Poprzedni temat «» Następny temat




43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-01, 17:00


- Prawdopodobnie – odpowiedział pewnie najbardziej w stylu Willa, jak tylko się dało, ale chyba postanowił potraktować zmartwienia Mercy bardzo poważnie, bo zatrzymał się na moment i mocno zmarszczył czoło – wiadomo, doktorat nie robił z niego od razu człowieka, który potrafił bez zastanowienia odpowiedzieć na tak trudne pytania. - Tak, nie musisz się martwić – stwierdził wreszcie, kiedy przypomniał sobie, że owszem, po drodze między uniwersytetem a szpitalem kupił sobie kanapkę. - Okej, to zaraz na nie spojrzymy – powiedział. Nie tyle, że jakoś mocno nie chciał wybierać sobie okładki, ale, no właśnie, Mercy ufał w kwestiach estetyki trochę bardziej niż sobie samemu. Nie uważał też tego za jakoś szczególnie istotną kwestię, skoro jeszcze się tym nie zajął, ale ostatnie, czego teraz potrzebował w życiu, to ludzie z wydawnictwa wydzwaniający do niego, że spóźnia się z jakąś decyzją (jeszcze nie wiedział, jakie luksusy czekały go w tych kwestiach już niedługo). Skoro jednak zmienili temat na dużo istotniejszy, istniała szansa, że o okładce zapomni i ktoś będzie musiał na niego nakrzyczeć. Nie wyglądał jednak na specjalnie tym faktem przejętego, a kiedy usłyszał, że mógł nie robić tego teraz, po prostu uniósł nieco brwi i spojrzał na Mercy trochę rozbawiony, zupełnie jakby chciał ją spytać, czy naprawdę była to kwestia, którą chciała odkładać na kolejne później. Ją, nie siebie samego oczywiście, chociaż, rzecz jasna, to wcale nie było tak, że czuł się teraz zbyt zajęty albo zbyt ważny, żeby zajmować się przeprowadzką. Tak naprawdę nie wiedział, jak się czuł, więc po prostu skupił się na tym mailu na tyle, na ile był teraz w stanie. - Nie, czemu? – spytał, odrywając wzrok od telefonu. - Wygląda dobrze – skwitował i w kwestii podobania lub niepodobania to pewnie tyle, ile był w stanie jej powiedzieć. Pokoje miały ściany i drzwi, chyba nawet okna, nie wyglądało na to, że deptaliby siebie nawzajem, gdyby próbowali we dwoje kręcić się po kuchni i nic jakoś szczególnie nie wypalało mu oczu, więc generalnie dom idealny. - Mhm – odparł trochę bezmyślnie, ale po chwili udało mu się przetworzyć to, co właśnie usłyszał i znowu oderwał wzrok od ekranu. Przez chwilę przyglądał się Mercy uważnie, a potem westchnął, jakby przegrał wewnętrzną walkę sam ze sobą. - Okej, to… może być moja wina – przyznał i trochę bezradnie wzruszył ramionami. - Ale nie ma po co tego dłużej odkładać, chcesz od razu złożyć ofertę? Ma spory ogródek, pokoje dla dzieci, miejsce na gabinet, chyba nie ma się nad czym zastanawiać – stwierdził, jeszcze raz zerkając na plan, żeby sprawdzić, czy czegoś sobie właśnie nie wymyślił. Nie wymyślił, dom wyglądał jak stworzony pod ich najważniejsze potrzeby, nawet jeśli jakiś pokój mieliby wykorzystać tylko na składowisko zabawek JJa. - Możemy zadzwonić już teraz i wspomnieć o tej kanapie w gratisie, może się uda.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-01, 20:38


Kiedy okazało się, że ma się o niego nie martwić (teraz czy tak ogólnie?) po prostu pokiwała głową i poszła do kuchni, żeby ogarnąć jedzenie tylko sobie, skoro Will nie chciał. A kiedy już usiadła na szafce, czekając, aż jej obiad się nagrzeje, w odpowiedzi na jego pytanie mogła tylko wzruszyć ramionami, może nawet trochę przepraszająco – jedyne, co mogłaby mu teraz powiedzieć, to że zwyczajnie nie wyglądał, jakby te zdjęcia mu się podobały, ale sama dobrze wiedziała, że to zwyczajnie głupie. Tym bardziej, że chyba nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłoby jakoś mocno przeszkadzać Willowi w tym, jak wygląda jakiś dom – na kolor ścian albo mebli pewnie nie zwrócił nawet większej uwagi, bo domyślała się, że takie rzeczy zwyczajnie go nie obchodziły. I choć to ona wspomniała o tym, że ten dom jej się podoba i że mają coraz mniej czasu na przeprowadzkę, propozycja Willa mimo wszystko trochę go zaskoczyła. Chciał to robić tak… tak od razu, jakby decydowali się nie na dom, a na nowy, nie wiem, dzbanek filtrujący? Mam wrażenie, że Mercy nawet z decyzją o dzbanku chciałaby poczekać dłużej, ale przecież obiecała sobie, że tym razem niczego im nie spieprzy jeszcze bardziej. Nie będzie marudzić ani kręcić na nic nosem, nie będzie się upierać na szukanie domu idealnego i… okej, chyba mogła przeprowadzić się do miejsca, którego nie widziała na żywo, skoro Will je zaakceptował – oczywiście o ile obecni właściciele będą chcieli im ten dom sprzedać. Nie tylko dlatego, że coraz bardziej uwierał ją ten brak konkretów i zachowywanie się mniej więcej tak, jakby ona zamierzała przenieść się do jakiegoś schowka w nowym szpitalu, a Will zostałby ze Stellą w Chicago, ale też dlatego, że przecież miała już sporą wprawę w mieszkaniu w domach, którym daleko było do idealnych. Przetrwała w domu zmarłej teściowej, a teraz mieszkali w miejscu, w którym wydarzyły się chyba wszystkie najgorsze rzeczy w trakcie ich małżeństwa, dom numer cztery miał naprawdę wyjątkowo nisko zawieszoną poprzeczkę (zwłaszcza jak na Mercy). - Możemy poczekać, aż Jackson wróci z karate? – zaproponowała. - Jeśli spojrzy na te zdjęcia i on też powie, że są okej, to możemy dzwonić dzisiaj, ale… chciałabym, żeby spojrzał? – podobnie jak w przypadku męża, nie wiedziała, co miałoby się nie podobać Jacksonowi w zdjęciach domu zamieszkanego przez innych ludzi, ale chyba zakładała, że cała ta przeprowadzka może być wystarczająco trudna z wielu różnych powodów i nie chciała stawiać ich dziecka przed faktem, jakby nikt się z jego zdaniem nie liczył i się nim nie interesował, więc będzie musiał spakować zabawki i przenieść się tam, dokąd mu każą. Mikrofalówka zaczęła hałasować już drugi raz, przypominając o jej obiedzie, więc zostawiła Willowi masło orzechowe, a sama zsunęła się z szafki, by naciągnąć rękawy bluzy na palce i w ten sposób spróbować się nie poparzyć, wyciągając gorącą miskę. Dość mocno martwiło ją, że tym razem chyba też reagowała niewystarczająco entuzjastycznie, dokładnie jak poprzednim razem, dlatego żeby próbować się wokół tego nie zafiksować tak, jak potrafiła (i jak często robiła), spojrzała na Willa i zaproponowała: - Pokażesz mi te okładki?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-02, 12:11


- Pewnie – powiedział natychmiast i chyba chwilę zajęło mu zorientowanie się, czemu poczuł się z prośbą Mercy trochę niekomfortowo. Nie dlatego, że o tym w ogóle wspomniała, ale dlatego, że on sam nie pomyślał, że dobrze byłoby spytać ich trzeciego współlokatora o to, czy dom mu się w ogóle podoba. Decydowanie się na dom w pół sekundy, owszem, brzmiało jak Will zdecydowanie bardziej niż unikanie podjęcia decyzji przez kilka tygodni, ale kolejna chwila czy dwie wpatrywania się w Mercy uświadomiły mu, że teraz mogło to wyglądać dość dziwnie – nie dlatego, że Mercy dziwnie się zachowywała lub z jej reakcjami było coś nie tak, chodziło po prostu o to, że Will potrzebował momentu na ułożenie swoich myśli. I chociaż moment był krótki, uświadomił mu ogrom rzeczy, których jeszcze nie załatwili w związku z Bostonem. Podrapał się jeszcze raz po brodzie, marszcząc mocno brwi, a potem, kiedy usłyszał pytanie Mercy, pokiwał po prostu głową. - Za chwilę, okej? – spytał, wziął od niej to masło orzechowe i zaraz odstawił je z powrotem na szafkę. - Właściwie zanim się zdecydujemy, pewnie przydałoby się ten dom zobaczyć na żywo, prawda? – powiedział, bo najwyraźniej czasem udawało mu się dojść do jakiegoś mądrego wniosku. - I kiedyś powinienem pewnie podpisać umowę, o ile w ogóle ciągle chcą mnie do tej pracy – dodał zaraz, pod dużym wrażeniem tego, jak bardzo do niedawna miał to nie tyle głęboko w dupie, co po prostu ta kwestia dla niego nie istniała. Jasne, wstępnie zadeklarował się na uniwersytecie, ale to przecież Harvard, skąd miał wiedzieć, czy chciało im się czekać na jego ostateczne „tak”? - Jeszcze szkoła JJa... – mruknął i zmarszczył się niesamowicie mocno, próbując dojść do tego, jak to wszystko mu w ogóle umknęło. Will był zazwyczaj dobrze zorganizowany i o ile rozumiał, że Mercy miała na głowie inne rzeczy i nie mogła się tym zająć, nie miał pojęcia, czemu on sam się za to wszystko nie zabrał. Przecież kupców na swój aktualny dom też pewnie powinni już zacząć szukać, może też w ogóle ustalić, kiedy chcą się przenieść? Jego czoło przypominało aktualnie Wielki Kanion, a Will oparł się o szafkę trochę tak, jakby był pod zbyt dużym wrażeniem swojego nieogarnięcia, żeby samodzielnie prosto stać. - Trzeba się za to wszystko zabrać jak najszybciej – powiedział trochę do Mercy, ale trochę jednak do siebie. Odetchnął jeszcze ciężko i podniósł głowę, bo dopóki próbował ułożyć szalejące plany, których jeszcze nie zrealizowali, trochę prościej było mu wpatrywać się w pustą podłogę. I kiedy tylko spojrzał na swoją żonę, wzruszył trochę bezradnie ramionami i uśmiechnął się bardzo słabo i przepraszająco. - Odkładaliśmy to ze względu na mnie, prawda? – upewnił się. On też pamiętał, że powiedział jej, że nie jest w stanie planować przeprowadzki, kiedy sytuacja w ich rodzinie wygląda tak, jak wyglądała i wydawało mu się, że mniej więcej w tym momencie przestali się tym zajmować. Tym, dzieckiem, tak naprawdę czymkolwiek, co dotyczyłoby ich wspólnej przyszłości. - Mam nadzieję, że nie myślisz, że nie chcę, zmieniłem zdanie czy… cokolwiek? – dopytał, chyba trochę znając odpowiedź na to pytanie. - Ostatnio jest trochę więcej roboty, ale znajdę na wszystko czas, to nie problem – zapewnił, chyba przez chwilę chcąc się tym wytłumaczyć. Ale potem wzruszył ramionami jeszcze raz i splótł ręce na klatce piersiowej. - Chciałbym ci dać dobry nowy dom. Lepszy niż ten, tylko… jeszcze nie wiem, jak to zrobić. Ale takie rzeczy idą mi obrzydliwie wolno, jestem w tym dużo gorszy niż bym chciał i jest duża szansa, że zanim się dowiem, minie zbyt dużo czasu, którego nie mamy, więc… to chyba nie jest najlepsza droga. Ale jeśli ten naprawdę ci się podoba, to świetnie, chcę, żebyś miała przynajmniej… dobry budynek – skoro niczego więcej nie mógł jej tutaj zaoferować. Will nie szukał idealnego domu, szukał dobrego domu. Z jednej strony był naukowcem, inteligentnym facetem i wiedział, że życie nie naprawiało się tylko dzięki przeprowadzce. Ale z drugiej chciał po prostu, żeby było… lepiej. Żeby Mercy było trochę lżej. Żeby mogli myśleć o swojej przyszłości chociaż odrobinę bardziej entuzjastycznie i może trudno było mu w nią wejść, dopóki nie wiedział, jak do tego doprowadzić. Może po prost presja, którą nałożył na siebie i na swoją rodzinę była znów zbyt duża, a jego wymagania po prostu niewykonalne, więc... trzeba się było po prostu brać do roboty.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-02, 17:34


Po prostu skinęła głową, godząc się na to, że okładki pooglądają sobie potem – co mogło być pierwszą rzeczą, którą zrobią wspólnie od jakiegoś czasu, jakby się nad tym zastanowić – bardzo próbując nie martwić się tym, czy może przypadkiem nie zrobiła czegoś źle po raz kolejny, przez co Will uznał, że nie będzie pokazywał tych okładek swojej beznadziejnej żonie. Zamiast tego usiadła przy stole, o ile mieli stół w okolicy, zjadła ze dwie łyżki i dopiero wtedy spojrzała na Willa. - Hm, nie wiem, niekoniecznie? – bardziej go spytała niż zajęła stanowisko. - Nie planowaliśmy chyba lecieć do Bostonu w najbliższym czasie, a ty kończysz teraz rzeczy z książką, jest koniec semestru i pewnie ciężko byłoby tu wcisnąć kilka dni wolnego, żeby lecieć oglądać domy. A nie sądzę, żeby jacyś ludzie zgodzili się nie sprzedawać domu przez kolejny miesiąc, bo my byśmy chcieli go jeszcze zobaczyć i może wtedy się zdecydujemy, nie mówiąc już o tym, że jeśli my będziemy czekać jeszcze trochę, to zaraz będzie już na tyle późno, że jedyną opcją będzie zamieszkanie w moim szpitalu – wzruszyła lekko ramionami. Oczywiście, że chciałaby zobaczyć miejsce, w którym mogą zamieszkać, zanim podjęliby jakieś poważniejsze kroki, ale w tym momencie najbardziej zależało jej na tym, żeby mieli jakikolwiek dom, nawet jeśli miałby być brzydki. I choć nie miała żadnego sensownego powodu, by się tak poczuć, chyba dość mocno zaskoczyło ją, że Will faktycznie nie załatwił przecież jeszcze niczego w związku ze swoją nową pracą. Bo i dlaczego miałoby mu na tym zależeć – ta przeprowadzka była ważna dla niej, ale najwyraźniej dla nikogo innego, a ona w jakiś sposób to rozumiała, bo gdyby tylko miała taką możliwość, też nie chciałaby ze sobą mieszkać. - No, tak – przytaknęła. - Musimy wypisać Jacksona z obecnej szkoły, sprawdzić, czy w tej w Bostonie w ogóle jest jeszcze miejsce, a jeśli nie, to znaleźć mu nową szkołę, wystawić ten dom, sprzedać dom, kupić jakiś i sprawdzić, czy możemy się tam wprowadzać od razu czy trzeba robić jakiś remont, spakować wszystko, zastanowić się, jak to przewieźć, zdecydować, co zabieramy, a co musimy kupić, pewnie wysłać mnie do psychiatry w Bostonie, dowiedzieć się, gdzie będziemy mieszkać, żeby zmienić adresy w bankach i wszędzie indziej… i ogarnąć wszystkie inne rzeczy, które trzeba zrobić, kiedy myślisz o przeprowadzce do innego stanu – wzruszyła ramionami, celowo mówiąc „myślisz” – w ich przypadku „planowanie” było chyba zdecydowanie za dużym słowem. - Jeśli jednak chcesz szukać winnych, to ja w tym domu jestem na antydepresantach – przypomniała. Nie była na niego zła (nawet jeśli nie rozumiała jego zachowania w związku z pracą) ani nie uważała, że Will powinien się tym wszystkim zająć dużo wcześniej, przecież ona, w przeciwieństwie do męża, miała chyba sporo wolnego czasu, nawet jeśli przeznaczała go głównie na leżenie i płakanie. Przystopowali, kiedy Will powiedział, że nie może teraz myśleć o przeprowadzce, ale nie mógł tego robić z powodu Mercy, a przecież od tego czasu wcale nie było między nimi lepiej – przecież oni się już nawet nie całowali, a zamiast tego Will musiał ją namawiać, żeby poszła spać, to jaką wspólną przyszłość oni mieliby teraz planować? Dlatego nawet jeśli chciałaby to wiedzieć, jedyne, co mogła mu powiedzieć, to: - Nie wiem – przyznała, patrząc na niego dość przepraszająco, ale… skąd miała to wiedzieć? Zwłaszcza kiedy wciąż łapała każdą okazję, żeby samej sobie dokopać, więc lista powodów, przez które Will mógł (może nawet powinien) się rozmyślić, ciągnęła się bez końca. - Wiem, że chcesz – zapewniła dość łagodnie. - Ale ja wcale tego od ciebie nie oczekuję. Właściwie to nawet tego nie chcę, chcę, żebyśmy razem mieli dom, który jest… w porządku. A nie, żebyś wszystko robił sam, myśląc o tym, żeby tylko mi było dobrze – wzruszyła lekko ramionami.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-02, 20:35


- Okej, masz rację – przytaknął, kiedy okazało się, że Mercy radzi sobie z ogarnianiem rzeczywistości dużo lepiej niż on i może myśleć bardzo logicznie, kiedy jej mąż nie był w stanie nawet rozplanować jakoś przeprowadzki. To było o tyle skomplikowane, że w normalnych warunkach nie miałby nic przeciwko – Mercy zawsze była jego oparciem i wiedział, że mógł na nią liczyć, kiedy to on miał słabszy moment, nie miał czasu albo po prostu potrzebował pomocy w robieniu czegoś. Jednocześnie teraz czuł, że zwyczajnie nie powinna martwić się takimi rzeczami, bo to był jej czas na zdrowienie. Powinna mieć poczucie, że jak najwięcej rzeczy jest pod kontrolą, że nie musi wszystkiego pilnować i że może spokojnie skupić się na sobie. I naprawdę się potem dziwił, że czuła, że musi w środku nocy gotować im zupę, skoro on nie mógł ogarnąć czegoś tak podstawowego jak przeprowadzka albo upewnienie się, że jednak będzie miał pracę? - Okej – powtórzył jeszcze raz, kiedy zaczęła wymieniać rzeczy, którymi się jeszcze nie zajęli i przetarł twarz dłońmi. Jakim cudem w ogóle do tego dopuścił? - Nie chcę szukać winnych – powiedział natychmiast. Nie potrafił w tym dostrzec winy Mercy, bo tak, jak kiedy on był po operacji ręki, nie wymagałby od siebie regularnego sprzątania domu i gotowania, tak od niej teraz zwyczajnie nie wymagał ogarniania rzeczywistości. Walczyła z wyjątkowo upierdliwą chorobą i mogła nie zająć się pewnymi rzeczami. On z niczym nie walczył, on był po prostu nieodpowiedzialny. - Wiem – powiedział, siadając naprzeciwko niej przy stole. Nie dlatego, że miał przy tym stole coś szczególnego do roboty, po prostu nie za bardzo wiedział, co powinien teraz ze sobą zrobić. Wiedział, że znowu wymyślił sobie coś, czego zupełnie nikt nie potrzebował tylko dlatego, że uważał, że jest odpowiedzialny za dobrostan każdej osoby w tej rodzinie. Wiedział też, że… dobry dom to chyba faktycznie zbyt duże wymagania. Nie miał żadnych umiejętności zmieniających albo przynajmniej naginających rzeczywistość, więc to, że ich sytuacja w innym mieście będzie chociaż trochę lepsza od tej teraz było po prostu poza zasięgiem jego możliwości (pewnie, że jego, od innych absolutnie by tego nie wymagał). - W takim razie poczekamy na Jacksona i zobaczymy, co z domem, a od jutra zabierzemy się za całą resztę. Mogę zająć się sprzedaniem tego domu, chcesz wziąć szkołę? – spytał tonem, który dość jasno wskazywał na to, że Will postanowił przestać się nad sobą użalać i zabrać się do roboty. Może i chciałby pogadać więcej o tym, czemu miał z tym taki problem do tej pory, ale teraz nie widział za dużego sensu – nie mieli dużo czasu, nie było potrzeby przeciągania tego wszystkiego, a on może przynajmniej w ten sposób na cokolwiek się przyda, prawda? Nie zastanawiał się jeszcze nad tym, co zrobią, jeśli ich syn stwierdzi, że dom mu nie odpowiada, ale może to i dobrze, bo okazało się, że tym nie musieli się martwić. JJ dość szybko zdecydował, który pokój będzie jego (jeden miał rakietę namalowaną na ścianie, nie trzeba było nawet zgadywać), zaakceptował całą resztę pod warunkiem, że w ogródku będzie kosz i mogli zająć się tymi wszystkimi rzeczami, które trzeba było robić w domu w ciągu dnia. Gdzieś między odrabianiem lekcji a gadaniem o tym, że z kolegami z klasy próbowali dzisiaj skakać ze schodów za szkołą, ale jeden z nich wywalił się na twarz i musiała go zabrać karetka (JJ był całkiem dumny, że skoczył przed nim, przeskoczył wszystkie schodki i miał tylko trochę zdarte kolano), Willowi udało się jeszcze zadzwonić. Potem, jeszcze w jakiejś przyzwoitej porze, skontaktowali się z agentką i chociaż złożyli już wstępną ofertę, kiedy Jackson poszedł spać, a Mercy zeszła na dół, Will odłożył laptopa i przesunął się na kanapie, gdyby chciała usiąść. - Mam chyba całkiem niezłą wiadomość, nie będziesz musiała sama utrzymywać rodziny. Skontaktowałem się z Harvardem, wszystko jest okej – powiedział, bo wcześniej nie miał na to za dużo czasu w całym domowym zamieszaniu. - I obiecuję, że nie będę pytał cię o to codziennie od nowa, ale jeszcze raz muszę, okej? Na pewno wszystko jest z tym domem w porządku? Pokoje, ogródek, ogrzewanie? Jest tak, jak byś chciała? – upewnił się, bo naprawdę mocno zależało mu na tym, żeby Mercy jeszcze przynajmniej raz potwierdziła, że tak, chociaż tyle im wyszło.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-03, 01:15


Jasne, że zgodziła się wziąć szkołę, nawet jeśli w tym momencie zupełnie nie czuła, że jest w stanie ogarnąć takie rzeczy. Nie uważała Willa za nieodpowiedzialnego, a tym bardziej nie uważała przeprowadzki za coś, co jest łatwe do ogarnięcia – nie było, bo składało się na nią wiele różnych, większych i mniejszych, łatwiejszych i trudniejszych rzeczy, o których trzeba pamiętać, zaplanować je w czasie i w odpowiedniej kolejności, a potem po kolei odhaczać kolejne punkty. I nawet jeśli przynajmniej o części z tych punktów pamiętała, to czuła się tym wszystkim dość mocno… przytłoczona? Była zmęczona, smutna i trochę rozbita (nie wiedziała czy to kwestia leków, czy po prostu była bezużyteczną pierdołą, która niczego nie potrafi zrobić ostatnio dobrze, ale na wszelki wypadek bliższa była jej ta druga wersja), a przez to ciężko było jej się za cokolwiek zabrać, a tym bardziej za sprawy, których nie załatwi jedna rozmowa telefoniczna ani szybki reaserch w Internecie. Na szczęście ogarnięcie zmiany szkoły wciąż było chyba trochę łatwiejsze od ogarnięcia całej przeprowadzki, a kilka godzin później chyba nawet odrobinę się ucieszyła, że to ona dostała szkołę – słuchając opowieści JJa (a Mercy miała przy tym taką minę, jakby jej ośmiolatek właśnie relacjonował, jak walczył z kolegami zamknięty w klatce) zanotowała sobie w głowie, żeby, jeśli to możliwe, spróbować znaleźć w Bostonie szkołę z jak najmniejszą liczbą schodów. I nawet jeśli po tych kilku godzinach, jakie mogli jeszcze spędzić z Jacksonem, zanim mały poszedł spać, czuła się dość mocno wymięta i może nawet trochę bardziej rozluźniona – przy Jacksonie nie musiała się ciągle zastanawiać, czy nie reaguje nieodpowiednio, co ostatnio dość często robiła chyba przy Willu. To znaczy, pewnie, może powinna się nad tym zastanawiać też przy JJu, bo bez zastanowienia mogłaby z góry założyć, że robi źle całe mnóstwo rzeczy, ale nawet jeśli powiedziałaby coś źle albo okazała niewystarczająco entuzjazmu, to ich syn raczej tego nie oceniał i nie zaproponowałby jej potem wizyty u terapeuty, bo jest beznadziejna i chujowo się z nią żyje.
Po tym, jak Jackson zasnął, na dół zeszła chyba głównie po to, żeby nie być frajerką, która chodzi spać o tej samej porze co ich dziecko, nawet jeśli głowa bolała ją tak, że miała wrażenie, że zaraz jej pęknie na pół. Usiadła na kanapie, pewnie przy zachowaniu jakiegoś lekkiego dystansu, i położyła głowę na jej oparciu. - Wszystko aktualne? – upewniła się. - Fajnie, będziesz musiał do nich pojechać czy uda się to załatwić przez Internet? – spytała, skoro jeszcze dzisiaj rozmawiali, że to może być kiepski moment na wyjazd. - No pewnie – przytaknęła, wzruszając lekko ramionami. Naprawdę chciała się tym wszystkim cieszyć bardziej – tym, że jej mąż najwyraźniej nie planuje się z nią rozwodzić, nawet jeśli nie robi tak szybkich postępów w leczeniu jak by chciała i tym, że być może znaleźli sobie właśnie nowy dom, ale to wszystko wciąż było zwyczajnie… trudne. Ciężko było jej się tym wszystkim entuzjazmować, chociaż pewnie nie umiałaby nawet wyjaśnić, czemu tak jest i domyślała się – a przede wszystkim, bardzo się tym martwiło – że życie z nią i planowanie z nią czegokolwiek musiało być teraz niesamowicie męczącym doświadczeniem, tym bardziej, że przecież coś podobnego usłyszała od Willa podczas ich ostatniej wizyty w Bostonie i zdecydowanie potraktowała to jako zarzut. Teraz, trochę jakby próbowała uprzedzić w tym męża, sama miała do siebie duże pretensje o to, jak się zachowuje i, może nawet bardziej, o to jak się nie zachowuje, dlatego próbowała to wszystko ogarnąć bardzo sprawnie i bardzo zdecydowanie, zwłaszcza że wiedziała przecież, że Will nie jest raczej kimś, z kim można dłużej pogadać o tym, jaki mają obecnie kolor ścian w salonie. Robiła więc coś bardzo głupiego – martwiąc się tym, że nie będzie potrafiła cieszyć się tym wystarczająco (i tym, że Will tak pomyśli), sama sobie zabierała wszystko, co w kupowaniu nowego domu mogłoby być fajne. - Ogródek jest w porządku, pokoje też, a o ogrzewaniu nie mam pojęcia. Tylko… jest chyba trochę za duży jak na trzy osoby? – wcześniej nie zwróciła na to większej uwagi, patrząc na zdjęcia i plan, wychodziła z założenia, że jeśli nie potrzebują dodatkowej sypialni, mogą tam wstawić biurko Willa i tyle. Dopiero kiedy Jackson mógł wybierać spośród kilku dziecięcych sypialni, uświadomiła sobie, że planują kupić dom z kilkoma pokojami dla dzieci, których oni przecież nie mieli i było w tej myśli coś bardzo niewygodnego, tym bardziej, że temat dziecka stał się chyba jeszcze większą niewiadomą niż przeprowadzka, a ona nie miała innego wyjścia niż po prostu o to spytać. - Poczekaj, nie chcę cię spytać, czy ten dom jest za duży czy nie. Chodzi mi o to, że… w Bostonie próbowałeś ze mną porozmawiać o tym, czy planujemy więcej dzieci, ale… właściwie nie wiem, czy ty byś chciał. Ja… nie chodzi mi o teraz, bo wiem, że teraz jest dość… kiepsko, ale… kiedyś, za jakiś czas, chciałbyś mieć więcej niż dwoje dzieci? To… nie wiem, nie chodzi mi teraz o żadne poważne deklaracje, żeby potem cię z tego rozliczać, po prostu wydaje mi się, że jeśli bierzesz to pod uwagę, to wtedy może faktycznie warto mieć trochę miejsca w zapasie, nawet jeśli później okaże się, że go nie wykorzystamy. Ale jeśli już teraz wiemy, że to nie jest żadna opcja, możemy się jeszcze trochę rozejrzeć za domem, który ma mniej pomieszczeń – chyba łatwiej byłoby im potem przerobić sypialnię gościnną (albo składzik JJa) na pokój dziecka niż za kilka lat zorientować się, że jednak mają za mało miejsca i muszą się znów przenieść, jeśli chcą, żeby Rory nie musiała spać pod schodami.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-03, 12:53


- Wszystko aktualne – potwierdził. - Tyle, ile się da, załatwimy na odległość, a resztą zajmiemy się, jak będziemy przy okazji w Bostonie – wyjaśnił jeszcze, bo okazało się, że Harvard chyba jednak odrobinę go u siebie chciał i nie robili mu specjalnych problemów w związku z tym, że mieszkał daleko i trochę odwlekał podjęcie decyzji. Od Mercy nie oczekiwał jednak żadnego skakania z radości, większego entuzjazmu czy czegokolwiek innego, bo Will po prostu na bieżąco weryfikował rzeczywistość. Wcześniej nie wiedział, co to oznaczało, kiedy nie wyglądała na szczęśliwą, nie był pewny, jak miał sobie radzić, kiedy jego coś cieszyło, a ją ani trochę i gubił się w tym, czy powinien ufać jej słowom – a wiadomo, że miewali tendencje do okłamywania się nawzajem w kwestii emocji i samopoczucia – czy jednak temu, co widzi. Teraz wiedział, z czego to wynikało, w głowie miał odnotowane, że apatia czy niższa ekspresja emocjonalna są po prostu objawami depresji i nie wymagał od niej niczego więcej. Wierzył, że nie próbowała ukrywać przed nim, że tak naprawdę tylko marzy o zostawieniu go w tym Chicago w cholerę i że jej brak entuzjazmu nie wynikał z tego, że czegoś nie chciała. Nie miał za to pojęcia, że Mercy wciąż katowała sama siebie przez to, że, owszem, Willowi w pewnym momencie było ciężko i nie wiedział, jak rozwiązać to inaczej, niż jej o tym mówiąc. To było cholernie trudne, to ich błędne koło niesprawnej komunikacji i rekreacyjnego obwiniania się o to, że druga osoba śmie posiadać uczucia i je wyrażać. Robili to oboje, oboje chcieli czuć się odpowiedzialni za to, że temu drugiemu może być ciężko, smutno albo może się zezłościć, zupełnie nie dając mu przestrzeni na przeżywanie tego, że tak, czasem po prostu jest ciężko i, owszem, czasem przyczynia się do tego najbliższa osoba. Gdzieś po głowie Willowi obijały się słowa ich terapeutki, o tym, że mogło się to wiązać z poczuciem kontroli – wiara w to, że ją jeszcze mają, pozwalała im jakoś przetrwać, ale jednocześnie kazała wierzyć, że są w stanie w pełni kontrolować też szczęście tej drugiej osoby. I że jeśli jest nieszczęśliwa, to na pewno ich wina, bo jakoś tę kontrolę odpuścili. W jakimś sensie pewnie to do niego przemawiało, może to nawet było bardziej o nim niż o Mercy, bo przecież dochodziło do tego jego chorobliwe poczucie odpowiedzialności za ich cały wszechświat, ale nie zmieniało to faktu, że było to ciężkie. I chyba oboje ich nauczyło – właściwie zupełnie niepotrzebnie – dużej powściągliwości w rozmawianiu o swoich emocjach. Bo nie mogli powiedzieć, że im smutno, żeby to drugie od razu nie przypisało sobie za ten smutek winy. A kiedy to sobie przypisywało, to pierwsze czuło się z tym okropnie i mamy każdy dzień w życiu Hartów. Teraz też, co nie powinno chyba nikogo dziwić, Will nie zareagował od razu. Zamiast tego przez chwilę przyglądał się Mercy, próbując ocenić jej stan emocjonalny i to, ile w ogóle była w stanie teraz od niego usłyszeć. Była na to jakaś dobra odpowiedź? Czy jeśli powie po prostu to, co miał w głowie, skończy się jak zawsze? - Nie wiem – powiedział wreszcie. Przekręcił się tak, żeby siedzieć naprzeciwko niej i położył rękę na oparciu kanapy, żeby – bardzo ostrożnie badając, czy to w ogóle było okej – przeczesać włosy Mercy i zacząć powoli ją po nich głaskać. - Brzmi trochę tak, jakby tylko moje zdanie było tu istotne. Dlatego, że wiesz, że ty byś chciała czy w ogóle nie bierzesz swojego zdania po uwagę? – spytał. - Bo ja… nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym – przyznał. Myślenie o ich rodzinie w przyszłości bardzo szybko przestało być dla niego po prostu przyjemną rozrywką i Will nawet nie próbował eksplorować tego, czego mógłby w tych kwestiach chcieć. Nie za cenę, którą zazwyczaj przy próbach takich rozmów ponosili – aktualnie myślenie o trzecim dziecku wydawało mu się nawet nie tyle nie na miejscu, co zwyczajnie niebezpiecznie. - Wtedy w Bostonie to naprawdę był tylko… idiotyczny pomysł, jakaś głupia myśl, która przyszła mi do głowy. Że może warto byłoby się zastanowić, w którą stronę z tym wszystkim idziemy, tylko tyle – wyjaśnił, zanim zorientował się, że Mercy zupełnie nie o to go dzisiaj pytała. - Ale nie wiem, czy skoro mamy dom, który wydaje się naprawdę okej, sensowne jest szukanie innego tylko dlatego, że miałby o jeden pokój mniej. Najwyżej będziemy tam trzymać moje książki, które się nie sprzedadzą – uśmiechnął się lekko, wciąż (jeśli nie miała nic przeciwko, oczywiście) bawiąc się włosami Mercy. - Ale skoro rozmawiamy o dzieciach, mogę cię o coś spytać? Jeśli to nie jest dobry moment, nie musisz mi na to odpowiadać, naprawdę. Chodzi mi tylko o to, czy… cały czas planujemy adopcję? Wiem, że jeśli tak, czekamy na dobry moment, ale chcę się tylko upewnić, czy nic się nie zmieniło.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-04, 23:29


Nie była przyzwyczajona do tego, że Will czegoś nie wie. To nie tak, że miałaby z tym jakiś problem albo uważała, że jest w tym coś złego, po prostu do tej pory była raczej przyzwyczajona do Willa, który podejmuje decyzje sprawnie i szybko, a przede wszystkim nie lubi rozmawiać o żadnych potencjalnych problemach czy sytuacjach, które mogą zadziać się dopiero za kilka lat. I chyba także z tego powodu zareagowała tak, jak zareagowała, gdy ją o to spytał w tym barze – założyła od razu, że to coś, o czym Will już sporo myślał i że ma na ten temat już jakąś konkretną opinię, dlatego to rusza. - Nie mówię, że bym chciała – zapewniła, chyba nawet odrobinę zaskoczona tą myślą: tym, że ona, Mercy, mogłaby chcieć mieć troje dzieci, kiedy nie mogła przecież urodzić ani jednego i kiedy psuła im wszystkie plany dotyczące dzieci, jakie do tej pory próbowali układać, łącznie z tym, z którym przez chwilę była w ciąży (bardzo dziwne mi to zdanie wyszło, chodzi mi o to, że Mercy była w ciąży z dzieckiem, a nie z planem, jakby co). - I nie, nie chodzi mi o to, że tylko twoje zdanie się liczy, chodzi mi bardziej o to, że… nie wiem, nawet gdyby tylko jedno z nas myślało trochę poważniej o dzieciach, to już byłby powód, żeby zostać przy większej liczbie pomieszczeń. To ma sens? – spojrzała na niego ze zmarszczonym czołem. Miała wrażenie, że nie umiała się jakoś sensownie wysłowić, a chodziło jej tylko o to, że naprawdę nie traktowała tego jak poważnej deklaracji ani nawet żadnego planu – o to byłoby jej ciężko zwłaszcza teraz, kiedy na dobrą sprawę nawet to drugie przestali na poważnie planować. - Okej – przytaknęła, powstrzymując się od wypominania mężowi, że absolutnie każdy dom, który nie miał dziury na środku podłogi, Will prawdopodobnie uznałby taki, który jest „naprawdę okej”. - Dobrze, że masz tę pracę w Bostonie, skoro nie muszę utrzymywać rodziny, z mojej pensji możemy kupować te twoje niesprzedane książki – zaproponowała, chociaż jest szansa, że jej własna matka ją wyprzedzi i wykupi cały zapas. O ile w ogóle się dowie, że jej ulubiony zięć wydał książkę. Póki co jej ulubiony zięć zadawał Mercy pytania, więc po prostu przytaknęła, chyba starając się pamiętać, że w takim razie nie może zacząć zaraz płakać, bo byłaby straszna siara.
Nie miała pojęcia, kiedy miał być ten dobry moment na dziecko i jakaś część niej od razu chciała zacząć mówić o tym, że ona rozumie, że pewnie zupełnie się do tego nie nadaje, że nie dziwi się, jeśli Nate (napisałam to i skoro temat jest o wspólnych dzieciach, to zbyt piękne, żeby poprawić) uważa, że dziecko właśnie z nią to jednak fatalny pomysł i że branie antydepresantów tym bardziej nie robią z niej lepszej kandydatki na czyjąkolwiek mamę (a może jednak?), ale udało jej się ugryźć w język i zamiast tego… po prostu kiwnęła głową. - Ja bym chciała – przytaknęła, a w świecie i głowie Mercy Hart to wciąż była dość duża i znacząca nowość: takie zwyczajne zaakceptowanie, nawet jeśli głównie przed samą sobą, tego, że tak, chciałaby mieć za jakiś czas dziecko (nawet jeśli wybrała sobie na to najgorszy moment w ciągu ponad siedmiu lat małżeństwa), zamiast skupiać się na tym, że muszą adoptować, bo ona jest zepsuta, że zawodzi Willa tą adopcją, skoro coś innego mu obiecała i że jest obrzydliwym człowiekiem, skoro nie umiała ucieszyć się z ciąży, gdy faktycznie jej było, a teraz nagle zebrało jej się na dzieci jak jakiemuś psu ogrodnika. Drugą ważną sprawą była też zgoda na to, że chce być dla Jacksona po prostu mamą, zamiast zasłaniać się jakimś głupim rodzicem i zastanawiać się, czy nie wpycha się gdzie nie trzeba, zabierając mu jego biologiczną mamę. - Ale z samym Jacksonem też jest dobrze, więc jeśli jednak coś się zmieni, to… w porządku – zapewniła, chyba próbując dać mu w ten sposób furtkę, gdyby on się jednak rozmyślił.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-07, 22:37


Istniała spora szansa, że Will też nie był przyzwyczajony do tego, że czegoś nie wie – przynajmniej przez zdecydowaną większość życia, bo ostatnio chyba coraz częściej zdarzało mu się orientować, że nie jest w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi na masę pytań. Było to tym trudniejsze, że coś podpowiadało mu wciąż, że tak nie powinno być. Will powinien być zdecydowany, pewny i trzymać wszystko w ryzach, bo jeśli czegoś nie wie, zaraz życie zaczyna się rozpadać. Może gdyby miał jakieś konkretne, nienaruszalne zdanie w sprawie dzieci, wszystkim byłoby łatwiej. Obyłoby się bez wątpliwości, głupich pytań i prób zastanawiania się, jak mogłoby być, które faktycznie nie pasowały do niego tak bardzo, że łatwo było wyobrazić sobie, że miał przez to na myśli coś zupełnie innego. Może byłoby im obojgu prościej, gdyby dążyli do jakiejś bardzo skonkretyzowanej wizji rodziny i wiedzieli, czego od siebie oczekują, ale przecież wcale tak nie było. Jedyne, co na temat swojej rodziny Will wiedział na pewno to, że była nią Mercy, a potem jeszcze JJ i tych podstaw nie chciał ani nie zamierzał zmieniać. Wszystkie kolejne pytania wymagały od niego dużo zastanowienia – niektóre zdążyły się przez ostatnie miesiące ułożyć, a niektóre ani trochę, więc teraz Will mógł po prostu kiwnąć głową bo nie wiedział, co innego mógł jej odpowiedzieć. - Nie umiem ci powiedzieć, czy myślę o tym… poważniej. Pewnie nie, pewnie nie w takim sensie, w jakim ty myślisz poważniej o przyszłości. Ale nie wiem, czy to powód, żeby rezygnować z tego domu – powtórzył, wzruszając lekko ramionami. Miał jakieś wyrzuty sumienia, że tak okropnie namieszał swoim głupim pomysłem po kilku drinkach, bo on przecież naprawdę nie fantazjował o trzecim dziecku, kiedy nie mieli nawet drugiego. Chciał po prostu wiedzieć, czy Mercy kiedyś o tym myślała, czy po drugim stawia kreskę, czy może fajnie byłoby się nad tym razem pozastanawiać. Nad trójką dzieci, nad psem, nad wakacjami, nad masą innych rzeczy, których nie potrzebował bezwzględnie do szczęścia, ale o które po prostu chciałby móc spytać swoją żonę. Nie sądził, że wpłynie to na to, czy będą zwlekać z kupieniem domu, który nie miał dziury na środku podłogi albo skończy się tak, jak się skończyło. Nie był też pewny, czy jego kolejne pytanie było w ogóle na miejscu. Nie chciał wywierać na Mercy presji, nie chciał, żeby czuła, że czegoś teraz od niej oczekiwał i zanim mu odpowiedziała, przyglądał jej się niesamowicie uważnie, jakby najmniejsze drgnięcie na twarzy miało mu wskazać, że trzeba się z tego jednak wycofać i dać jej spokój. Tym bardziej był więc zaskoczony jej jasną, prostą odpowiedzią i tym, że faktycznie nie usłyszał tych wszystkich rzeczy, które pewnie spodziewał się usłyszeć. - Chodzi o to, czy coś się zmieni u mnie? – upewnił się i jeszcze przez krótką chwilę po prostu jej się przyglądał. On też miałby teraz dużo do powiedzenia: o tym, że nie chciał na nią naciskać, że wie, że to kiepski moment na to pytanie i na dziecko, że dostosują się do niej, że jeśli to u niej coś się zmieni, to nie będzie problemu, że… dziesiątki innych rzeczy, które miały chronić Mercy i odsunąć jego własne potrzeby na bok. A Mercy przecież wcale nie chciała być ciągle chroniona, za to jego potrzeby może potrzebowały jednak czasem trochę przestrzeni dla siebie. - Nic się nie zmieniło, ja też bym chciał – powiedział. Chyba dawno im się to nie zdarzyło. Bez dodatkowych tłumaczeń, bez robienia slalomu wokół siebie nawzajem, powiedzieć sobie, czego chcieli. - Znajdziemy jakiś moment, żeby porozmawiać o tym poważniej, okej? Nie zbywam cię teraz, wyglądasz po prostu na zmęczoną, a… podjęliśmy już dzisiaj chyba całkiem sporo decyzji – uśmiechnął się lekko i pochylił się, żeby pocałować Mercy w czoło, a potem na moment oprzeć swoje czoło o jej. - Dzięki, że mogę je podejmować z tobą. A teraz chodź spać, okej? – spytał trochę rozbawiony i jeśli Mercy nie postanowiła jednak się uczyć, poszedł z nią na górę, nie tyle dlatego, że jakoś szczególnie chciało mu się spać, ale żeby móc z nią po prostu poleżeć.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-11, 00:55


3
Nie przyszło jej chyba nawet do głowy, że mogliby mieć na dzisiaj jakieś plany. Jedyne, co chciała dzisiaj zrobić, to spać i nastawić sobie ze trzy alarmy w ciągu dnia, żeby pamiętać, że musi zadzwonić do swojej matki – o ile uda jej się dobić, bo kiedy rodzisz szóstkę dzieci, w dniu matki możesz być całkiem popularna. Dość szybko jednak odkryła, że jej plan dnia musi ulec zmianie, bo gdy wróciła do domu z nocnego dyżuru, Jackson i Will byli już w trakcie rozmowy o tym, że mały nie chce dziś iść do szkoły, ale nie chce też powiedzieć czemu. Dopiero gdy kończyła już kawę (patrząc na swojego męża i syna, doszła do wniosku, że nie uda jej się dzisiaj szybko iść do łóżka, żeby trochę dospać), doznała małego olśnienia albo po prostu, jak na kogoś, kto miał tendencję do zapominania o urodzinach i wszystkich ważnych świętach (a jeśli nawet pamiętała, zdarzało jej się po prostu nie przyjść), wiedziała już, że o dniu matki lepiej powinna pamiętać, o ile chce mieć względny spokój przez następne trzy lata. Niezależnie czy była geniuszką, czy po prostu chujową córką, chyba wpadła wreszcie na powód, przez który ich syn nie chciał iść dziś do szkoły, ale próba spytania go o to, czy będą robić coś w szkole z okazji dnia mamy, kończyła się równie źle i bezskutecznie co próby wyciągnięcia z niego, czemu chce zostać dzisiaj w domu. Stanęło wreszcie na tym, że JJ zostanie razem z Mercy, skoro dziecko im się trochę zacięło, a ona i tak była w domu, nawet jeśli sporą część dnia planowała być nieprzytomna. Zamiast tego musiała być bardzo przytomna i bardzo cierpliwa, bo JJ nawet po tym, jak Will pojechał do pracy sam, nie był w najlepszym humorze. Spędzili przez to dość dziwny dzień, a Jackson, najwyraźniej w towarzystwie nie tej mamy, z którą chciałby teraz być (ale akurat o tym starała się nie myśleć, te wszystkie niefajne i ciężkie sprawy związane z tym, jak sama mogła się teraz czuć, zepchnęła gdzieś głęboko w dół i nie pozwalała im wyleźć, zwłaszcza że skutecznie przysłaniały je myśli dotyczące tego, że martwi się o małego), uparcie odrzucał wszystkie jej propozycje, niezależnie od tego czy Mercy chciała układać klocki, iść do zoo czy zjeść lody. Większość dnia minęła więc Jacksonowi na leżeniu w piżamie przed telewizorem i nieodzywaniu się do niej (nie mogła powiedzieć, że ani trochę tego nie czuła ani się nie utożsamiała po tym, jak wszystkie głupie skutki uboczne antydepresantów zaczęły wreszcie ustępować), jednak wreszcie musiała wyciągnąć go z domu. Z bardzo prostego powodu: ich lodówka wyglądała tak, jak zwykle potrafiła wyglądać lodówka Hartów, więc nie mieli niczego na obiad. Wspólna wizyta w sklepie spożywczym najwyraźniej była jeszcze do zaakceptowania, ale kiedy tylko wsiedli do auta, zadzwonili do niej ze szpitala, bo okazało się, że nie wypełniła jakichś papierów i byłoby super, gdyby teraz rzuciła wszystko i podjechała do pracy. Ją to, oczywiście, głównie zirytowało i nie zamierzała nigdzie jechać (bo i co jej zrobią, niech ją zwolnią), ale ze zdziwieniem zorientowała się, że JJ, który słyszał całą rozmowę w samochodzie, trochę się ożywił i podobała mu się wizja wycieczki do szpitala – biologicznie może i nie mieli za wiele wspólnego, ale jeśli jakiś ośmiolatek ekscytował się na myśl o wizycie w szpitalu, tu jednak musiało być dziecko Mercy i Willa. Po drodze zadzwoniła jeszcze do męża, żeby dać mu znać, że przypadkiem wpadną do jego pracy, gdyby miał piętnaście minut wolnego, a potem zabrała JJa i wszystkie papiery, które musiała teraz ogarnąć, do gabinetu Willa i Stelli (dopiero zobaczyłam to dopasowanie imion, hm). Kiedy Will przyszedł, Mercy zdążyła już zrobić sobie kawę i próbowała sprawnie ogarnąć pracę, a Jackson kręcił się po pokoju, oglądając… te wszystkie lekarskie rzeczy, które tutaj były. - Hej, ile masz czasu? – spytała go na dzień dobry, oczywiście gotowa na ułożenie im planu. - Bo jeśli masz tylko chwilę, możecie iść na przykład sprawdzić, czy w sklepie na dole mają coś fajnego, ja potrzebuję ze dwudziestu minut, żeby to dokończyć – jasne, zawsze miło było zobaczyć Willa w ciągu dnia, ale przecież ściągnęła go głównie do opieki nad dzieckiem. - A jeśli możesz się na trochę urwać, możemy iść na jakieś… gofry? Bo oczywiście jesteśmy bez obiadu – wyjaśniła i zwróciła się do małego z pytaniem, czy chce gofra, ale na gofry z Mercy też nie miał ochoty.
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-15, 23:48


Nie miał pojęcia, kiedy ostatni raz miał dzień, w którym nie martwiłby się o któregoś członka swojej rodziny, ale chyba dość dawno nie miał takiego, w którym martwiłby się równie mocno o nich dwoje. Z domu wychodził z jakimś nieprzyjemnym poczuciem, że po powrocie czeka ich dużo mniej przyjemna atmosfera, ale mimo najszczerszych chęci chyba niewiele mógł dziś rano z tym zrobić. Nie miał za dużo czasu, żeby porozmawiać z Mercy albo Jacksonem, bardzo mocno próbował też wybić sobie z głowy myśl, że jest im niezbędny do rozwiązania ich dzisiejszego problemu, ale przez cały dzień nie mógł przestać mniej lub bardziej o tym myśleć. Wiedział dokładnie tyle, ile usłyszał, kiedy popijał na szybko kawą jakieś śniadanie i szukał laptopa, którego wczoraj zakopał pod stosem książek i artykułów, ale nie dało się ukryć, że brzmiało to dość dramatycznie. A wydawało mu się, że ostatnie, czego Mercy teraz potrzebowała, to wątpienie w swoją rolę w życiu ich syna i myślenie, że jest niewystarczająca. JJ z kolei na pewno nie potrzebował teraz poczucia, że coś było nie tak z jego więzią z rodzicami, szczególnie skoro niedługo w nowym miejscu miał wystartować tylko i wyłącznie z nimi. Nad tym, czego mógł tu potrzebować Will już się nie zastanawiał, ale wydawało mu się, że kiedy jak kiedy, ale teraz naprawdę był tu najmniej ważny. Szczególnie, że – umówmy się – skupiania się na sobie miał dość na następne miesiące albo i lata. Całe szczęście (albo i nie?) zastanawiania się, jak jego rodzina dzisiaj daje radę funkcjonować, nie miał wcale tak dużo, bo już niedługo, właściwie zaraz po tym, jak przyjechał do szpitala, mógł wejść do swojego gabinetu i się z tą rodziną przywitać. - Muszę podpisać kilka rzeczy i jestem wolny – powiedział natychmiast, nie tylko dlatego, że jego kompulsywna potrzeba kontroli nie pozwalała mu teraz tak po prostu ich olać i wrócić do roboty. Zwyczajnie nie miał jej dużo, bo projekt zamykał się dość radośnie i sprawnie (nie dało się inaczej, Will bardzo szybko przyzwyczajał pracowników, że jest albo sprawnie, albo w ogóle), on skończył na dzisiaj zajęcia i faktycznie musiał tylko zostawić swój podpis pod kilkoma papierkami. Zaraz jednak musiał trochę się zmarszczyć, bo ich syn, który nie ma ochoty na gofry, faktycznie brzmiał podejrzanie. - W takim razie pójdziemy do sklepu i pomyślimy, co zamówić na obiad, co? Chyba że stwierdzisz, że jednak gofry – uśmiechnął się najpierw do Jacksona, a potem do Mercy, spokojnie i pewnie, jakby chciał jej przekazać, że będzie okej, nawet jeśli młody ma dzisiaj gorszy dzień. Pocałował ją jeszcze w głowę i zabrał raczej niezadowolonego z życia JJa, żeby popatrzeć, co jest w sklepie i kupić mu coś słodkiego na przetrwanie, a potem poszli do jednego z gabinetów obejrzeć plastikowy model mózgu. Dali Mercy jeszcze kilka dodatkowych minut, a kiedy wrócili, Will machnął podpis pod tymi kilkoma papierami, które na niego czekały i mogli zbierać się do domu. JJ wciąż nie był zbyt chętny na wspólny spacer, ale całkiem zaangażował się w wybór obiadu. Po jedzeniu i krótkiej debacie zdecydował, że na judo jednak chętnie pojedzie, więc Will odstawił go na trening, obiecał, że odbierze go punktualnie i wrócił do domu. Dopiero kiedy spojrzał na kręcącą się po dole Mercy, uśmiechnął się pod nosem, podszedł do niej i, jeśli nie miała nic przeciwko, krótko pocałował. - Wszystkiego najlepszego – powiedział, odgarniając jej włosy z twarzy. Może trochę na zapas, gdyby JJ tego nie zrobił, ale głównie dlatego, że nadal uważał ją za świetną mamę do pracy w rodzicielskim duecie. - Chociaż dzisiaj byłoby chyba być trochę lepiej, co? Rozmawialiście o tym, co się dzieje? Coś ci mówił? – spytał, bo z nim Jackson też nie chciał specjalnie rozmawiać w drodze na trening.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-16, 19:12


– Jest… maj – zauważyła niezwykle błyskotliwie, patrząc na Willa z lekką niepewnością kogoś, kto potrafił zapamiętać całe mnóstwo informacji z podręcznika, z którego obecnie się uczyła, ale wciąż przerastało ją zapamiętywanie dat czyichś urodzin, rocznic ślubu i tych wszystkich ważnych okazji, które ludzie zwykle chcieli świętować i oczekiwali, że Mercy złoży im życzenia. Albo przynajmniej się pojawi, bo to też nie zawsze jej przecież wychodziło. I choć dzień matki mógł się – niestety – okazać dzisiaj dość istotnym świętem w ich domu, w pierwszej chwili nie połączyła tych dwóch rzeczy, bo… chyba wcale nie uważała, że należą jej się życzenia z tej okazji? To wszystko wciąż było dość skomplikowane, pewnie nawet o wiele bardziej, niż chciałaby tego sama Mercy, ale tak jak oczywiście, że kochała Jacksona i był po prostu ich, a nie jakimś tam adoptowanym dzieckiem, z którym mieszkali, bo ktoś musiał się nim zająć. Ale równocześnie, nawet jeśli bardzo chciałaby być jego mamą, wciąż ciężko było jej tak o sobie myśleć. Zawsze zawieszała sobie poprzeczkę idiotycznie wysoko (niech Will poczeka, aż się dowie, co sobie wymyśliła na lato) i macierzyństwo nie było tutaj wyjątkiem. Miała wrażenie, że robi za mało, za słabo się stara, za rzadko przy nim jest i nie zasłużyła nawet na żadne „wszystkiego najlepszego”, bo przecież życzenia składało się dzisiaj takim Margaret, które urodziły szóstkę i całe życie spędziły w domu z dziećmi, a nie takiej… jej. To, jak się okazuje, miało też swoje dobre strony, bo nie było jej tak przykro, jak Will pewnie mógł sobie wyobrażać, że jest – a przynajmniej nie w tej chwili albo zwyczajnie sobie tego nie uświadamiała, bo i tak czuła się dziś obrzydliwie na kilku różnych poziomach, zaczynając od tego, że martwiła się o Jacksona, a kończąc na tym, że w nocy prawie nie spała. I miała nadzieję, że przynajmniej z tym ostatnim uda jej się coś zrobić, dlatego gdy Will wrócił do domu i przyszedł się całować, ona próbowała rozpracować ekspres do kawy. - Nie, w ogóle – przyznała i pokręciła głową, trochę blada, niewyspana i zdecydowanie zmartwiona. - Próbowałam go jeszcze rano podpytać, czy robią dzisiaj coś w szkole na dzień matki, a on bardzo się wtedy spiął, więc zakładam, że coś robią, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Właściwie to potem też, nie chciał nic powiedzieć, nie chciał się w nic pobawić, nie chciał nigdzie jechać… - wzruszyła ramionami trochę bezradnie, a trochę przepraszająco, bo nie mogła sobie poradzić z tym niewygodnym poczuciem, że powinna dzisiaj lepiej sobie poradzić. - Możesz spróbować zabrać go na jakieś lody po treningu? – poprosiła po chwili. - Może po karate będzie miał trochę lepszy humor, a ja nie chcę, żeby cały dzień miał… taki. Mogę posprawdzać za ciebie kolokwia, jeśli masz dzisiaj dużo roboty – jej mąż mógł mieć dosyć skupiania się na sobie (na marginesie, terapia małżeńska to doskonały moment, żeby dojść do takiego wniosku), ale Mercy najwyraźniej wciąż była paskudną egoistką i po całym dniu słyszenia, że JJ nie chce nigdzie z nią iść ani niczego z nią robić, zaczęła podejrzewać, że może trochę chodzi o to, że nie chce tych wszystkich rzeczy po prostu robić z nią, a nie tak w ogóle. A ona całkiem mocno żałowała, że Jackson zrezygnował z gofrów, bo ona totalnie zjadłaby dzisiaj gofra. Zamiast tego westchnęła i spojrzała na Willa, żeby spytać: - Mogę się przytulić?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-23, 12:09


- Tak. Dzień matki jest w maju. Prawda? – zawahał się, bo przecież Will też nie należał do ludzi, którzy dobrze orientowali się w datach i w świętowaniu. W ich domu to Mercy była tą najbardziej zorganizowaną, Will o ważnych dniach pamiętał tylko od czasu do czasu, częściej bardziej przypadkiem niż celowo albo kiedy były naprawdę wybitnie ważne. I chociaż zapytany w dowolnym innym momencie roku pewnie ani dnia matki, ani dnia ojca jako wybitnie ważnych by nie wymienił, to teraz, owszem, za właśnie taki ten dzień uważał. Szczególnie w świetle ich ostatnich rozmów, kiedy wyglądało na to, że kiedyś te ich rodzicielskie obowiązki jednak rozszerzą się na jeszcze jednego małego Harta. Wciąż trudno było powiedzieć, kiedy to kiedyś miało nastąpić, ale Will był jakby pewniejszy odkąd ruszyli temat i ustalili, że oboje wciąż chcieli dokładnie tego samego. Na tyle, że dość ważne wydawało mu się przypominanie Mercy, że tak, to jak najbardziej był jej dzień, podobnie jak każdy inny, bo przecież była dla JJa naprawdę świetną mamą. Nawet jeśli aktualnie mieli najwyraźniej mały kryzys i Will mógł tylko ze zrozumieniem pokiwać głową po słowach swojej żony. - Wiesz, że to nie ma nic wspólnego z tobą, prawda? Jackson ma za sobą zdecydowanie więcej niż dzieciak w jego wieku powinien mieć, coraz więcej rozumie i pewnie trochę zajmie mu ułożenie sobie tego w głowie. Ale to nie znaczy, że od teraz cię nienawidzi i już nigdy nigdzie z tobą nie pójdzie, przecież on cię uwielbia – uśmiechnął się niewyraźnie, jednym kącikiem ust, bo zdawał sobie sprawę z tego, że łatwiej było mu mówić niż Mercy to przyjąć, bo przecież to nawet nie dotyczyło jego bezpośrednio. W dodatku Will nie miał konkurencji w postaci ojca, który gdzieś był – może kiedyś się pojawi, może JJ sam będzie chciał go znaleźć, ale tym też nie przejmował się za bardzo, bo czuł się w swoim rodzicielstwie i większości rzeczy, które robił, zwyczajnie pewniej. I bardzo starał się pamiętać, że te rzeczy, które właśnie powiedział, wcale nie musiały być dla Mercy oczywiste. - Nie wiem, czy cię to pocieszy, może nie, ale… chyba musi czuć się z tobą całkiem bezpiecznie, skoro tak po prostu pokazuje, że jest niezadowolony, prawda? To chyba znaczy, że nie boi się, że źle się to dla niego skończy – wzruszył ramionami, bo nie był wcale pewny, czy mógł to odnieść do ośmiolatka. Wiedział za to, że to, co robił JJ było całkowitym przeciwieństwem jego własnego doświadczenia, bo Will przy swojej matce zwyczajnie nie mógłby zrobić niczego takiego. A skoro ten temat został ostatnio trochę rozgrzebany, trudno było mu nie docenić komfortu, jaki Jackson miał w wyrażaniu swojej złości. - Spróbuję. I nie martw się, niczego na dzisiaj nie mam – zapewnił i zaraz uśmiechnął się lekko. - Pewnie, że tak – powiedział, mocno ją do siebie przyciągając. Ostatnio nie robili tego chyba zbyt często, a on przecież zawsze uwielbiał mieć ją blisko siebie. Ale teraz za najważniejsze uznawał dostosowywanie się do Mercy i nieprzekraczanie jej granic – ani trochę nie wątpił w to, że go kochała i chciała z nim być, to, że mało się przytulali czy całowali, nie mogło tego w żaden sposób zmienić. Skoro jednak sama teraz go o to poprosiła, Will oplótł ją ramionami i pocałował ją w głowę, zanim oparł na niej policzek, przez chwilę po prostu tak z nią stojąc. Potem pocałował ją we włosy jeszcze dwa czy trzy razy i zatrzymał się gdzieś w okolicach jej ucha. - A ty nie chcesz pójść na gofry albo lody i chociaż trochę poświętować? – spytał, bo może jeszcze tak zupełnie nie stracił umiejętności rozpoznawania potrzeb swojej żony.
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 





32

wiek


kończy rezydenturę na neurochirurgii

PRACA


z Willem jeszcze będzie dobrze

UCZUCIA




  
Mercury
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-23, 20:53


Pokiwała głową w odpowiedzi, przy okazji przypominając sobie, że wciąż nie zadzwoniła dzisiaj do własnej matki, bo jej dobra organizacja opierała się także na tym, że nie marnowała czasu na pierdoły, takie jak pamiętanie o święcie ludzi, z którymi wcale nie była mocno związana, a zamiast tego skupiała się na rzeczach najważniejszych, takich jak urodziny ich dziecka. Rzeczy, którym nadawała znaczenie, czasem się zmieniały (kilka lat temu nie przywiązywała dużej wagi do zawartości ich lodówki, skoro większość dnia i tak spędzali w pracy, a przecież nie umrą z głodu, zanim przyjedzie kolacja, za to teraz, gdy mieli Jacksona, wszystkie jedzeniowe tematy stały się o wiele ważniejsze), ale może przynajmniej nie zmieniało się to, że czasami potrafiła być całkiem inteligentna, dlatego wreszcie zrozumiała, z jakiej okazji to “wszystkiego najlepszego”. - Dzięki - powiedziała po prostu, nie dodając, że wciąż ani trochę nie uważa, żeby akurat dzisiaj jej się to należało - była w stanie zaakceptować chociaż tyle, że nawet jeśli ona tak nie myśli, Will dalej może chcieć złożyć jej życzenia. - Wiem, że nie chodzi o mnie, nie jest mi… przykro ani nie myślę, że JJ na pewno chciał mi zrobić na złość. Po prostu, oprócz tego, że się o niego martwię, to zwyczajnie chciałabym umieć zrobić tak, żeby było mu z tym wszystkim… łatwiej - wzruszyła bezradnie ramionami, zerkając na Willa, żeby sprawdzić, czy zrozumiał o czym mówi. Nie dramatyzowała ani nie zadręczała się od rana tym, że ich syn teraz jej nienawidzi (z drugiej strony, była raczej przekonana, że Jackson uwielbia Willa, ona była dość trudna do uwielbiania), wciąż starała się pamiętać, że dzisiaj - w dzień matki - to nie o nią tutaj chodziło, więc nie ma sensu się tym zadręczać, ale mimowolnie czuła, że nawaliła. Że mogła i powinna zrobić więcej, nie tylko dzisiaj, ale też przez ostatnie miesiące, żeby byc w stanie bardziej JJowi pomóc i jeśli nie zapobiegać podobnym dramatom, to przynajmniej je minimalizować. - Nie wiem, musi? - spytała bez cienia sceptycyzmu, bo sama raczej nie myślała o dzisiejszym dniu w tych kategoriach. Ostatnio pewnie siłą rzeczy więcej myślała o Violet, ale wielu rzeczy wciąż nie rozumiała też dlatego, że w jej domu wszystko funkcjonowało zupełnie inaczej, a Mercy bez żadnych oporów trzaskała drzwiami albo przestawała się odzywać, żeby okazać swoje niezadowolenie albo ukarać matkę. - Dzięki - powiedziała, całkowicie przekonana, że może mu ufać, gdy Will mówi, że spróbuje coś zrobić, więc jej nie pozostało teraz już nic innego, jak tylko się do niego przytulić i westchnąć. W pierwszej chwili uśmiechnęła się lekko, gdy Will zaproponował jej gofra, ale bardzo szybko zaczęła się tym pomysłem stresować, dlatego w odpowiedzi pokręciła głową. - Nie, powinnam się pouczyć - powiedziała. Jasne, że powinna, ale przede wszystkim, jak absurdalne by to nie było, bałaby się chyba iść teraz z Willem na lody. Albo nie tyle iść, a zwyczajnie bardzo bała się, że coś na tych lodach zepsuje - bo jest niewyspana, bo miała kiepski dzień, bo nie będzie wiedziała co mu powiedzieć, żeby nie zepsuć mu humoru albo nie zmartwić, bo przecież przez większość czasu robiła tylko to, więc… chyba bezpieczniej będzie po prostu nie próbować, prawda? - Poza tym… chyba nie mam za bardzo czego świętować - spojrzała na niego trochę bezradnie, a trochę przepraszająco, bo co mieliby dzisiaj uczcić - to, że ich dziecko nie chciało iść dzisiaj do szkoły, żeby zrobić Mercy jakąś laurkę z dinozaurami?
 
nick:żona Willa
multi:żona Jona, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Chicago
 





43

wiek


narzeka na przyszłych lekarzy i pisze książki

PRACA


bezwarunkowo uwielbia swoją żonę

UCZUCIA




  
William
   Hart

  

  

  

  

  

  

2021-05-23, 22:20


- Wiem – powiedział, patrząc na nią poważnie, ale jednocześnie bardzo czule. - Ja też bym chciał, obawiam się tylko, że tak się nie da. I wiem też, że to dla ciebie żadna przeszkoda – uśmiechnął się ostrożnie, chyba próbując jednak ukryć trochę rozbawienia. Wiedział, że Mercy faktycznie nie zatrzymywało powiedzenie jej, że czegoś nie dało się zrobić, obstawiał też, że ta świadomość nie zmieni jej podejścia do własnego rodzicielstwa, więc po prostu pokiwał głową po jej kolejnym pytaniu. - Wydaje mi się, że tak to może działać – powiedział z pełną świadomością, że nadal jemu było dużo łatwiej mówić niż Mercy przyjąć to do wiadomości. Ale nie próbował jej teraz tylko pocieszyć, mówił całkowicie szczerze – dziecko, które były pewne miłości swojego rodzica i czuło się z nim bezpiecznie, mogło pozwolić sobie po prostu na dużo więcej. Jackson prawdopodobnie nie bał się więc, że ktoś go teraz zostawi albo że zostanie za to zachowanie jakoś okropnie ukarany, bo nic takiego nie mogło się z jego rodzicami stać. Skoro jednak Mercy zrezygnowała ze wspólnych gofrów, Will objął ją jakby trochę mocniej i pokiwał głową na znak, że rozumie. - Nie potrzebujesz nikogo, kto by cię przepytał? – zaproponował, próbując brzmieć na na tyle rozbawionego, żeby się nie narzucać, ale żeby jednocześnie Mercy mogła potraktować tę propozycję zupełnie na serio. Niezależnie od tego, co usłyszał w odpowiedzi, nie chciał jej jednak jeszcze puszczać, więc dał sobie kolejną chwilę na przytulanie, zanim trochę się od siebie odsunęli. - Nie musisz, jeśli nie chcesz, ale, o ile dobrze pamiętam, masz dziecko, więc jesteś mamą. Jednego, za jakiś czas drugiego i… brzmi jakbyś była w pełni uprawniona do świętowania – poinformował ją i może wreszcie puścił, żeby mogła zająć się swoimi sprawami (chyba że faktycznie mógł pomóc). A skoro rodzinne wyjście na lody niekoniecznie im wyszło, po judo JJa lody przyszły do nich i może nawet udało im się je rodzinnie zjeść w salonie. Salonie, które opuszczenie najwyraźniej stawało się z każdym dniem coraz bardziej realne, bo już jakiś (czas później Mercy i Will mieli oglądać ten zupełnie nowy, w którym za jakiś czas będą jedli nie tylko lody, ale też pewnie żarcie na wynos z nowych ulubionych miejsc w Bostonie.
Ich wycieczka miała bardzo napięty plan, więc tym razem niespecjalnie mieli chyba czas na zwiedzanie i spacerowanie. Prosto z lotniska wybrali się na Harvard, żeby oficjalnie potwierdzić, że owszem, Will będzie uczył trochę mądrzejszych ludzi niż do tej pory (a przynajmniej taką miał nadzieję, ale z drugiej strony nie był pewny, czy bez tego narzekania na głupich studentów nie zabraknie mu przypadkiem rozrywek w życiu), a po szybkim obiedzie w jakimś poleconym przez jego przyszłych współpracowników miejscu mieli wreszcie spotkanie w ośrodku adopcyjnym. Nie zadziało się jeszcze chyba nic oficjalnego, dostali po prostu do wypełnienia całą tonę papierów, a miła dziewczyna, z którą rozmawiali, cierpliwie wyjaśniła, że to dopiero początek, ale biorąc pod uwagę wszystko, co ostatnio działo się w ich życiu, to chyba był dość duży krok. Idealnym zwieńczeniem była więc chyba późnopopołudniowa wizyta w ich nowym domu. Z kawami kupionymi na mieście (może znaleźli też dobre wegańskie pączki) omówili z agentką najważniejsze kwestie, a potem dostali czas dla siebie, żeby się po domu trochę porozglądać i podjąć ostateczną decyzję. Po wyciecze po wszystkich pokojach Will opadł na kanapę w salonie i zmarszczył czoło, wpatrując się w ścianę naprzeciwko. - Myślę, że tu, nad telewizorem, to idealne miejsce, żeby w jakiejś złotej gablocie powiesić moją książkę – poinformował swoją żonę, uśmiechając się szeroko, jak ktoś, komu nie tylko nic w tym domu nie przeszkadzało – okazało się, że Will potrafił się czymś zachwycić i tym czymś był gabinet pełny pustych półek, które czekały na osobny samolot pełen jego książek z Chicago. Zaraz wyciągnął rękę, żeby Mercy do niego podeszła i uśmiechnął się do niej dużo łagodniej. - Dużo tego jak na jeden dzień, co? Jak się czujesz? – spytał, bo pewnie nie mieli nawet czasu porozmawiać w drodze z ośrodka do domu. - Dalej ci się tu podoba?
 
nick:to także ja
multi:jak najbardziej
miasto:jeszcze Chicago
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do: