałoby się jej samej ogarnąć, bez leczenia i wizyt u kiepskiego psychiatry. - A skoro nic nie zrobiłam z tym wcześniej, to mam wrażenie, że chyba nie mogę… nie mogę sobie ufać? I, na przykład, bardzo się martwię, że zepsuję przez to JJowi urodziny – wzruszyła ramionami. Jasne, że to był idiotyzm, ale nawet jeśli zdawała sobie z tego sprawę, to wcale nie sprawiało, że bała się tego mniej.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-12, 14:47
 

Uśmiechnął się pod nosem niekoniecznie wesoło, a raczej tak, jakby chciał pokazać Mercy, że dokładniej takiej odpowiedzi się spodziewał. Wiedział, że nie będzie się tak czuła i – pomijając oczywisty dramatyzm sytuacji – w jakimś sensie bawiło go to, jak dziwnie obserwowało się z boku tok myślenia, który przecież doskonale znał i regularnie stosował. Nie dlatego, że uważał to za śmieszne czy cieszył się, że Mercy myśli w ten sposób, jego rozbawienie wynikało chyba bardziej z poczucia bezsilności, ale też dużego zrozumienia. I poczucia, że nie było niczego jednocześnie bardziej absurdalnego i pasującego niż lekarz, który mówi, że przyjmowanie leków na chorobę to oznaka słabości. - Nie wiem, czy to od ciebie zależy – zauważył łagodnie. - Wiem, że byś tego chciała i byłoby ci z tym najwygodniej, ale… nie wiem, czy tak jest. I czy nie będziesz czuła się jeszcze gorzej, oczekując od siebie czegoś, na co nie masz wpływu – wzruszył lekko ramionami, tym razem chyba próbując podkreślić, że naprawdę nie wiedział i nie stwierdzał niczego definitywnie. Znał natomiast choroby i ich leczenie i wiedział, że czasami pacjent nie miał niestety za dużo do gadania. Nie chciał, żeby Mercy zaczęła sobie wyrzucać, że coś działa za wolno, za słabo albo w zły sposób. - W braniu leków nie ma niczego… nie tak. To tak, jakbyś próbowała powiedzieć, że pacjent, który przychodzi do ciebie z guzem, powinien bardziej się postarać, żeby sam się wchłonął, a ty mu go wytniesz dopiero jak już sam kompletnie nawali. A jeśli rana nie zagoi mu się następnego dnia po operacji, to znaczy, że pewnie za mało tego chciał – odłożył te nieszczęsne sznurki i trochę bezradnie rozłożył ręce. Mógł się domyślać, że to nie przemówi do Mercy, ale z drugiej strony wcale nie chciał zostawić tego bez reakcji. Nawet jeśli doskonale wiedział, kto to mówił, gorszym pacjentem od niego był już chyba tylko jej drugi mąż. - Jeśli będziesz chciała – powiedział po chwili wahania, niepewny, o co go teraz pytała. - Nie musisz spowiadać mi się z każdej minuty. Możesz, jeżeli tylko chcesz, ale nie musisz. Nie chcę cię kontrolować, chcę tylko, żebyś wiedziała, że jeśli potrzebujesz z kimś porozmawiać, chcesz mieć kilka dni spokoju albo ciężko podjąć ci jakąś decyzję sama, to jestem – spróbował wyjaśnić. Nie zakładał, że Mercy coś tu w ogóle powinna, oprócz zadbania o siebie samą. Jeśli chciała podejmować wszystkie decyzje sama, mogła to zrobić – zachowując jakiś minimalny przekaz informacji, który wypadało utrzymać w jednym domu albo małżeństwie, oczywiście. Ale jeśli miałoby się okazać, że potrzebowała czasem wsparcia albo po prostu kogoś, kto na pół dnia zabierze dziecko z domu, to chciał być tą osobą. - Z definicji depresji chyba nie miałaś jak zrobić z tym czegoś wcześniej – zauważył i zaraz zmarszczył odrobinę brwi. - Wiem, że nie muszę ci niczego tłumaczyć. I domyślam się, że nie chcesz, żebym ci tłumaczył, ja po prostu… chyba mam problem z zamknięciem się, kiedy słyszę, jak dużo od siebie wymagasz – przyznał. Zacisnął jeszcze na chwilę szczękę, zastanawiając się, czy powinien, ale wreszcie przesunął się trochę, tak, żeby usiąść naprzeciwko Mercy, jednocześnie starając się za bardzo jej tym nie przytłoczyć. - Czym się martwisz? Może… możemy coś zaplanować tak, żebyś martwiła się mniej? – zaproponował ostrożnie. Nie umiał wyobrazić sobie, jak mogłaby zepsuć małemu urodziny, ale był chyba gotowy na przepracowanie każdej możliwej sytuacji. Szczególnie, że jeśli ktoś miał tu coś zepsuć, to Will, kiedy w końcu kurwica go trafi przez te poplątane sznurki.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-13, 00:53
 

To też było niesamowicie frustrujące – świadomość, że działy się rzeczy, na które Mercy faktycznie nie miała żadnego wpływu. Zwykle przecież wystarczyło, żeby postarała się trochę bardziej niż do tej pory (albo bardziej niż inni): dłużej posiedziała nad książkami, częściej trenowała lub więcej biegała i udawało jej się osiągnąć to, co sobie zaplanowała. Teraz, choć bardzo chciała po prostu robić więcej, by móc pomóc, że cokolwiek tutaj jeszcze od niej zależy, trudno było jej pogodzić się z myślą, że niewiele może z tym zrobić. Tym bardziej, że… to przecież nie był pierwszy raz. Już od ponad roku działy się rzeczy, które działy się jakby poza nią – nie mogła tego zmienić, zaplanować ani nic z tym zrobić (nawet jeśli głównie się z nimi nie zgadzała lub ich nie chciała, to też nie miało żadnego znaczenia), a ona chciała po prostu odzyskać kontrolę nad tym, co się działo w ich życiu. Bez pomocy tabletek i już teraz, a nie najwcześniej za kilka tygodni. Dlatego gdy po raz kolejny usłyszała, że to nie zależy od niej (i pewnie, co za tym idzie, obwinianie się o to było głupotą), po prostu westchnęła, patrząc na niego z miną niezadowolonej z życia Mercy (niezadowolonej tak ogólnie, a nie, że obrażonej na niego). - Ja też nie wiem, ale bardzo chętnie miałabym na cokolwiek wpływ – przyznała. Nie do końca podobało jej się, że Will mówił dość rozsądne rzeczy i niezbyt miała możliwość, żeby się z nim trochę nie zgadzać i dalej marudzić, nawet jeśli dobrze było wiedzieć, że chociaż on jej za to nie obwinia (chociaż, znając Mercy, ona obwiniała się pewnie na tyle, że spokojnie można by to rozdzielić na dwie osoby). - Mhm, ale ja nie chcę, żeby mi się guz wchłonął, ja po prostu nie chcę brać antydepresantów – przypomniała mu, najwyraźniej wciąż trochę przekonana, że to dwie zupełnie różne sytuacje i porównywanie ich jest bez sensu. Głównie dlatego, że Will miał rację, ale to nie znaczyło jeszcze, że łatwiej jej było zaakceptować swoje tabsy.
Pytała go o bardzo konkretną rzecz – o to, na ile jest jeszcze jego żoną albo drugim rodzicem Jacksona, a na ile zostanie teraz pacjentką, którą w mniejszym lub większym stopniu trzeba kontrolować i się nią zajmować, tak jak Will robił to po jej operacji, kiedy ani jako żona, ani jako mama, Mercy nie nadawała się do niczego. Powiedziała mu przed chwilą (u mnie przed chwilą, u nich chyba za chwilę dopiero), że sama sobie nie ufa przez te tabletki (co brzmi znajomo, ale w niezamierzony sposób, serio) i chciała wiedzieć, na ile Will jej ufa, a na ile chce, by mówiła mu na przykład o tym, że gorzej się czuje w sposób, w jaki warto poinformować o tym swojego lekarza, a nie męża. Skoro jednak Will zapewniał, że wcale nie chciał i nie potrzebował jej kontrolować, chyba mogła założyć, że wciąż ufa jej choć trochę i pokiwała głową. - Wiem – zapewniła, a po chwili dodała: - To znaczy, wiem, że mogę ci mówić o takich rzeczach, nie pytałam, czy muszę to robić, bo teraz tego ode mnie wymagasz, bardziej… bardziej czy powinnam to robić, żeby ktoś mnie, nie wiem, pilnował – wzruszyła ramionami. Nie zauważyła, że ma depresję (może nawet czasami wciąż nie zauważała, niesamowicie dziwnie myślało jej się o sobie samej w tych kategoriach), więc mogła nie zauważyć, że jej się pogarsza. Może nawet mogła nie zauważyć, że jej się polepsza, co martwiło ją jeszcze bardziej. - Akurat ty powinieneś być do tego przyzwyczajony – wytknęła mu, ale dość łagodnie, bo przecież Mercy czego się nie dotknęła, bardzo dużo od siebie wymagała, więc z własnym leczeniem musiało być podobnie. - Możesz mnie zamknąć w garażu i wypuścić dopiero jak Jackson zaśnie – zaproponowała, pewnie trochę zaskoczona tym, że Will nie rozumiał, jak ona mogła coś zepsuć – sama miała wrażenie, że psuła im ostatnio wszystko, co się działo. - Chodzi mi o to, że… zepsuję to tak, jak ostatnim razem, kiedy byliśmy w Bostonie. Kiedy coś zaplanowaliśmy, mieliśmy coś robić, ale przeze mnie nic z tego nie wyszło – wzruszyła ramionami. Mieli przecież zabrać się za szukanie domu i rzeczy związane z adopcją, a przez Mercy Will nie chciał już robić ani jednego, ani drugiego. A ona naprawdę nie chciała im niczego zepsuć i nie do końca wiedziała nawet, że to robi, dlatego tym bardziej obawiała się, że tym razem będzie podobnie – źle zareaguje, powie coś złego i znów wszyscy będą źli, sfrustrowani i zniechęceni. Może przynajmniej z balonami wszystko się uda, bo sięgnęła po sznurki, przy których poddał się Will, żeby spróbować je rozplątać.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-18, 22:44
 

- Wiem – zapewnił ją łagodnie i z dużym przekonaniem, że faktycznie wiedział. Przez te kilka lat małżeństwa zdążył poznać Mercy całkiem nieźle, w dodatku kilka cech – dziwnym trafem głównie tych bardziej upierdliwych – ze sobą dzielili. Przecież mania Willa na punkcie utrzymania całej rodziny w jakimś wyimaginowanym stanie bezpieczeństwa też wiązała się w dużej mierze z chęcią kontrolowania tego, czego kontrolować się nie dało. Dlatego tak łatwo przychodziło mu obwinianie się o to, że nie zajmuje się Mercy i Jacksonem tak, jak powinien, kiedy była po operacji – wymagało to od niego przede wszystkim bardzo trudnego zaakceptowania tego, że na pewne rzeczy rzeczywiście nie miał żadnego wpływu. W ich życiu, bo w swoim chyba zaczął się z tym godzić już kilka ładnych lat temu, mniej więcej wtedy, kiedy okazało się, że może pożegnać się z karierą. - Cały czas możesz mieć wpływ na masę rzeczy, Mercy. Nie na to, czy masz depresję, oczywiście, ale… na to, czy bierzesz leki albo chodzisz na terapię już tak. Na to, czy będziesz obserwowała swój organizm, żeby zobaczyć, czy to dobra ścieżka, też. Tak samo jak na to, czy przy okazji jesz śniadania, czy dbasz o siebie, czy mówisz mi, kiedy mogę ci w czymś pomóc – powiedział, wzruszając lekko ramionami. Dużo prościej było mu to mówić, niż byłoby zaakceptować, gdyby dotyczyło to niego, ale nie był pewny, czy Mercy miała teraz inne wyjście. Mogła biczować się za to, że nie ma kontroli nad swoją chorobą albo wypróbować metodę małych kroków i kontrolowania tego, co kontrolować się jeszcze dało. A Will po prostu chciał jej w czymkolwiek pomóc.
Zmarszczył nieco czoło, kiedy usłyszał jej wyjaśnienie, a potem pokiwał głową na znak, że zrozumiał. - Chcesz, żebym cię pilnował? – spytał po prostu. - Masz od tego lekarza. I jeśli potrzebujesz kogoś w domu, to możesz mieć też mnie, ale… nie zakładałem, że jesteś teraz moją pacjentką. Jesteś moją Mercy, to się nie zmieniło. Ale zrobię cokolwiek, czego będziesz teraz potrzebowała – zapewnił ją łagodnie. Domyślał się, że nie chciała być pilnowana, ale nie chciał też niczego zakładać, jeśli chodziło o jej potrzeby. Will był pilnym uczniem i nawet jeśli wiedza z terapii małżeńskiej (do tej pory jednej czy dwóch?) musiała przedrzeć się przez grubą warstwę oporu emocjonalnego, mały kujon wychodził z niego nawet teraz i chętnie przejmował stery. A kwestia tego, że odnosili się bardziej do założeń i domysłów na swój temat, a nie do rzeczywistej osoby po drugiej stronie, nie miała innej opcji niż wyjść im bardzo, bardzo szybko. Do tego - skoro, oprócz kujona, był też naukowcem – dowiadywał się dużo na własną rękę, w małym palcu zaczynał mieć już standardowe „czego nie mówić” i teraz nie widział innej opcji niż po prostu zbadać hipotezę i spytać Mercy wprost, czego teraz potrzebowała. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale jakoś musieli znaleźć dobrą metodę komunikacji – a Willowi próba odnalezienia się w nowej sytuacji przy pomocy doskonale znanych metod przynosiła dużo ulgi. - Nie chcę być przyzwyczajony do tego, że się w ten sposób krzywdzisz – powiedział wprost. Czym innym była świadomość tego, że Mercy zawsze będzie wymagała od siebie dużo w sytuacjach, które były mniej lub bardziej sensowne czy produktywne, a zupełnie czym innym było to, że wymagała od siebie niemożliwego i nie chciała dać sobie sama spokoju. Zaraz jednak musiał spojrzeć na nią z czymś, co wyglądało na bardzo smutną parodię uśmiechu w reakcji na jej propozycję i odetchnąć. - Ostatnim razem nic by się nie stało, gdybym użył mózgu i wiedział, jakich tematów nie ruszać. Może nie szukajmy wszędzie winnych, co? – zaproponował, przeczesując włosy palcami. - Niczego nie zepsujesz. Jeśli będziesz się gorzej czuła, to będziesz się gorzej czuła, pójdziesz się położyć, a ja się zajmę dzieciakami i nikomu nic się nie stanie. Ale obiecuję, że niczego mu nie zepsujesz. Ani teraz, ani jutro, ani kiedykolwiek. Walczysz o siebie i o niego, a ja nie wiem, czy jest większe przeciwieństwo psucia i ważniejsza rzecz, którą matka mogłaby zrobić dla swoich dzieci – powiedział i zerknął na sznurki, które pewnie Mercy szły dużo lepiej niż jemu. - JJ będzie miał jutro fantastyczny dzień i tylko to z niego zapamięta. Domyślam się, że ciężko jest ci teraz zaufać sobie, więc zaufaj mi, okej? – uśmiechnął się lekko. Nie zamierzał udawać, że ostatnio było mu łatwo (to znaczy, okej, na zewnątrz pewnie trochę zamierzał). Nie zamierzał też udawać, że depresja Mercy w żaden sposób nie wpływała na niego i że to wszystko była bułka z masłem. Ale teraz, kiedy wiedział, z czym się mierzyli, miał wrażenie, że miał na to dużo więcej siły. Nie chodziło o to, że się sobą zmęczyli, że on był po prostu beznadziejnym mężem, że ją zawiódł albo że mieli termin ważności. A skoro walczyli z chorobą, Will w jakimś sensie czuł się jak w domu, nawet jeśli choroba psychiczna niekoniecznie była jego działką.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-21, 00:48
 

Nie wszystko z tego, co mówił Will, jej się podobało, ale… wiedziała przecież, że ma rację. Miał rację, gdy mówił, że nie był od pilnowania jej, skoro nieoczekiwanie została człowiekiem, który ma własnego psychiatrę i z pewnością miał rację, kiedy mówił, że może mieć wpływ na chodzenie na terapię, branie tabletek czy jedzenie czegoś więcej niż batony od Brendy. Nawet jeśli to wszystko w praktyce miało okazać się dużo bardziej skomplikowane, co wiedziała już teraz – wciąż miała w sobie duże opory przed leczeniem i gdyby to zależało tylko od niej, Ale przecież to nie zależało tylko od niej – miała męża i dziecko, dlatego wzięła dzisiaj tę tabletkę i dlatego zgodziła się iść na wizytę do kogoś, kto był na tyle kiepski, że mógł ją przyjąć od razu. I choć obecnie była w takim nastroju na samobiczowanie się, że w pierwszej chwili chciała mu przypomnieć, że przecież nie mieli wcale dzieci, a wszystko przez nią (nie, propozycja Willa, by nie szukać winnych, zupełnie do niej nie przemawiała), zamiast tego wzruszyła jedynie ramionami. - O ciebie też – mruknęła, nie odrywając wzroku od tych sznurków. Oczywiście, że myślała o JJu, ale wcale nie kłamała, kiedy powiedziała Willowi, że będzie o nich walczyć – o Mercy i o Willa – i tylko dlatego poszła z nim na terapię. Teraz jednak powiedziała to trochę tak, jakby przyznawała się przed nim do porażki, bo przecież… chyba nie umiała walczyć o nich tak jak chciała, a przede wszystkim – tak jak powinna.
A jeśli wtedy mogła to tylko przypuszczać, kilka kolejnych dni udowodniło, że Mercy miała rację: skoro nie potrafiła dbać nawet o siebie, to jak miałaby niby potrafić zawalczyć o ich trójkę? Naprawdę chciała – wiedziała, że powinna przynajmniej próbować kłaść się spać o rozsądnej porze, jeść, nie przepracowywać się i robić wszystkie te rzeczy, które robią ludzie, którzy próbują o siebie dbać. Niestety to zawsze znajdowało się bardzo nisko na liście priorytetów Mercy – gdyby kiedykolwiek uznała, że może dziś warto się wcześniej położyć do łóżka zamiast siedzieć i pracować po nocy, to chyba byłby znak, że trzeba dzwonić po karetkę. Teraz chodziło jednak o coś innego, bo Mercy najzwyczajniej się bała. Bała się utraty kontroli, bała się tego, jak będzie się czuła po tabletkach i tego, że teraz nie jest w stanie niczego sobie zaplanować, bo przecież nie mają pojęcia, jak się będzie czuła w przyszłym tygodniu. Samo w sobie mogło to wywoływać sporo stresu, nawet jeśli nie byłeś Mercy Hart, ale kiedy już jesteś Mercy Hart… poziom stresu w ostatnich dniach skoczył jej pod sam sufit. Starała się pomyśleć absolutnie o wszystkim i nadgonić tyle, ile tylko była w stanie, żeby tylko nic jej nie zaskoczyło i nie popsuło planów, a że przy okazji wciąż pracowała i starała się spędzać czas z własnym dzieckiem (może nawet więcej niż zazwyczaj, skoro z tym czasem też mogło być różnie), to musiała to robić głównie w nocy. Wiedziała, że to idiotyczne i średnio odpowiedzialne – miała o siebie przecież dbać, zamiast sprawdzać, jak długo wytrzyma bez snu, miała trochę zbyt odpowiedzialną pracę, żeby przychodzić do szpitala jak zombie, jej mężowi się to nie podobało i, nawet jeśli to odkrycie było wyjątkowo dziwne, zaczynała się już robić na to trochę za stara. Dlatego dziś wieczorem, kiedy już wyszorowała piekarnik (jest duża szansa, że jeszcze kilka dni temu nie wiedziała, że ludzie to robią) i zamówiła pięcioletni zapas filtrów do dzbanka, mogła iść z Willem na górę i próbować zasnąć.
Rzecz w tym, że nie mogła. Im dłużej leżała przy śpiącym Willu, tym mocniejszy stawał się ucisk w jej klatce piersiowej, przez który miała wrażenie, że coraz ciężej jej się oddycha. Może dlatego, że tak naprawdę wcale nie chciała zasnąć, bo przetrwała dzisiejszy dzień, ale nie miała gwarancji, że jutrzejszy też przetrwa. Dlatego była niespokojna, zestresowana, zmartwiona i przejęta. I dlatego, gdy uświadomiła sobie, że powinni mieć jeszcze w którejś szafce pomidory, po prostu zeszła na dół, żeby w środku nocy zabrać się za robienie spaghetti. Kiedy podczas robienia sosu udało jej się nie spalić kuchni, przy okazji zabrała się też za zupę, której musiała przecież pilnować, więc gdy Will zszedł na dół, pewnie koło trzeciej w nocy, na kuchence stał garnek, a Mercy siedziała nad pięcioma otwartymi książkami, bo przecież nie zmarnuje okazji, żeby się trochę pouczyć. - Robię zupę – powiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, a ona wcale nie zaczynała przypominać zombie. - I zrobiłam sos, więc musimy kupić makaron – dodała i spojrzała na Willa, najwyraźniej zupełnie serio zastanawiając się, czy przegnie, jeśli teraz powie, że pojedzie kupić ten makaron od razu, zupełnie jakby nie mieli w lodówce i szafkach jakiejś absurdalnej ilości jedzenia, którego za sprawą Mercy wciąż przybywało.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-22, 21:42
 

Odkryciem, które na zmianę pocieszało go i przytłaczało, przy każdym kryzysie było to, że świat kręcił się dalej. Kiedy coś poszło nie tak podczas operacji, zaraz pojawiał się kolejny pacjent. Kiedy mieli z Mercy swoją przerwę, nadal musiał dbać o rehabilitację, co w końcu zaczęło trochę wyciągać go z domu i przypomniało mu, że wciąż coś się tam jeszcze działo. Teraz z kolei miał uniwersytet i zbliżające się egzaminy, doktorantów i pierwszą redakcję książki, nad którą musiał usiąść jeszcze w tym tygodniu, żeby zaakceptować poprawki albo powiedzieć swojemu redaktorowi, że idzie szukać kogoś innego w Nowym Jorku jeszcze do tego projektu. Tylko dzisiaj udało mu się zręcznie wymigać od rozmowy z administracją uniwersytetu o tym, czy zostaje z nimi w przyszłym roku, przeprowadzić całkiem porządne wykłady (porządność swoich wykładów oceniał liczbą głupot, które usłyszał od studentów, w jakość ze swojej strony ani trochę nie wątpił i uznawał ją raczej za oczywistość), zrecenzować Stelli to, co do tej pory wytworzyła w swoim doktoracie i posiedzieć nad książką, kiedy JJ wkręcił się w bajkę na tyle, że rodzice mieli chwilę wolnego. Jego siedzenie nad książką przyciągnęło się jednak na tyle, że Mercy i mały mieli chyba kilka chwil tylko dla siebie, a kiedy Will szedł spać, był dość mocno zmęczony i wypływały mu oczy (a tym razem był grzeczny i założył jednak okulary, więc czuł się generalnie zawiedziony przez życie). I chociaż przez ostatnie kilka nocy widział, że Mercy trudno było spać, chyba uznał to za tylko chwilowy objaw – sporo się działo, może potrzebowała chwili dla siebie, przygotowywanie się do egzaminu też całkowicie rozumiał, więc kiedy upewniał się, że żyje i zostaje na dole, bo ma jakiś plan na to, co będzie robiła, szedł spać, dusząc w sobie niepokój na rzecz okazywania żonie jak największej ilości zaufania. Czasem jednak najwyraźniej okazywało się, że niepokój nie był tylko echem jego nieumiejętności odpuszczenia kontroli, a zupełnie rzeczywistym sygnałem, że coś było nie tak. Bo kiedy dzisiaj obudził się o trzeciej i odkrył, że jest w łóżku sam, chyba nie miał już specjalnych wątpliwości co do tego, że nie wszystko było zupełnie okej. Zszedł na dół bosy, zaspany, z poduszką odciśniętą na policzku i zupełnie rozczochrany, ale kiedy zobaczył Mercy nad książkami, a potem gotującą się zupę, chyba szybko zaakceptował, że wygląd był teraz jego najmniejszym problemem. Przez chwilę wpatrywał się jeszcze w swoją żonę, potem w książki, a wreszcie przezornie zerknął na podłogę, na której leżała zabawka JJa, czekająca tylko na jego bosą stopę. Jakby nigdy nic – jakby właśnie nie wysilał wszystkich obudzonych szarych komórek – podniósł zabawkę i odłożył ją gdzieś, gdzie było akurat miejsce (niekoniecznie miejsce zabawki), a potem zrobił dwa kroki w stronę Mercy. - Czemu gotujesz zupę w środku nocy? – spytał powoli i przeczesał włosy dłonią. - I… sos? Nie idziesz jutro do pracy? – zainteresował się i po chwili wahania podszedł jeszcze bliżej, znów zerkając na jej książki. - Mercy, wiesz, która jest godzina?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-24, 21:59
 

Zmarszczyła lekko czoło, słysząc pytanie Willa, ale w żaden sposób tego nie skomentowała i powiedziała po prostu: - Gotuję zupę, żebyście mogli ją potem odgrzać i zjeść. A robię to w nocy, bo wcześniej nie zdążyłam – wyjaśniła, znów starając się brzmieć, jakby to była zupełnie normalna rzecz, którą robili absolutnie wszyscy. Nawet jeśli tak naprawdę dobrze wiedziała, że może i sporo ludzi gotuje sobie zupy, ale wybierają do tego nieco bardziej pasujące pory niż środek nocy, kiedy reszta rodziny spała. Nie mogła jednak za dużo na to poradzić – przecież i tak nie dała rady zasnąć, bo… zwyczajnie się bała? Wiedziała, że to głupie, ale wciąż czuła się tak, jakby mogła tylko czekać, aż wszystkie pierdolnie i wydarzy się coś bardzo złego – nawet jeśli patrząc na to obiektywnie, to przecież nie będzie wcale taka wielka tragedia, nawet jeśli naprawdę leki trochę jej dokopią. Zawsze chciała być jak najlepiej przygotowana (na ten egzamin u Willa też chciała, tylko tamtym razem akurat nie wyszło), a teraz nie mogła pozbyć się wrażenia, że wciąż robi za mało i musi zrobić jeszcze całą masę rzeczy. Nie takich, które pomogłyby jej – nie wiedziałaby nawet, co mogłoby to być – ale takich, które chociaż odrobinę odciążyłyby Willa, bo jeśli znów dom, dziecko, praca i żona w kryzysie będą na jego głowie, to niech przynajmniej nie martwi się za bardzo gotowaniem, a zamiast tego po prostu odgrzeje JJowi zupę. Chyba właśnie to było w tym dla niej najtrudniejsze: świadomość, że znów za bardzo obciąży Willa i że znów będzie miał przez nią za ciężko, bo tak jak on czuł, że nie dał rady po operacji Mercy, ona za to wciąż czuła się paskudnie z tym, że poprzednim razem postawiła go w takiej sytuacji, zupełnie jakby, zwłaszcza w tych pierwszych dniach po powrocie do domu ze szpitala, miała na to jakiś większy wpływ. Do tego wszystkiego dochodziła dość duża ilość stresu związana z tym, co czeka ich w ciągu najbliższych miesięcy – depresja to jedno, ale przecież oni do września powinni mieć już sprzedany dom w Chicago, znaleźć w Bostonie dom, do którego się przeprowadzą i mieć ogarniętą i załatwioną szkołę, do której przeniesie się ich dziecko, kiedy do tej pory ani trochę chyba nie zbliżyli się, by cokolwiek z tych rzeczy ogarnąć. A jakby nie było to wystarczająco stresujące, miała jeszcze egzamin, którego przecież za nic w świecie nie mogła zawalić, bo czekała na niego, odkąd była w liceum i postanowiła, że zostanie chirurgiem. Im mniej czasu mieli, tym Mercy miała wrażenie, że to wszystko coraz bardziej jej się wymyka, a skoro sama mogła zadbać przynajmniej o własny egzamin, to chciała się do niego przygotować tak dobrze, jak była w stanie. I przynajmniej tej jednej rzeczy w swoim życiu nie spieprzyć. - Idę – zapewniła po prostu, ale nad kolejnym pytaniem Willa musiała się nieco bardziej zastanowić. Rozejrzała się za swoim telefonem, który wreszcie znalazła pod trzecią z książek, które podniosła, a kiedy spojrzała na godzinę, przeklęła pod nosem, bo w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: nie zdąży. Wzięła głęboki oddech, próbując nie zacząć za bardzo panikować, a potem znów schowała telefon pod podręcznik i spojrzała na Willa, wyglądając jednak na dość mocno spanikowaną. - Potrzebujesz czegoś? Bo… bo ja muszę wracać i się dalej uczyć, muszę dzisiaj jeszcze dużo powtórzyć i… i myślałam, że jest trochę wcześniej – założyła włosy za uszy, próbując nie zwracać uwagi, że trzęsą jej się ręce. - Muszę z tym zdążyć – powiedziała trochę do niego, a trochę do siebie, z każdą chwilą coraz bardziej niespokojna. - Więc… więc muszę się dalej uczyć – powtórzyła i po prostu przyciągnęła do siebie jedną z książek, próbując rozczytać, co tam w ogóle było napisane. Nie ma sensu panikować, jeszcze zdąży. Will wróci spać, a ona zrobi sobie kolejną kawę i zdąży.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-28, 22:09
 

- Nie mogłaś jej zrobić jutro? – spytał po prostu, bo jego zaspany mózg było stać tylko na bardzo proste łączenie punktów. Nie miał pojęcia, co tu się w ogóle działo, wiedział za to, że im dłużej obserwował i słuchał Mercy, tym więcej niepokoju w nim budziła. Czuł się trochę tak, jakby oglądał właśnie jakiś surrealistyczny serial albo po prostu to wszystko mu się śniło. Szczególnie, że… chyba miałby problem ze zrozumieniem, że w tym wszystkim chodzi też o niego. Nie tylko dlatego, że obudziły mu się do tej pory jakieś dwie szare komórki. Chyba zwyczajnie nie spodziewałby się, że znów się tu znajdą. To znaczy, pewnie cały czas tu byli i za daleko się nie ruszyli, ale nie sądził, że to wszystko wybije znów z takim natężeniem. Nie byli najlepsi w rozmowy – zgubili tę umiejętność chyba gdzieś, gdzie ich główne problemy przestały być związane ze szpitalem, a zaczęły z nimi samymi – ale w tym zgadywaniu za to drugie, czego potrzebuje, było coś niewygodnego, wręcz irytującego. Pewnie, że Will mógłby chcieć pomocy, problem polegał jednak na tym, że nikt go o to nie spytał. Nie spytał, czy chciał i może jeśli, to jakiej pomocy potrzebował, a przecież to wydawało mu się teraz tak niesamowicie proste do zrealizowania. Wiedział, że Mercy nie chciała póki co spędzać całego dnia w łóżku i zależało jej na byciu produktywną, było więc milion sposobów, na jakie mogli to wszystko opracować tak, żeby Will nie ugiął się pod natłokiem obowiązków, a ona nie miała poczucia, że go obciąża. Gdyby ktoś go teraz o to spytał, byłby w stanie wymienić co najmniej kilka rzeczy, w których mogłaby mu realnie pomóc, bez zarywania nocy, wykańczania swojego toczącego ciężką walkę organizmu i bez gotowania zupy, jakby nie istniały inne sposoby, żeby mogli zjeść coś konkretnego i zdrowego. Jeśli w ogóle chciała to nazywać pomocą, bo przecież mogli po prostu dzielić się obowiązkami domowymi, jak zazwyczaj. Szczególnie, że mniej więcej minutę temu Will jeszcze naprawdę nie czuł się niczym obciążony. Mieli cel, mieli w miarę jasną drogę i dawało mu to dużo motywacji i siły, ale teraz, przez tę chwilę, kiedy o trzeciej nad ranem patrzył na niespokojną, przerzucającą strony Mercy, po raz pierwszy odkąd dostała diagnozę, poczuł się… przytłoczony. Przytłoczony, zirytowany i bezsilny, więc przez chwilę jeszcze po prostu stał, wpatrując się w jej drżące dłonie. To wszystko było naturalne – na terapii małżeńskiej psychoterapeutka mówiła, że to normalne, więc za takie postanowił to uznawać, jak cholernie trudne by to nie było. Wyzwanie było przed nim dwojgiem, nie tylko przed Mercy, miał prawo być zły. Nie do końca je sobie w tym momencie dawał, ale – ponownie – próbował traktować ich terapię jako źródło specjalistycznej wiedzy, którą do ich związku mógł zaaplikować jak teoretyczne aspekty medycyny do operacji. Zanim udawało mu się coś więc przetworzyć, rejestrował to w mózgu jako fakt i być może ta umiejętność potraktowania emocji z mocno analitycznego, naukowego punktu widzenia, pozwoliła mu teraz odetchnąć po chwili milczenia i zrobić krok w stronę Mercy. Teraz był lekarzem na sali operacyjnej, teraz nie było miejsca na to, czy mu się chce, czy coś o tym myśli albo czy wolałby być gdzieś indziej. Tym zajmie się potem (albo i nie). - Potrzebuję, żebyś powiedziała mi, co się dzieje – powiedział łagodnie, tonem wyspecjalizowanym już do rozmów z najmłodszymi pacjentami, ich własnym synem i coraz częściej Mercy. - Hej, Mercy, jest trzecia w nocy. Jutro idziesz do pracy, nie wiem, czy jeszcze czegoś się nauczysz. I przecież świetnie to umiesz – zauważył ostrożnie, zerkając na stronę, którą właśnie otworzyła. - Ze wszystkim zdążysz, obiecuję. Jeśli boisz się, że nie, jutro usiądziemy do tego razem i ułożymy jakiś sensowny plan, ale nie możesz zarywać nocy na gotowanie zupy i przygotowywanie się do egzaminu – przypomniał jej, delikatnie dotykając jej ramienia, żeby wyczuć, czy w ogóle miała teraz na taki kontakt ochotę. Najchętniej przyciągnąłby ją do siebie i najlepiej zaniósł na górę, ale wiedział, że nie mógł tego zrobić. Miał też obawę, że nie mógł zrobić nic, ale póki co nie pozwalał jej dojść do głosu, uważnie obserwując swoją żonę.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-30, 11:43
 

97

Od kilku dni czuła się zwyczajnie… chora? Nie pod względem psychicznym – tutaj czuła się dość kiepsko, ale porównując to z ostatnim rokiem, to było raczej w jej nowej normie – ale fizycznie. I niezależnie od tego, jak kiepsko by to o niej nie świadczyło, okazało się, że o wiele łatwiej jest jej przestać próbować się zajechać i przestać wkręcać sobie, że musi robić zdecydowanie więcej niż do tej pory, kiedy jej objawy były czysto fizycznie. Nigdy się ze sobą specjalnie nie cackała i pewnie dopiero czterdziestostopniowa gorączka powstrzymywała ją przed pójściem do pracy czy na zajęcia, ale tym razem pomogło to, że to wszystko było bardzo… namacalne. Brała tabletki, których najwyraźniej potrzebowała, a kiedy zaczynały działać, ona zaczynała czuć się gorzej, więc to chyba znak, że najwyższa pora trochę się sobą zaopiekować. Także po to, by Will nie musiał tego robić, bo Mercy naprawdę wiedziała, że ostatnio przeginała ze swoją nauką po nocach i czyszczeniem piekarników, ale robiła to wszystko, cały czas mając w głowie tę uporczywą myśl, że jutro albo za kilka dni może zacząć się gorzej czuć i już nie będzie wtedy mogła tego zrobić. A skoro to gorsze właśnie trwało (a przynajmniej miała taką nadzieję, bo jeśli okaże się, że za kilka dni będzie zdecydowanie gorzej, a ona mogła wykorzystać ten czas na naukę i ogarnianie, będzie naprawdę wkurwiona), chyba nie miała innego sensownego wyjścia niż zwyczajnie zwolnić i dać sobie chwilę. Dlatego gdy Will wrócił dzisiaj do domu, Mercy była właśnie w trakcie drzemania na kanapie – co prawda gdzieś obok niej leżał podręcznik, ale od kilku dni i tak go nie otworzyła, więc wzięła go ze sobą na dół raczej na wszelki wypadek niż z myślą o tym, że jak się zepnie, to uda jej się poczytać, nawet jeśli czułaby, że głowa zaraz pęknie jej na pół. Kręcący się po domu Will ją obudził, ale najpierw otworzyła tylko jedno oko i podciągnęła wyżej koc, bo potrzebowała jeszcze chwili, by zdecydować, czy jest gotowa już wstać i żeby zorientować się, że skoro jej mąż był w domu, to pewnie była już pora obiadu, a ona od rana nic nie jadła. Dlatego kiedy już zdecydowała, że wstaje i usiadła na kanapie, spojrzała na Willa i jeśli usiadł gdzieś obok, to wyciągnęła rękę, żeby przeczesać mu włosy palcami. A jeśli nie siedział obok, no to nie. - Jadłeś coś? – spytała, gotowa przystąpić do negocjacji dotyczących tego, ile warzyw zje Will, mimo że ich dziecka nie było w pobliżu. Gdy już się czegoś dowiedziała, wyplątała się z koca i poszła po kuchni, zgarniając przy okazji jakiś kubek po porannej kawie. - Co robiłeś w pracy? – spytała jeszcze, kręcąc się po kuchni w poszukiwaniu czegoś, co sama mogła zjeść – a nie było łatwo, bo w ogóle nie była głodna i bardziej wiedziała, że powinna, niż faktycznie miała na cokolwiek ochotę. Kiedy wreszcie udało jej się podjąć decyzję i włączyć mikrofalę, usiadła na kuchennej szafce. - Właściwie to podoba mi się ten ostatni dom, który wysłała nam agencja – powiedziała, wzruszając lekko ramionami, nie do końca wiedząc, czy nie usłyszy zaraz, że Will wciąż nie zamierza planować przeprowadzki, może nawet w ogóle. - A przynajmniej w porównaniu z tymi, które pokazywała nam wcześniej – wzruszyła ramionami jeszcze raz, tak na wszelki wypadek, a potem wpakowała sobie do buzi łyżeczkę masła orzechowego, bo najwyraźniej o kaloryczność wmuszanego w siebie jedzenia też dbała.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-04-30, 22:31
 

Ostatnie dwa czy trzy tygodnie Will miał na głowie naprawdę sporo i – może trochę paradoksalnie, a może wcale nie – odnajdował się w tym zaskakująco dobrze. Nie dlatego, że taki stan rzeczy cieszył go sam w sobie, bo im starszy się robił (albo im więcej czasu mijało od zakończenia jego kariery chirurgicznej), tym bardziej doceniał jednak wypoczynek, ale dlatego, że kiedy miał dużo rzeczy do roboty, dużo prościej było mu je sobie ułożyć. A planu potrzebował teraz chyba jak niczego innego, bo pomagał mu trochę odnaleźć się w tym, co działo się ostatnio z Mercy. Rano wychodził więc do pracy, potem siedział dłużej na uniwersytecie albo jechał do szpitala, wracał do domu, załatwiał rzeczy związane z książką, odbierał JJa ze szkoły, wiózł go na zajęcia lub, w zależności od dnia tygodnia, robił inne rzeczy, które łatwo było zaplanować i przewidzieć. W samoorganizacji pracy zawsze był dobry (dlatego zupełnie szczerze oferował Mercy opracowanie z nią planu nauki), inaczej pewnie nie byłby podwójnym doktorem jeszcze przed czterdziestką, więc teraz bardzo radośnie korzystał z tej umiejętności, żeby domknąć projekt w szpitalu, rok akademicki i swoją książkę. I chociaż wszystko, co mogłoby trzymać go w Chicago, zdawało się bardzo sugestywnie kierować ku końcowi, temu, co będzie po tym końcu, poświęcał zaskakująco mało czasu. Zaskakująco ze względu na to, jak niewiele go zostało i zaskakująco też ze względu na Willa, bo odkładanie załatwiania spraw nie brzmiało ani trochę jak on. Wręcz przeciwnie, zawsze lubił mieć wszystko ułożone, odhaczone tak szybko, jak się dało i z głowy. Szczególnie, że w kwestii chociażby takiego domu jego wymagania były naprawdę minimalne i to Mercy była tą osobą, której coś mogłoby się nie podobać albo po prostu wymagałoby jej dłuższego namysłu. A skoro miał dużo pracy tu i teraz, a te parę miesięcy do przodu wydawało mu się najwyraźniej jakąś abstrakcją, nie trudno zgadnąć, że nie widział jeszcze maila od agentki. Istniała szansa, że w natłoku roboty nie widział też kilku poprzednich, ale tego dzisiejszego w ogóle nie zarejestrował, nie miał więc za dużo czasu na zastanowienie się, co on o tym domu sądzi. Miał za to czas, żeby wejść wreszcie do domu z jakimiś zakupami i uśmiechnięcie się do żony. - Pewnie – powiedział, bo wydawało mu się, że jadł. Na pewno pił z czymś kawę, a że nie był głodny, miał w tej kwestii do siebie jako takie zaufanie. - To samo, co przez ostatnie dwa tygodnie? – trochę odpowiedział, a trochę jednak pytał, bo może on też wcale nie był tego pewien. Kończenie roku akademickiego, czyli głównie użeranie się ze studentami, którym nagle zechciało się coś poprawić, domykanie książki i projektu, nie było chyba na tyle fascynujące, żeby codziennie przynosił do domu nowe historie. Zaraz jednak zmarszczył czoło, bo o czymś sobie przypomniał. - Ale do dzisiaj miałem chyba wybrać okładkę książki, chcesz to zrobić za mnie? – zaproponował beztrosko i zabrał się za wypakowywanie zakupów. Przerwał dopiero, kiedy Mercy powiedziała o domu, ściągnął na moment brwi i podrapał się po brodzie. - Chyba go jeszcze nie widziałem – przyznał, wepchnął ostatnią marchewkę do lodówki i wyciągnął z kieszeni telefon. Jak mógł się spodziewać, utonął pod siedmioma innymi mailami, więc chwilę zajęło mu znalezienie go i przejrzenie zdjęć. Jeszcze moment milczał, a potem, wciąż z telefonem w dłoni, drugą ręką oparł się o szafkę, na której siedziała Mercy. - Podoba ci się na zasadzie „całkiem okej, zobaczymy, czy nie pojawi się nic lepszego” czy chciałabyś go kupić? – spytał, zerkając na nią, zanim wrócił do zdjęć. Zerknął jeszcze na cenę, a potem na plan i mimo wszystko musiał zmarszczyć się odrobinę bardziej. - Chyba ma wszystko, czego potrzebujemy. Łącznie z kanapą w salonie, bo znowu minąłby miesiąc, zanim kupiliśmy sobie własną – uśmiechnął się do Mercy, chyba niepewny, na ile rozmawiali teraz na poważnie. Albo na ile w ogóle mogli o tym gadać, bo kiedy ostatni raz próbowali zastanowić się nad liczbą pokoi, wyszedł im z tego wielki dramat, a Will całkiem dobrze miał się w tym tygodniu bez dramatów.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-01, 00:44
 

– Okej, a jadłeś coś, odkąd wyszedłeś z domu? – dopytała jeszcze, bo może musieli nauczyć się jeść na śniadanie coś poza kawą, żeby ich dziecko miało towarzystwo. I nawet jeśli jej pytania były teraz głupie czy zwyczajnie upierdliwe, to własnego jedzenia pilnowała ostatnio właśnie w taki sposób – nie dlatego, że miała z nim jakiś problem, chyba po prostu znów próbowała stać się tym odpowiedzialnym i rozsądnym dorosłym, jakim była przez większość życia (pewnie nawet sporo wcześniej zanim prawnie stała się pełnoletnia), a skoro powinna jeść i nie siedzieć po nocach nad książkami, właśnie to starała się robić, nawet jeśli jedną z konsekwencji najwyraźniej okazało się pilnowanie także jedzenia Willa. - Jeśli ty nie chcesz, to pewnie – przytaknęła, wzruszając delikatnie ramionami. Nie czuła teraz jakoś szczególnie dobra w podejmowaniu decyzji, ale skoro wybierała mu golfy, to okładkę też przecież mogła. Tym bardziej, że mieli przecież to samo nazwisko, byłoby trochę głupio, gdyby wydrukowali je na jakiejś brzydkiej okładce – nawet jeśli ona najwyraźniej o własnej publikacji mogła tylko pomarzyć, tak samo jak o dwóch doktoratach, na które się nie zapowiadało, choć była już po trzydziestce (i to ile, całe półtora roku?). A skoro w ich małżeństwie to ona nie robiła kariery naukowej, widocznie miała czas na sprawdzenie maili i zastanawianie się nad ich przyszłością, bo kiedy okazało się, że Will nawet nie widział tej kolejnej oferty, poczuła się odrobinę… głupio. Jakby wyskakiwała z jakimś bzdurnym tematem, zawracając tylko Willowi głowę. - Nie musisz tego sprawdzać teraz, możemy porozmawiać o tym innym razem – zaproponowała, ale kiedy Will i tak sięgnął po telefon, nie mogła się powstrzymać i wpatrywała się w niego dość uważnie, z nadzieją, że po jego minie zorientuje się, co on o tym sądzi. - Nie podoba ci się? – spytała i bardzo starała się naprawdę zadać mu pytanie, zamiast z góry założyć, że Willowi się nie podoba, więc spora zmienić temat albo po prostu zakleić sobie usta masłem orzechowym, żeby nie mogła dalej poruszać głupich tematów. Tym bardziej, że znali się już na tyle, że wiedziała, że ciężko byłoby znaleźć zdjęcia salonu, który nie podobałby się Willowi, ale… może po prostu nie podobało mu się to, że musi teraz patrzeć na domy w Bostonie? Tego też dość pilnie potrzebowała się dowiedzieć. - Podoba mi się przede wszystkim na zasadzie „jeśli we wrześniu planujemy mieszkać w Bostonie, to chyba pora znaleźć dom” – wyjaśniła. Zaczęła od jeśli zupełnie na serio, bo byli chyba już na tym etapie, gdzie Mercy nie wiedziała, jakie oni mają plany, skoro ona miała już chyba podpisaną umowę w Bostonie (miała?), a Will nie zamierzał się nawet zdeklarować na obecnej uczelni, czy u nich zostaje, co dość ciężko było pogodzić. I choć dobrze pamiętała, co Will powiedział o tym, że nie umie planować teraz przeprowadzki, zupełnie nie wiedziała, jak powinna to traktować – jako ultimatum, że albo ona się ogarnie, albo on z nią nie pojedzie? A co, jeśli ogarniała się za słabo, skoro Will zamykał rok akademicki, ale zachowywał się, jakby wciąż nie wiedział, gdzie chciał pracować w następnym? - Nie wiem, czy kanapa zostaje, czy właściciele zabierają meble, ale może by się zlitowali, gdyby dowiedzieli się, że sami nie umiemy sobie kupować mebli – zasugerowała i wyciągnęła w jego stronę słoik, gdyby Will chciał się zapchać masłem.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: