Poprzedni temat «» Następny temat




40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-13, 19:58
 

Chyba nie wiedział, że stał przed budynkiem już piętnaście minut, bezmyślnie wpatrując się w szklane drzwi, za którymi od czasu do czasu kręcił się portier. Pewnie było koło dwudziestej pierwszej, może dwudziestej drugiej, nie był pewny – wyszedł z domu jakieś trzy godziny temu i od tamtej pory ani razu nie spojrzał na zegarek. Chyba był w szoku, aktualnie ciężko było mu cokolwiek stwierdzić. Kiedy odklejał sobie Ellie od nogi, bo z jakiegoś powodu uparła się, że tata nie powinien jednak jej zostawiać, nie spodziewał się, że ten dzień skończy się… aż tak niesamowicie źle.
Nie był pewny, dlaczego nie może zebrać się do wejścia do domu. Może dlatego, że najwyraźniej to wcale nie miał być już ich dom? Może dlatego, że właśnie stał przed bardzo namacalnym dowodem swoich głupich, nieprzemyślanych decyzji i czuł się zwyczajnie… idiotycznie? Naprawdę wiedział, że w środku, absurdalnie wysoko (na tyle, żeby widok mógł być wystarczająco niesamowity) czekała na niego rodzina, która zrozumie. Czekała Jamie, a przecież po ich ostatniej rozmowie czuł się bliżej niej niż kiedykolwiek i chyba naprawdę wiedział, że zaakceptuje go z każdą nową głupotą. Ale… ciężko było mu przyznać się do tego przed sobą samym. Nawalił. Zaangażował się w coś, od czego powinien trzymać się na zdrowy dystans, naprawdę myślał, że ludzie potrafili się zmienić i na domiar złego wciągnął w to całą swoją rodzinę. A wystarczyło raz a porządnie powiedzieć nie i siedzieć na tyłku w stacji, dla której zarabiał wystarczająco dużo pieniędzy, żeby dostawać nowe biurka.
Kiedy wreszcie zebrał się w sobie na tyle, żeby wejść do środka, wsiąść do windy i otworzyć drzwi, chyba była na tyle pogrążony we własnych myślach, że rzucające się na niego bliźniaki zwyczajnie go zaskoczyły. Na tyle, że musiał przytrzymać się ściany, żeby nie wylądować na tyłku i odrobinę zmusić się, żeby uśmiechnąć się do nich tak szeroko, jak oni do niego – nawet jeśli Leo, kiedy ojciec już ukucnął, z wielką radością położył mu na policzek łapkę ubrudzoną w dżemie. A kiedy już złapał spojrzenie Jamie, zanim jeszcze podszedł, żeby ją pocałować, po prostu lekko pokręcił głową – trochę na znak, że chwilowo nie będą na o tym gadali, a trochę, żeby przekazać jej, że spotkanie zupełnie się nie udało. Kolejne kilkadziesiąt minut minęło im na przekonywaniu dzieci, że spanie jest naprawdę spoko, ale przedtem warto byłoby się umyć, szczególnie jeśli ktoś postanowił cały wysmarować się dżemem (którego nawet nie jadł, po prostu udało mu się z siostrą sięgnąć po słoik). Wreszcie wojnę wygrali jednak rodzice i kiedy Jamie jeszcze kładła ostatnie Meyerątko spać, Jon już wrócił do kuchni, żeby w powoli schnącej koszulce wytrzeć ubrudzone dżemem szafki w kuchni. I akurat, kiedy żona postanowiła do niego zajrzeć, nadepnął na leżący na podłodze samochodzik i chyba tylko cudem nie obudził swoich dzieci jakimś naprawdę brzydkim przekleństwem. – Będę to wszystko zapamiętywał i wypomnę im za dwadzieścia lat, jak będą czegoś od nas chcieli, przysięgam – poinformował żonę przez zaciśnięte zęby (pomyślałby ktoś, że stopy powinny mu się do tej pory uodpornić na zabawki), wrzucił ręcznik papierowy do kosza i odetchnął bardzo ciężko, opierając się plecami o szafkę. – Jamie, nie będę kończył tego filmu. To… to od samego początku był głupi pomysł – wyrzucił z siebie, trzymając stopę w górze, jakby w czymkolwiek miało mu to pomóc.
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-15, 21:45
 

To nie był najłatwiejszy dzień w życiu Jamie Meyer, okej? Ogarnianie trójki dzieci okazywało się nieoczekiwanie proste, kiedy rano mogliście odstawić bliźniaki do przedszkola, a pod ręką miała nie tylko opiekunkę, ale także dwie pary dziadków, którym w kryzysowych sytuacjach (albo wtedy, kiedy chcesz uprawiać seks w urodziny małżonka) mogłaś podrzucić Meyerątka. W Nowym Jorku nie mieli jednak nikogo, kto mógłby posiedzieć z ich dziećmi – jasne, że mogliby znaleźć tu, na miejscu, jakąś nianię albo zadzwonić do jednej z nowojorskich koleżanek Jamie, gdyby byli mocno zdesperowani, ale… nie było tu nikogo, kogo ich dzieciaki dobrze znały i przy kim czułyby się równie dobrze co w domu dziadków czy z opiekunką, dzięki czemu wyrzuty sumienia ich mamy były stosunkowo małe. Teraz, po kilku dniach w Nowym Jorku, gdy Jon załatwiał swoje dorosłe sprawy, a Jamie uwsteczniała się przy ich dzieciach, pod koniec dnia naprawdę musiała się czasem skupić, żeby ustalić, które z dzieci to Lily, a które Leo. Dlatego, choć oczywiście wiedziała, gdzie jej mąż wychodzi dziś wieczorem, zanim wrócił, praktycznie zdążyła zapomnieć o jakimś Isaacu – ledwie pamiętała, że ma jeszcze jakiegoś męża, który wkrótce wróci, żeby ją uratować. Kiedy pokręcił głową na wejściu, po prostu uśmiechnęła się do niego i powiedziała, że go kocha, a potem przedłużyła powitalnego buziaka na tyle, na ile tylko mogła przy ich dzieciach. Zaraz jednak pozwoliła Meyerątkom uwalić tatę dżemem i próbować się na niego wspiąć, bo wydawało jej się, że chwila z małymi może Jonowi zwyczajnie pomóc. Dzielnie asystowała im przy zabawie, ale wkroczyła dopiero wtedy, gdy uznała, że bez przesady, już późno, zabiera bliźniaki do wanny. I choć najchętniej położyłaby się na podłodze obok Leo i zasnęła razem z nim, wiedziała, że w kuchni czeka na nią jeszcze Jon i kolejna ciężka rozmowa, więc zmusiła się, żeby wstać. Zdążyła stanąć w progu kuchni, gdy Jon prawie zginął od zabawki i rzeczywiście zatrzymała się, żeby sprawdzić, czy nie musi wracać do pokoju któregoś z Meyerątek (a wtedy chyba by się rozpłakała, serio). Na szczęście chyba się nie obudziły, dzięki czemu Jamie mogła wejść do kuchni i wyciągnęła dłoń po ten samochodzik. - Daj, za dwadzieścia lat będziesz mógł rozrzucać im te samochodziki po ich pokojach – zaproponowała, przez chwilę udając, że się na to zgodzi i że nie będzie miała problemu z tym, żeby nie traktować ich dorosłych dzieci jak czterolatki. A kiedy już dostała samochodzik, po prostu odłożyła go do jednej z szafek w kuchni (nie, nie wiedziała, dlaczego akurat tam i zanim jej nie otworzyła, nie była pewna, co normalnie się tam znajduje). Rozejrzała się po kuchni z pełną świadomością tego, że miała jeszcze trochę pracy, która najwyraźniej musiała poczekać do jutra. - Okej – powiedziała bardzo spokojnie i uśmiechnęła się do Jona. - Usiądź – poprosiła łagodnie, bo właśnie się okazuje, że mieli w tej kuchni jakąś wyspę z przynajmniej jednym krzesłem. Kiedy usiadł, stanęła za Jonem i objęła go, przy okazji całując w ramię. - Przykro mi, że miałeś ciężkie spotkanie. I wiem, że najchętniej podjąłbyś decyzję już teraz, ale… pobądź przez chwilę w domu, dobrze? Idź pod prysznic, ja zrobię coś ciepłego do jedzenia, zjesz i wtedy o tym porozmawiamy. Jeśli dalej będziesz wtedy uważał, że film to głupi pomysł, to w porządku, ale… najpierw prysznic – poprosiła i, wbrew temu, co właśnie powiedziała, jeszcze przez chwilę zwyczajnie go przytulała, przy okazji kilkakrotnie całując go w szyję.
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-17, 00:22
 

Od pewnego czasu miał wątpliwości co do tego, jak Jamie czuje się w tym całym Nowym Jorku. Wiedział, że obiecała mu, że w razie czego natychmiast mu powie i bardzo chciał jej ufać, ale przecież mieli za sobą dość bogatą historię poświęcania się albo robienia głupich rzeczy, bo wydawało im się, że to drugie jest ważniejsze i teraz właśnie tego potrzebowało. Widział, że miała tu więcej do roboty z dziećmi i mogło jej powoli odbijać, kiedy on pracował, bo w Chicago było zwyczajnie prościej i przyjemniej. Ale przede wszystkim… bardzo chciał, żeby miała wątpliwości. Bo może wtedy to nie on musiałby podjąć ostateczną decyzję z poczuciem, że beztrosko przerzuca swoją rodzinę przez pół kraju, bo wydaje mu się, że chce robić coś, co od samego początku było jednym wielkim idiotyzmem. Dzisiaj chyba jednak ostatecznie dotarło do niego, że nie mógł zrzucać na Jamie podejmowania decyzji za niego. Dzisiaj on ją podejmował i… radził sobie z tym mniej więcej tak dobrze, jak Jon Meyer z podejmowaniem decyzji.
- Zrobię to, obiecuję. Albo kiedy któreś z nich postanowi wziąć ślub, wyrzucę im na drogę karton klocków – zapewnił, bo kochał swoje dzieci ponad wszystko, ale nikt nie zabroni mu fantazjować o uprzykrzaniu im życia za te jego poobijane nogi i plecy, pogryzione ręce i dziury w stopach. Najwyraźniej w stosunku do żony był jednak dużo bardziej wyrozumiały, bo nawet nie zwrócił uwagi na to, że chowała zabawki do szafek (skoro on chował buty do lodówki). Zauważył za to, że bardzo chciała go uspokoić, więc zamiast tłumaczyć jej, że raz w życiu chciał być po prostu stanowczy, posłusznie usiadł na krześle i zacisnął wargi tak mocno, że kompletnie mu zbielały, kiedy głaskał Jamie po przedramieniu. I bardzo chciał jej powiedzieć, że nie byłby w stanie teraz niczego przełknąć, ale skoro już wyganiała go stąd przynajmniej na chwilę, miał jej jeszcze dokładać niejedzeniem? Nie chciał też iść pod prysznic – chciał wyrzucić z siebie wszystko, co się dzisiaj stało, ale… Jezu, przecież wiedział, że musiała mieć już dość jego i jego problemów. On sam miał ich dość, więc po prostu wstał i przeczesał włosy palcami. – Nie miałem… ciężkiego spotkania – mruknął, bo przecież „ciężkie” było jednym wielkim niedopowiedzeniem. Skoro miał jednak pobyć w domu zanim zacznie marudzić, grzecznie poszedł pod ten prysznic i głównie stał pod nim z czołem opartym o ścianę, trochę chcąc po prostu zniknąć, a trochę czując, że wolałby po przyjściu po prostu przytulić się do Jamie i siedzieć tak do tej pory. Był jednak już całkiem dużym chłopcem, więc w końcu wyszedł z łazienki i w bokserkach i jakiejś koszulce, z mokrymi włosami i miną kogoś, kto miał dość, wrócił do salonu. – Teraz jest okej? – upewnił się i jeśli Jamie dała mu coś do jedzenia, nerwowo podrapał się po policzku i spojrzał prosto na nią: - Dziękuję – powiedział, patrząc na kobietę, która pewnie najchętniej poszłaby spać, a zamiast tego musiała go teraz karmić. Bo on nie potrafił podejmować dobrych decyzji. – Dostałem dziś od Isaaca prezent, skoro tak świetnie układa nam się współpraca. Na cześć naszej przyjaźni – poinformował ją wreszcie, przewracając coś na talerzu. – Kokainę. Był przekonany, że z nim wezmę – wyjaśnił zaskakująco spokojnie – albo wciąż w zbyt dużym szoku, żeby zaakceptować, że przydarzyło mu się to naprawdę. – Isaac ćpa, a ja nie planuję kończyć jego filmu. Wziąłem już prysznic i pobyłem chwilę w domu, ale ciągle nie wydaje mi się, że jednak powinienem to zrobić, więc chyba podjąłem decyzję – wzruszył lekko ramionami i bardzo mocno zmotywował się, żeby cokolwiek zjeść. – Nie planowałem was przez to przeciągać, myślałem, że… to coś, za co warto się zabrać. Ale, przede wszystkim, jest potwornie późno, ty spędziłaś cały dzień z dziećmi, a teraz musisz zajmować się mną, więc... możemy porozmawiać o tym jutro. Albo pojutrze, jutro ja z nimi zostanę i będziesz mogła zrobić sobie trochę wolnego, okej? Ja... nic się nie stało. Ze mną ciągle wszystko jest w porządku, niczego nie wziąłem, nic się w tej sprawie nie zmieniło. A ty pewnie potrzebujesz teraz chwili oddechu. Ja tylko... przepraszam, dobrze? Jest jakaś szansa, że... to okej, że naprawdę przepraszam?
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-18, 22:09
 

To, jak się czuła w Nowym Jorku, rzeczywiście było dość… skomplikowane. Z jednej strony, czuła się świetnie – od zawsze uwielbiała Nowy Jork i wiedziała (albo miała nadzieję), że gdyby nie okoliczności towarzyszące jej pierwszej ciąży, prawdopodobnie do tej pory by tam mieszkała. I choć nie była chyba gotowa, żeby przyznać to nawet przed samą sobą, nie mówiąc o jakimś powiedzeniu tego głośno, to… w Nowym Jorku było jej odrobinę lżej, kiedy wiedziała, że jej rodzina przebywa w innym mieście. Zawsze bardzo się lubili ze swoimi rodzicami, ale po tym, jak wróciła do Chicago, przez to całe mieszkanie razem i pomoc przy bliźniakach, jeszcze bardziej się do nich zbliżyła. Problem w tym, że kiedy rozmawiali o tym z Jonem, mówiła całkowicie szczerze – od tego czasu zdążyła wziąć ślub, urodzić trzecie dziecko i już nie rodzice, a właśnie mąż i dzieci były jej najbliższą rodziną. Czuła się trochę lepiej, gdy wiedziała, że Maeve i Seneca znów są na tyle daleko, że może do nich zadzwonić, żeby pogadać, ale nie czuje się zobowiązana, żeby regularnie ich odwiedzać albo próbować ich przekonać, że jej mąż jest super. A poza tym trochę nie mogła się już doczekać, aż wreszcie zrobią z tego apartamentu swój dom – taki, w którym sami czują się dobrze i który im się podoba. Kiedy kupią sobie lampę do sypialni, wybiorą coś do powieszenia na ścianie albo znajdą najładniejszy wazon na kwiaty. Wszystko razem, bo nawet jeśli uwielbiała Nowy Jork, z samą sobą czuła się teraz dość obrzydliwie. Naprawdę wydawało jej się, że już udało jej się przełknąć to, że Jon zawsze będzie zarabiał lepiej niż ona, ale skoro razem żyją i razem wychowują dzieci, to razem wydają te jego pieniądze. Bez większego problemu kupowała więc, na przykład, trochę lepsze rzeczy dla Meyerątek i nie martwiła się, kiedy szli na jakieś droższe jedzenie. Ale sama Jamie na swoim bezrobociu czuła się coraz gorzej (mniej więcej tak, jakby była jakimś leniwym, ohydnym – także fizycznie – darmozjadem) i… okazało się, że kupienie przez Jona apartamentu w centrum Nowego Jorku niemal tak nonszalancko, jakby w ostatniej chwili dorzucił do koszyka w sklepie paczkę chipsów, trochę ją przytłaczało i przeżywała jakiś duży regres. Na tyle, że nie wpadłoby jej nawet do głowy samodzielne wybranie im lampy, skoro przecież wydawałaby pieniądze Jona i najchętniej poprosiłaby go, żeby zjadł przy stole, bo bała się pobrudzić meble, za które sama nie miałaby jak zapłacić. Na szczęście udało jej się powstrzymać, dzięki czemu mogła usiąść na kanapie i… spojrzeć na męża trochę tak, jakby Isaac miał trzy lata i zabrał jej czwartemu dziecku wiaderko w piaskownicy. - Przestań, nawet nie próbuj mnie za cokolwiek przepraszać – powiedziała stanowczo i po prostu wyciągnęła ręce, żeby go przytulić. Mocno objęła Jona i pocałowała go w głowę, a potem potrzymała go jeszcze przez chwilę, zanim zaczęła głaskać go po plecach. - I oczywiście, że wiem, że niczego nie wziąłeś. A przede wszystkim… przykro mi, że to się stało, wiesz? Jasne, że będziemy mogli porozmawiać o tym jutro, jeśli tak wolisz, ale możemy też porozmawiać o tym teraz. Jeśli jesteś teraz… nie wiem, smutny, rozczarowany albo zwyczajnie zły, to… to nic złego. I masz prawo czuć się tak dzisiaj, jutro, a nawet w przyszłym tygodniu. Tylko pamiętaj, że nawet jeśli Isaac naprawdę znowu bierze, to u nas ani u ciebie niczego to nie zmienia, okej? Jeśli chcesz zrezygnować z tego filmu, to… oczywiście, że zrezygnuj. Ale niezależnie od tego, czy zrezygnujesz czy nie, skoro jutro masz trochę czasu i pobędziesz w domu, porobimy coś razem, dobra? Niezależnie od tego, co z twoją pracą, jak dla mnie możesz pracować nawet w fabryce pasty do zębów, a jak wrócisz do domu, ja i tak zrobię ci kolację – uśmiechnęła się lekko, ignorując nie tylko to, że przez Isaaca chyba jest trochę zła, ale przede wszystkim ten jeden drobny szczegół – jeśli Jon zrezygnuje z pracy, nie będą mieli po co siedzieć w Nowym Jorku.
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-22, 19:11
 

Uwielbiał to, jak bezpiecznie czuł się przy Jamie. To, że wiedział, ile miała do niego cierpliwości, że znosiła jego zagubienie we własnych emocjach i że udawało jej się zachować spokój w momentach, w których on zupełnie nie potrafił tego zrobić. Była jego oparciem, najbardziej stabilnym elementem jego życia i miał do niej stuprocentowe zaufanie. Zazwyczaj jej spokój udzielał mu się już po chwili przytulania i nie znał jeszcze lepszego leku na problemy w świecie Jona Meyera niż jej bliskość. I chyba właśnie dlatego tak mocno zaskoczyło go to, że… teraz nie do końca mu to wszystko pasowało. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak absurdalne to było – że nie przestraszyła się tylko dlatego, że całkowicie mu ufała. Że była gotowa dać mu czas na odetchnięcie i że pobycie razem było dla niej ważniejsze niż jakieś bolączki zawodowe jej męża. I w każdych innych warunkach chłonąłby to jak gąbka, pokiwałby głową i mocno przytuliłby się do niej przed snem, żeby rano wstać chwilę wcześniej i zrobić jej śniadanie (albo przynajmniej kawę, zanim dzieciaki zaczną domagać się uwagi), a potem powiedzieć jej po raz miliardowy, jak mocno ją kocha. Dzisiaj najwyraźniej warunki okazały się kompletnie niesprzyjające, bo w Jonie buzowało aktualnie tyle rzeczy, że nie potrafił przyjąć spokoju Jamie. Zupełnie odwrotnie, zastanawiał się, czemu ona się właściwie wreszcie na niego nie wkurzy i nie powie mu, że ma zacząć więcej myśleć, podejmować lepsze decyzje i przestać pakować się w równie debilne kłopoty. Czemu nie spyta, co dalej, ile razy planuje jeszcze zmienić decyzje, czy planuje jeszcze kilka razy zmieniać im miejsce zamieszkania i czy w ogóle pamięta, że ona musi siedzieć tutaj z dzieciakami (pamiętał, ale miał poczucie, że za mało w tej kwestii robił, więc chyba chciał, żeby mu się za to oberwało). Może nawet chciał, żeby się zezłościła, żeby on też mógł być zły – otwarcie, bez hamulców, bez udawania, że umie ułożyć sobie to wszystko w głowie. I z nadzieją, że wreszcie wykrzyczy mu te wszystkie rzeczy, nad którymi się zastanawiał, ale o które chyba nie miał odwagi jej zapytać.
Ostrożnie odsunął się od Jamie, kiedy skończyła mówić i natychmiast położył dłoń na jej udzie, żeby wiedziała, że od niej nie uciekał. To nie tak, że odrzucał jej bliskości lub jej nie chciał, ale chyba zwyczajnie nie do końca potrafił ją dzisiaj zrozumieć. – Jakim cudem jesteś taka spokojna? – spytał wreszcie, patrząc na nią trochę bezradnie. – Jakim cudem tak po prostu mówisz mi, że mogę być zły przez cały tydzień, mogę zrezygnować z filmu i… i że to niczego nie zmienia? Przeprowadziliśmy się tutaj, bo wymyśliłem sobie jakiś film, jeśli nie będę go robił, musimy zastanowić się, co z tym mieszkaniem. Sprzedajemy je? Zatrzymujemy i wpadamy tu w weekendy? Przeprowadzamy się tu na stałe i szukamy tu pracy, może gdzieś indziej niż w fabryce pasty do zębów? Nie jesteś zła? – dopytał, wciąż siedząc blisko niej i brzmiąc na dość poruszonego, ale względnie stabilnego człowieka. – Bo czuję, że potwornie ostatnio mieszam. I… może nawet chciałbym, żebyś na mnie teraz nakrzyczała, powiedziała mi, że jesteś na mnie wściekła, cokolwiek. Cały czas czuję, że jednak… że za dużo od was ostatnio wymagam. Przecież musisz siedzieć tu z nimi przez cały dzień, naprawdę nie masz ochoty potem przyłożyć mi patelnią? – uśmiechnął się lekko, trochę nerwowo, bo przecież wiedział, z kim rozmawiał. Ale naprawdę nie chciał być jej czwartym dzieckiem, które trzeba bronić przed złym światem i jej własnymi emocjami. – Nie chcę teraz na ciebie naskakiwać, nie chcę… nie chcę się na tobie wyżywać, bo nie zrobiłaś niczego źle. Jesteś… jesteś idealna. Jesteś pewnie najbardziej stabilną, cierpliwą i wyrozumiałą osobą, jaką w życiu poznałem i tylko dzięki temu teraz jakoś funkcjonuję. Ale ciężko mi sobie wyobrazić, że tak…. tak po prostu przyjmujesz teraz to, że ja znowu zmieniam zdanie – wyrzucił z siebie, głaszcząc ją ostrożnie po udzie.
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-23, 13:50
 

Kiedy poczuła, że Jon chce się odsunąć, natychmiast go puściła, nie zamierzając się z tego powodu obrażać. Uśmiechnęła się lekko, kiedy powiedział, że jest idealna, bo… bo przecież doskonale wiedziała, że nie była. Była leniwa, nieatrakcyjna i głupia, ale też na pewno nie była na niego zła. W dużej mierze dlatego, że po prostu nie chciała być – chciała, żeby ich dom był bezpieczny i przewidywalny, a to znaczyło przede wszystkim, że ona sama musiała taka być, żeby Jon po prostu wiedział, że niezależnie od tego, jak głupio się zachowa, nikt w domu nie zamierzał na niego krzyczeć. - Oczywiście, że nie jestem na ciebie zła – powiedziała spokojnie i uśmiechnęła się do niego. - Przecież… to nie była twoja wina. Mówię poważnie, wiesz? Nie jesteś odpowiedzialny za Isaaca i… jeśli zrezygnujesz z tego filmu, to zupełnie nie jest coś, za co powinieneś się obwiniać – przypomniała mu i założyła własne włosy za ucho, żeby zrobić coś z rękami – bardzo chciała pogłaskać go teraz po głowie, ale wydawało jej się, że Jon potrzebuje jeszcze trochę dystansu. Przyglądała mu się przez chwilę, aż wreszcie spytała: - Okej, a ty byłeś na mnie zły, kiedy ja najpierw chciałam zakładać restaurację, a potem uznałam, że już nie chcę? – spojrzała na niego trochę tak, jakby spodziewała się tylko jednej odpowiedzi, ignorując to, że ona miała restaurację kawałek od domu, nikt nie musiał się nigdzie przeprowadzać i Jon chyba nie za bardzo odczuł tę jej zmianę pracy.- Ja… ja nie zakładałam, że szybko zrezygnujesz z tego filmu, to prawda. Ale przecież wspólnie się na to umówiliśmy, prawda? Nie… nie postawiłeś nikogo przed faktem dokonanym, nie oznajmiłeś nam, że teraz się przeprowadzamy do innego miasta, nie sprzedaliśmy domu w Chicago. Ustaliliśmy, że… że spróbujemy, skoro jeszcze możemy to zrobić, a bliźniaki mogą opuścić trochę przedszkola. I tylko na to się umówiliśmy, nie obiecywałeś, że spędzimy tu dziesięć najbliższych lat albo że będziesz się tutaj zajmował tylko tym filmem. Umówiliśmy się też na to, że tak, będę siedziała z dziećmi cały dzień, więc nie mogłabym teraz walnąć cię za to patelnią – wzruszyła ramionami, jakby to było oczywiste. Przecież trochę było – sama chciała zostać z dziećmi po tym, jak sprzedała restaurację, więc nawet jeśli była zmęczona, czasami czuła, że ma już dosyć siedzenia w domu (bardzo starała się nie myśleć o tym w kategoriach tego, czy żałuje, że zrezygnowała z pracy, bo wtedy czułaby się jak najgorszy człowiek na świecie). - Posłuchaj, po prostu… mamy tu mieszkanie – wzruszyła lekko ramionami, sama trochę nie dowierzając, że mówi o tym apartamencie tak po prostu, zupełnie jakby nie byli w miejscu, na które nie byłoby jej stać nawet za tysiąc lat i nigdy nawet nie marzyła, że mogłaby kiedyś mieszkać w takim apartamentowcu jak ten. - Jest – twój – nasz i… mamy też dom w Chicago. Jeśli chcesz albo jeśli potrzebują cię w pracy, możemy zaraz wracać do domu i… przecież możemy się spokojnie zastanowić, nie musimy decydować o tym w tym momencie – przypomniała mu, wciąż uparcie ignorując drugą, mniej łatwą część tego wszystkiego. - Naprawdę chcesz, żebym zaczęła krzyczeć? Jeśli tak, to nie ma sprawy, tylko musimy się umówić na przykład na jutro, żeby nie pobudzić dzieci.
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-28, 14:40
 

- Pewnie, że nie byłem na ciebie zły – odparł natychmiast. Istniała duża szansa, że był zwyczajnie niezdolny, żeby się na Jamie zezłościć, nawet jeśli czasem – zupełnie wbrew jego woli – obrywała jego złością na świat albo na coś, czego nie potrafił kontrolować. Albo złością na siebie samego, zupełnie jak teraz, kiedy bardzo chciał, żeby powiedziała mu na głos to, co on sam o sobie aktualnie myślał. – I… i nie byłbym zły w żadnych warunkach, ale ty przy okazji nie zabrałaś całej rodziny do innego stanu i nie zmieniłaś zdania po kilku tygodniach – wzruszył lekko ramionami i westchnął ciężko. – Okej, w takim razie ja nastawiałem się na to, że spędzimy tutaj dziesięć najbliższych lat. To znaczy, może nie dziesięć, ale że… będzie trochę stabilniej – przyznał, uśmiechając się przepraszająco. Chyba nie do końca umiał myśleć jeszcze o swoich porażkach jako o czymś, co po prostu mogło się stać i świat się przez to nie walił. Był przyzwyczajony do tego, że podejmował złe decyzje, które ciągnęły za sobą zazwyczaj gigantyczne konsekwencje i że każdy jego krok jest w jakimś sensie obserwowany i oceniany. Może nie pamiętał po prostu, że ciągle mógł się mylić, mógł robić błędy i rzeczy mogły mu nie wychodzić – miał poczucie, że zepsuł już tak dużo, że teraz przynajmniej pod względem zawodowym (pod innymi na pewno nie umiał) powinien być chodzącym ideałem, bez prawa do porażek. Teraz w ciszy wpatrywał się więc w Jamie przez naprawdę długą chwilę, aż wreszcie zabrał dłoń z jej uda i po prostu objął ją ramieniem, żeby mogła przysunąć się bliżej, a on miał jak pocałować ją w czoło. – Nie planowałem tu nawalić. A czuję, że nawaliłem. Albo że… że dało się tego uniknąć i naprawdę nie było to za specjalnie skomplikowane – przyznał, wzruszając ramionami i uśmiechnął się lekko. – Wtedy mogą być tak głośno, że cię nie usłyszę, jesteś pewna? – spytał i wolną ręką odgarnął jej włosy z twarzy. – Nie chcę, żebyś zaczęła krzyczeć. Po prostu… czuję, że ktoś powinien na mnie nakrzyczeć. Ja bym chętnie na siebie nakrzyczał – posłał jej kolejny, tym razem dość krzywy uśmiech. – Czasami myślę, że jednak jestem trochę twoim kolejnym dzieckiem i nie chcesz się przy mnie złościć. A potem myślę, że ja robię przy tobie wszystko i że może na koniec zostajesz z tym sama – powiedział i przesunął dłoń na jej policzek, żeby ją po nim pogłaskać. – Lubisz tu być? Nie w Nowym Jorku w ogóle, ale… tutaj, na takich warunkach, na jakich jesteś teraz. Z dzieciakami i ze wszystkim. Skoro… teraz po prostu mamy tu mieszkanie.
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-28, 20:55
 

Uśmiechnęła się szeroko, gdy Jon sam jej się podłożył i spytała dość niewinnie: - Więc… ty nie byłbyś na mnie zły w żadnych warunkach, ale są jakieś warunki, które sprawiają, że ja jednak powinnam być zła na ciebie? Słyszysz, jak to brzmi? – upewniła się, a po chwili po prostu pokręciła głową. - Jon, kochanie, przecież jest stabilnie – zauważyła, chyba nawet odrobinę zaskoczona, że jej mąż myślał inaczej. - Mówię poważnie, słyszysz? Jest stabilnie. Maluchy dobrze się czują w tym mieszkaniu, podoba im się tutaj, dalej jesteśmy razem, dalej jemy te same ciastka i dalej bawimy się w te same rzeczy, to przecież nie tak, że wywróciłeś każdy kawałek naszego życia do góry nogami, a teraz masz taki kaprys i się rozmyśliłeś. I obiecuję, że nikt nie ma do ciebie pretensji – zapewniła, myśląc już trochę przede wszystkim o tym, że totalnie upiekłaby teraz ciastka. I może trochę o tym, że jeszcze chwila (zdecydowanie zbyt krótka), a Lilka i Leo pójdą już do szkoły, a wtedy rzeczywiście dobrze byłoby posiedzieć na tyłku przez jakieś dziesięć lat, ale w tej chwili naprawdę nie miała do nikogo pretensji o to, że w sumie nie wiadomo, gdzie oni teraz mieszkają, skoro i tak było im dobrze. Chyba. Mniej więcej.
- Isaac nawalił – powiedziała dość stanowczo i… było to coś, czego do tej pory chyba wcale nie chciała mówić. Wiedziała, że Jon ma z nim wystarczająco dużo problemów i wystarczająco mocno się tym wszystkim przejmuje, nawet kiedy Jamie niczego mu do kompletu nie dokłada. Dlatego mocno starała się nie okazywać, że jest zła na Isaaca, ale przecież nie mogła pozwolić, żeby Jon obwiniał się za cudze ćpanie. - Jeśli ktokolwiek tutaj nawalił, to był to Isaac. I… może rzeczywiście dało się tego uniknąć, bo mogłeś w ogóle nie wchodzić w ten projekt, ale zaufałeś mu i myślałeś, że możecie razem pracować, a to jest dużo ważniejsze niż to, że ostatecznie nic z tego nie wyjdzie, bo przecież sam mówiłeś mi, że mało osób ufa narkomanom. A poza tym chciałeś zrobić coś, co pewnie wymagałoby od ciebie babrania się w rzeczach, do których zazwyczaj nie wracasz, co, między nami mówiąc, też było cholernie odważne – powiedziała i po prostu uśmiechnęła się do niego, żeby po chwili jeszcze raz pokręcić głową. - Nikt nie pomyśli, że nawaliłeś i nikt nie będzie na ciebie krzyczał, cokolwiek byś nie zrobił. Chyba już ostatnio mówiłam ci, że jesteśmy od tego, żeby cię kochać i żeby przytulać się do ciebie na kanapie, kiedy nie chcesz jeść kolacji, ale na pewno nie od tego, żeby cię oceniać. Wystarczy, że sam jesteś dla siebie tak surowy, że wystarczy za pięć osób – powiedziała, żeby już po chwili unieść brwi. - Czekaj, po kolei. Nie złoszczę się na ciebie. Czasami się martwię albo… nie wiem, teraz jest mi trochę przykro, że chcesz całą winę wziąć na siebie i pewnie się rozczarowałeś, ale nie mam powodów, żeby byś na ciebie zła. I oczywiście, że wiem, że jeśli chcę o czymś pogadać, to mam przyjść do ciebie. Ale przede wszystkim, gdybyś był moim dzieckiem, już dawno leżałbyś w łóżku po zjedzonej kolacji i nie ma szans, że mógłbyś tak późno szlajać się poza domem – wytknęła mu, ale nie wytrzymała i uśmiechnęła się lekko, bo to chyba było na tyle, jeśli chodzi o Jamie w roli matki opresyjno-represyjnej. Wiedziała, że może przyjść, po prostu… zazwyczaj nie chciała. Nie chciała go niepotrzebnie martwić tym, jak ona się czuje w tych wszystkich jego opowieściach o kolegach ćpunach, a w innych sytuacjach… też nie chciała go martwić. Czasami była zmęczona, przytłoczona, sfrustrowana po całym dniu z dziećmi, ale wiedziała, że to tylko jej wina – gdyby była lepszą mamą i lepiej sobie radziła, nie musiałaby się tak czuć. A skoro Jon nie marudził jej codziennie, jaki miał ciężki dzień w pracy i że sekretarka kompletnie go nie słucha, to dlaczego ona miałaby to robić? A skoro po prostu mieli tu mieszkanie, nieco nerwowo zagryzła wargi i przez chwilę milczała, zamiast od razu zapewnić, że przecież uwielbia, jak cały dzień nie może nawet wysikać się w samotności i dużo bardziej woli uwsteczniać się przy dzieciach niż myśleć o powrocie do pracy. - Jackie mówiła, że jedna dziewczyna z galerii, w której pracuje, odchodzi z pracy i szukają kogoś na zastępstwo. I… i mówiła, że jeśli chcę, może mnie umówić na rozmowę kwalifikacyjną – powiedziała, zakładając, że Jon pamięta, która z jej nowojorskich koleżanek to Jackie, nawet jeśli ostatnio mógł spotykać ich całkiem sporo.
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-30, 21:50
 

Odetchnął ciężko i ramiona trochę jakby mu opadły, kiedy musiał uśmiechnąć się trochę zrezygnowany, a trochę jednak rozbawiony tym, jak bardzo nie umiał nawet wyjaśnić jej, dlaczego powinna się na niego teraz wściekać. – Słyszę – potwierdził i westchnął. Słyszał też to, co mówiła do niego o ich domu i wreszcie pokiwał głową. – Okej – stwierdził wreszcie, przypominając sobie, że przecież miała mu powiedzieć, jeśli coś będzie nie tak. A naprawdę chciał ufać, że by to zrobiła. – Okej. Czyli… może faktycznie nie jest tak źle – mruknął po nosem, może trochę bardziej do siebie niż do niej, chwilowo chyba dość wygodnie zapominając o szkole bliźniaków i wszystkich innych rzeczach, którymi powinien się jeszcze martwić – dziś już chyba zwyczajnie zabrakło mu na to sił przerobowych.
Spojrzał na nią odrobinę zaskoczony i z każdą chwilą zmarszczka na jego czole coraz bardziej się pogłębiała. Chyba… chyba nie patrzył na to z tej perspektywy? To znaczy, z perspektywy kogoś, kto nie jest nim i nie ma samobiczowania ustawionego jako automatycznej reakcji na wszystko, co szło w jego życiu nie tak. Jak głupio by to nie zabrzmiało, Jon naprawdę nie obwiniał Isaaca. Obwiniał siebie za to, że wszedł z nim w kontakt i za to, że tego nie przewidział, ale facet, który wrócił do ćpania, ukrywał to przed nimi, a potem był święcie przekonany, że jego przyjaciel, który ma trójkę dzieci i jest czysty już od paru ładnych lat, chętnie weźmie z nim, był w jego głowie kompletnie niewinny. I… właściwie to dlaczego? – Pewnie masz rację – przytaknął wreszcie, po naprawdę niesamowicie długiej chwili ciszy, wpatrując się w jakiś nieokreślony punkt gdzieś na koszulce Jamie (może po prostu skorzystał z okazji i gapił jej się na cycki), dość intensywnie przy tym myśląc. Zaraz musiał się jednak uśmiechnąć i podnieść spojrzenie na Jamie. – Mam wrażenie, że chciałabyś, żebym zjadł kolację – zauważył bardzo niewinnie, ale przy okazji tonem kogoś, kto jest gotów jednak wcisnąć w siebie jedzenie, żeby jego żona nie musiała mu tego wypominać po raz trzeci. – Okej, jasne, ja tylko… – zaczął i wzruszył lekko ramionami. – Nie chciałbym, żebyś czuła, że ty jesteś od kochania i przytulania mnie, a… niekoniecznie masz kogoś od kochania i przytulania ciebie – powiedział i przeczesał włosy palcami, robiąc sobie na głowie jakiś idiotyczny bałagan (czyli wyglądał teraz mniej więcej tak, jak jego uciekający od grzebienia syn przez większość doby). – Więc… masz od tego mnie, okej? Cokolwiek by się nie działo – przypomniał jej i uśmiechnął się lekko, bo wiedział, że rozmawiali o tym już jakiś miliardowy raz i że usłyszy, że Jamie o tym wie. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie czuł się w tej roli specjalnie skuteczny, więc po prostu chciał jej o tym przypomnieć.
Nie był pewny, jakie odpowiedzi spodziewał się na swoje pytanie, ale z pewnością nie przewidział tego, co usłyszał. Spojrzał na Jamie zaskoczony i przesunął rękę, którą ją obejmował, na jej ramię, żeby mógł trochę się przekręcić i spojrzeć prosto na nią bez skręcania sobie karku. – Znowu mam dać ci trochę czasu i powstrzymać się od pytań, czy tym razem mogę być przynajmniej trochę podekscytowany? Bo jestem i mam milion pytań – poinformował ją, bardzo próbując udawać spokojnego człowieka i mocno ścisnął dłoń Jamie. – Najpierw zadam najważniejsze, okej? Chcesz umówić się na rozmowę?
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-03-31, 01:19
 

#2
Jon miał coś ważnego do zrobienia w pracy i musiał to załatwić osobiście, więc oczywiste było, że opróżniają lodówkę i lecą do Chicago w piątkę. To jego spotkanie było jakoś na początku następnego tygodnia, ale ostatnio trochę siedzieli w Nowym Jorku, więc Jamie wydawało się, że fajnie będzie wrócić do domu już na weekend. I sama była dość mocno zaskoczona, kiedy okazało się, że… trochę jej się nie chce lecieć na weekend do Chicago. Trochę dlatego, że znowu czekało ich siedzenie na lotnisku i wszystkie inne przyjemności związane z lataniem, ale gdyby chciała być ze sobą bardziej szczera, musiałaby przyznać, że po prostu wolałaby zostać w Nowym Jorku. Zabrać dzieciaki na ich nowy ulubiony plac zabaw, zamówić kolację z tej super restauracji, która trochę chodziła za nią od tygodnia (może w tej samej knajpie mieli serniczek, spoko) i przyjąć zaproszenie ich nowych sąsiadów na jakąś kawę w niedzielę, zamiast wracać do Chicago. Nie miała też ochoty na ubieranie się ładnie i spędzenie pół dnia u jej rodziców, więc nawet nie powiedziała im jeszcze, że planują przylecieć – gadała przez telefon z tatą, a skoro on nie pytał, to jakoś tak wyszło, że mu nie wspomniała. Bo nawet jeśli trochę nie miała ochoty na wycieczki międzymiastowe, wciąż kochała przecież ich dom w Chicago i chciało jej się trochę… domu. Z ich ogrodem, ich wielkim łóżkiem i ekspresem do kawy, który umiała obsłużyć nawet kiedy jedno oko wciąż miała zamknięte, w przeciwieństwie do tego w Nowym Jorku. Dzisiaj i łóżko, i ekspres przydał im się szczególnie, bo ich najmłodsze dziecko z okazji soboty postanowiło rozpocząć dzień o jakiejś chorej porze. Jakimś cudem okazało się jednak, że nawet ta sytuacja miała swoje zalety – jakąś godzinę później Ofelia wróciła do spania, a oni mieli chwilkę na to, żeby zjeść w łóżku śniadanie i wypić kawę (albo po prostu się całować, w ich sytuacji nie mogli za dużo wybrzydzać), zanim Lilka i Leo wpadną z wizytą. I choć Jamie zazwyczaj bardzo chętnie całowała się w każdej wolnej chwili, to była już po tej rozmowie w galerii i… bardzo potrzebowała cały czas to wałkować, okej? Nie samą rozmowę – właścicielka galerii była przemiła, ale rozmawiały głównie o tym, że Jamie ma ładny pierścionek, że studiowały na tej samej uczelni, a siostrzeniec jej szefowej też miał na imię Leo, więc Jamie wyszła z poczuciem, że po prostu nie chciała jej powiedzieć w twarz, że niech lepiej siedzi z dziećmi, bo się do tego nie nadaje. Może jednak trochę się nadawała, bo wczoraj Jackie dała jej znać, że właścicielka zamierza się do niej odezwać w poniedziałek i zaproponować jej pracę. A kiedy się o tym dowiedziała, w głowie Jamie pojawiło się tyle problemów, że nie miała jeszcze nawet okazji się trochę z tego cieszyć. - Okej, pomijając już wszystko inne, ja nawet nie miałabym się tam w co ubrać – poinformowała męża, kiedy już Ofelia wróciła do swojej sypialni, okazało się, że Lilka spała w jednym łóżku z Leo, a ona mogła w spokoju zrobić im śniadanie i z powrotem wpakować się do łóżka. Napiła się kawy, zerknęła na zegarek i spojrzała na Jona. - Mówię serio i nie możemy udawać, że to mały problem. A poza tym… to byłaby normalna praca, co nie? Musiałabym rano być w Nowym Jorku i spędzać tam kilka ładnych godzin, a ty wciąż masz pracę w Chicago i… i nie dałoby się tego sensownie pogodzić, jeśli dalej chcemy razem mieszkać, a chcemy. To znaczy, ja chcę, więc przykro mi, ale nie masz tu za dużo do powiedzenia. Nie rozmawialiśmy na poważnie o tym, żeby przeprowadzić się tam na stałe, a niedługo Lilka i Leo pójdą przecież do szkoły, a nie będziemy mogli ich ciągać z jednego miasta do drugiego, kiedy zaczną szkołę. I w ogóle chciałabym zostać na dłużej tam, gdzie dzieci zaczną się uczyć, niezależnie od tego, czy to miałoby być Chicago, Nowy Jork czy, nie wiem, Islandia – zauważyła i wpakowała sobie kawałek omletu do buzi, wyglądając na całkiem nieszczęśliwą. Przeżuła i spojrzała na Jona: - Pomijając już tę pracę albo szkołę, ty w ogóle chciałbyś mieszkać w Nowym Jorku? Przecież nie chcesz się już zajmować tym filmem, a głównie dlatego zaczęliśmy rozmawiać o mieszkaniu tam. A poza tym… - zaczęła i urwała, żeby zjeść jeszcze trochę i się namyślić. Nie przejmując się przełykaniem, pokiwała głową z miną człowieka, który podjął decyzję: - Wiesz, co zrobimy? Powiemy, że umarłam. Wtedy nikt nie będzie mi już proponował pracy i Jackie się na mnie nie obrazi za to, że załatwiła mi rozmowę, a ja wolę smażyć omlety w Chicago. Co trzeba zrobić, żeby ludzie w Nowym Jorku myśleli, że umarłam? Owiniemy mnie w dywan i zrobimy zdjęcie?
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-04-04, 14:01
 

Tak właściwie to niespecjalnie ogarniał, co się działo od samego rana. Jego mózg przyzwyczaił się już chyba do tego, że ich dzieci lubiły czasem wstawać o jakichś chorych godzinach i w pewnym momencie przestał uruchamiać się do końca – nie był więc pewien, co właściwie robili rano z Ellie ani kiedy zasnęła, najchętniej też sam dołączyłby do bliźniaków w łóżku Leo, ale kiedy Jamie zaczęła mówić o swojej pracy jeszcze przed jego pierwszym łykiem kawy, chyba uznał, że najwyższa pora jednak zacząć się budzić i otworzyć też drugie oko. Podniósł się na łokciach, bardzo próbując nadążyć jakoś za całą tą falą informacji, które z siebie wyrzucała, aż wreszcie udało mu się dość mocno zmarszczyć i zdecydować, że jednak usiądzie. – Po pierwsze, kochanie, twój omlet pachnie niesamowicie – zauważył, pewnie z nadzieją, że chwalenie jej jedzenia na starcie trochę ją uspokoi. – Po drugie… nie wiem, wydaje mi się, że możesz się przejść do sklepu, ale może po prostu pomijam jakiś istotny element układanki – powiedział spokojnie, uśmiechając się do niej i zaraz zapchał sobie gębę śniadaniem, odrobinę też po to, żeby jego mózg miał czas i siłę na przerobienie kolejnych rzeczy. – Okej… Nie będziemy udawać, że to mały problem. Ty dostaniesz pracę w Nowym Jorku, ja mam pracę w Chicago. Dzieci też mamy nieparzyste, więc dzielenie się po połowie mogłoby być trochę trudne – zauważył niegłupio (jak na Jona) i wziął do rąk kubek z kawą. Jeszcze chwilę pomyślał (a przynajmniej wyglądał na kogoś, w czyim mózgu dzieją się jakieś skomplikowane obliczenia) i wreszcie pokiwał głową sam do swoich myśli. – Dobra, myślę, że to wcale nie będzie takie skomplikowane – poinformował ją wreszcie i spojrzał na Jamie już trochę przytomniej. – Chcesz tej pracy? Tak na poważnie. Bo nie wiem, czy wiesz, ale to właściwie brzmi całkiem seksownie. Gdybyś miała pracować w tej galerii, w tych wszystkich… galeriowych ubraniach. Okej, to może nie brzmi seksownie, ale w mojej głowie jest, musisz mi zaufać – wyjaśnił z dość poważną miną, pewnie tak pokrętnie, jak się dało – ważne, że był całkiem szczęśliwy ze swoimi fantazjami o ściąganiu z Jamie tych wszystkich galeriowych ciuchów. – Bo jeśli jej chcesz, to… przenieśmy się do Nowego Jorku. I zobaczmy, jak żyje nam się tam na dłużej. A jeśli to na dłużej wypali, to pomyślimy o na stałe. Co ty na to? – spytał tak beztrosko, jak beztrosko mógł pytać o takie rzeczy pewnie tylko Jon Meyer. Przecież co to było, przerzucenie całego swojego życia do innego stanu? – Wiem, że się martwisz i… to chyba całkiem normalne, prawda? To w końcu nowa praca, od dawna się tym nie zajmowałaś i… to może być przerażające. Ale chcę cię wesprzeć. I naprawdę wolałbym nie zawijać cię w dywan, wtedy odkrylibyśmy, co pod nim siedzi, trzeba by zacząć odkurzać, a z tego zrobi się jakieś wielkie sprzątanie i cały dzień z głowy – wyjaśnił jej z powagą, zupełnie jakby, poza tym drobnym szczegółem, jej pomysł był całkowicie w porządku. – Wolisz smażyć omlety w Chicago? Bo jeśli tak, to wszystko jest w porządku, zostajemy tutaj. Ale.. może jednak nie wolisz. Może chciałabyś pobyć trochę z dorosłymi, przypomnieć sobie, jak robiło się te wszystkie… rzeczy związane ze sztuką – wybrnął jakoś po chwili wahania, bo przecież Jon znał się na sztuce mniej więcej tak dobrze, jak na ciemnej materii albo cyklu rozwojowym traszki zwyczajnej (albo na robieniu naleśników, zanim żona się za niego wzięła). – I może chciałabyś po prostu spróbować. Sama mówiłaś, że mamy jeszcze trochę czasu, zanim dzieci pójdą do szkoły, tak? I że okej jest sprawdzanie i zmienianie zdania. Nie będziemy mogli podjąć decyzji, jeśli wszystkiego nie przetestujemy – wzruszył ramionami, niesiony na jakiejś porannej fali beztroski i optymizmu. – A… moją pracą się nie martw, okej? To może być akurat dobry moment, żebym… pomyślał o tym, co chciałbym teraz robić.
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-04-04, 23:27
 

Uśmiechnęła się lekko, bo oczywiście, że kochała go też za to, że Jon potrafił jak gdyby nigdy nic uznać, że przeprowadzka do Nowego Jorku przy pracy w Chicago i nieparzystej liczbie dzieci wcale nie jest skomplikowana. Ale równocześnie czuła, że żeby jakoś sensownie funkcjonowali jako rodzina, ona stale musi pamiętać, że to w rzeczywistości było bardzo skomplikowane (pewnie, dla równowagi, uważała to za jeszcze trudniejsze niż w rzeczywistości), dlatego po prostu pokręciła głową. - Oczywiście, że to jest skomplikowane, Jon. Masz tu pracę, ale też swojego onkologa i swoją terapię, a ja nie chcę, żebyś przeze mnie musiał zmieniać terapeutę – powiedziała i chciała dodać listę rzeczy, które ją tutaj trzymały, ale… uświadomiła sobie, że taka lista nie istnieje. Nawet bliźniaki miały w Chicago przedszkole, do którego powinny chodzić, a Jamie tak bardzo żyła ostatnio życiem swojego męża i dzieci, że nie miała tu pracy ani nawet kursu garncarstwa, z którego nie chciałaby zrezygnować. - Poza tym w Chicago mamy moich rodziców, a twoi mieszkają niedaleko, nawet gdybyśmy ogarnęli Ofelce jakąś nianię w Nowym Jorku, to nie mielibyśmy nikogo w awaryjnych sytuacjach albo gdybyśmy chcieli wyjść we dwoje dalej niż na nasz balkon – przypomniała mu, najwyraźniej bardzo próbując przekonać swojego męża do tego, że absolutnie nie powinni robić czegoś, co byłoby dobre dla samej Jamie. A potem po prostu wpakowała sobie kolejny kawałek śniadania do buzi, głównie po to, by nie musieć mu od razu odpowiadać. Wiedziała, że ma przecież tylko dwie opcje do wyboru, więc to powinno być łatwe, ale… ale było okropnie trudne. Nie wiedziała, czy chce pracować w galerii, ani czy chce pracować w Nowym Jorku, wiedziała tylko, że chciałaby przestać czuć się tak okropnie źle z samą sobą, kiedy na zewnątrz wszystko przecież było super i wiedziała, że jest okropnie niewdzięczna, skoro zamiast zgadzać się z tymi wszystkimi ludźmi, którzy powtarzali jej, że jej szczęściarą, przez sporą część czasu czuła się obrzydliwa i smutna. Nie chciała jednak mówić o tym Jonowi, bo nie chciała go martwić, ale też nie chciała, żeby on też wziął ją za niewdzięczną. Już i tak trochę żałowała, że w ogóle zaczęła ten temat teraz, o jakieś dwie minuty za późno orientując się, że Jon pewnie najchętniej wróciłby do spania. Przecież mogła dać mu trochę pospać i spróbować porozmawiać wieczorem, kiedy oboje będą padnięci albo w ogóle nic nie mówić, skoro to tylko jakieś głupie problemy Jamie. - A ty? Mam nadzieję, że wiesz, że jeśli wolałbyś, żebym to ja siedziała z Ellie w domu, to jest zupełnie w porządku i możesz mi o tym powiedzieć. Musisz mi też powiedzieć, jak twoim zdaniem wyglądają właściwie galeriowe ubrania – dodała, bo może Jon myślał, że nie nosi się tam bielizny na przykład. Musiała się mocno powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem w swoją kawę, gdy usłyszała o tych rzeczach związanych ze sztuką, całkiem szczerze zachwycona tym, że Jon wypycha ją do pracy, kiedy nawet nie wie, co jego żona właściwie miałaby tam robić poza noszeniem galeriowych ubrań. Wiedziała jednak, że pyta ją na poważnie i nie może drugi raz udawać, że nie usłyszała pytania, dlatego odstawiła kubek z kawą na podłogę i wzruszyła lekko ramionami, patrząc na niego trochę przepraszająco. - Ja… ja chcę po prostu, żeby kogoś obchodziło, że boli mnie brzuch. I chcę wiedzieć, że jeśli coś mnie boli, mogę po prostu iść wziąć tabletkę, nie martwiąc się tym, że przecież nie mogę zostawić dzieci samych w pokoju, a potem posiedzieć i poczekać, aż zacznie działać, zamiast cały czas je ganiać, pilnować, żeby coś zjadły, ale żeby nie wypluły i żeby nie pakowały do buzi zabawek, żeby… Przepraszam, jestem okropna. Wiesz, że je kocham, prawda? Bo to brzmi, jakbym ich nie kochała – powiedziała i szybko zabrała się za krojenie kolejnego kawałka, z nadzieją, że jeśli zajmie się jedzeniem, to się nie rozklei do końca.
– Wiesz, jestem prawie pewna, że w tych wszystkich dokumentach, które podpisywaliśmy przy ślubie, było napisane, że nie możesz wykorzystywać przeciwko mnie tych mądrych rzeczy, które ci mówię – wytknęła mu, kiedy już przestała ciągać nosem i mogła sprawdzić, czy zostało jej jeszcze trochę kawy. Szybko jednak o tym zapomniała, bo przecież mówienie Jamie, żeby się nie martwiła, było jednym z najskuteczniejszych sposobów na błyskawiczne zmartwienie jej. Zmarszczyła lekko czoło i spytała: - Czekaj, coś się dzieje? Chodzi ci o ten film, próbujesz mi powiedzieć, że nie lubisz pracy w Chicago czy po prostu udajesz, żebym nosiła galeriowe ciuchy? upewniła się, wyglądając na całkiem zmartwioną.
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-04-05, 13:59
 

- Jestem prawie pewny, że w Nowym Jorku też mają onkologów i terapeutów – zauważył, uśmiechając się lekko. Zmiana lekarza na tym etapie nie wydawała mu się niczym skomplikowanym, bo przecież kontrolę mógł mu zrobić każdy. O terapii za to zupełnie nie pomyślał, ale… przecież nic strasznego się nie stanie, prawda? Z całą pewnością nie uważał tego za wystarczająco dobry powód, żeby trzymać całą rodzinę w Chicago – miał dziwne wrażenie, że w Nowym Jorku też może znaleźć drogie ośrodku dla narkomanów, które będą prowadziły sensowną terapię – Okej, to faktycznie może być utrudnienie – przyznał, kiedy usłyszał o tych rodzicach. – Ale teraz też nie możemy być niczego pewni, prawda? Twoi rodzice mogą być zajęci, mój ojciec może się gorzej czuć i też możemy mieć problem w sytuacjach awaryjnych. I… jasne, tu jest ich więcej, więc jest bezpieczniej, ale gdybyśmy się przeprowadzili, zawsze można poprosić kogoś z nich, żeby wpadł na weekend albo podrzucić im dzieci tutaj. Poza tym, zatrudnilibyśmy wtedy profesjonalną opiekunkę tylko dla naszych dzieci i… może też byłby trochę lżej – podzielił się z nią swoimi przemyśleniami (które wpadały mu do głowy mniej więcej w czasie, w którym mówił) i napił się jeszcze kawy, chcąc trochę bardziej rozruszać wciąż odrobinę zaspany mózg. Jasne, bliskość dziadków była w tym przypadku naprawdę wygodna i pewnie bez nich będzie im trochę trudniej, nie zamierzał zaprzeczać. Ale – po raz kolejny – nie uważał tego jeszcze za koniec świata. – Wolę, żebyś robiła to, na co masz ochotę. A skoro poszłaś na tę rozmowę i przejmujesz się pracą, mam wrażenie, że… może jednak odrobinę masz – powiedział i zmarszczył lekko czoło. – Nie wiem, pewnie ma jakiś fajny dekolt, nie? Albo… nie miałabyś pod nim majtek i czasem napisałabyś mi o tym w środku dnia? – zasugerował z miną kogoś, kto poleciał w swoich fantazjach na temat żony w eleganckich ciuchach zdecydowanie dalej niż tylko do smsów o braku majtek. Zaraz jednak musiał odsunąć je wszystkie na bok i przekręcić się tak, żeby siedzieć bardziej naprzeciwko Jamie i móc położyć jej dłonie na przedramionach (pewnie przy okazji trochę przeszkadzając jej w krojeniu). – Hej, kochanie, to zupełnie nie brzmi, jakbyś nie kochała naszych dzieci – zapewnił ją łagodnie i jedną dłonią złapał ją ostrożnie za brodę, żeby musiała na niego spojrzeć. – Jamie, nasze dzieci są… okej, najwspanialsze na świecie. Ale jest ich troje. Są głośne, bałaganią, śpiewają piosenki z przedszkola w trakcie jedzenia i plują na wszystkie strony, kłócą się ze sobą, biją, a Ellie wczoraj ugryzła mnie w rękę w środku zabawy i policzyłem, że to ósmy raz w tym tygodniu. Nie jesteś okropna, jeśli czasem chcesz chwili dla siebie. Nie jesteś okropna, jeśli chcesz mieć kontakt z kimś, kto jest w stanie utrzymać uwagę na jednej rzeczy dłużej niż dziesięć sekund i jeśli chcesz, żeby ktoś o ciebie zadbał. Kocham ich najbardziej na świecie, ale czasem nie mogę się doczekać, aż wszyscy pojadą na studia i będziemy się widzieć na rodzinnych obiadach, po których nie trzeba będzie wyjmować nikomu marchewki z nosa – przyznał, uśmiechając się do niej. – Możesz chcieć czegoś dla siebie, wiesz? Gwarantuję, że ta trójka nie mogła trafić na lepszą mamę niż ty, ale… to przecież nie jest jedyna rzecz, którą możesz w życiu robić – przypomniał jej łagodnie i przygryzł na chwilę policzek od środka, intensywnie się nad czymś zastanawiając. – To nie tak, że nie lubię mojej pracy tutaj. Jest okej, ale… nie wiem, czy te programy to coś, co naprawdę chcę w tym momencie robić. I… mam propozycję, na którą nie musisz mi odpowiadać od razu, okej? Możesz się zastanowić, a ja mówię to z pełną świadomością tego, w co się pakuję – wyjaśnił i jeszcze chwilę pomilczał, próbując ułożyć sobie ten całkiem świeży pomysł w głowie. – Co ty na to, żebyśmy jednak przenieśli się do Nowego Jorku na próbę? Ty zaczniesz pracę, a ja zostanę na chwilę z dziećmi. Na parę tygodni. Zobaczysz, jak czujesz się w galerii, będziesz spokojna o tę trójkę, znajdziemy w tym czasie odpowiednią opiekunkę i nowe przedszkole, a ja będę miał czas, żeby trochę zastanowić się nad pracą i poszukać czegoś nowego.
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 





32

wiek


chodzi w sukienkach i udaje, że zna się na sztuce

PRACA


na pracy męża nie zna się zupełnie, ale i tak jest największą fanką Jona

UCZUCIA




  
Jamie
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-04-06, 00:03
 

Już otwierała buzię, żeby zacząć się z nim kłócić, bo przecież nie przypominała sobie, kiedy ostatni raz jej rodzice nie mieli czasu – właściwie to podejrzewała raczej, że Maeve i Seneca prędzej odwołaliby swoje plany, żeby pomóc z Meyerątkami. Ostatecznie jednak zamknęła usta, bo… ostatecznie wszystko sprowadzało się chyba do tego, czy Jamie chciałaby wrócić do Nowego Jorku. A ona była coraz bardziej gotowa, by przyznać, że rzeczywiście tego chciała, nawet jeśli wszystkie darmowe nianie zostałyby w Chicago. A żeby nie było, że cały czas marudzi, potrzebowała chwili, żeby się w sobie zebrać, zanim powiedziała: - Okej, wiem, że z rodzicami pod ręką jest trochę łatwiej, ale z drugiej strony… całkiem podoba mi się, że w Nowym Jorku nie ma moich rodziców. Nie pokłóciliśmy się, nic złego się nie wydarzyło, po prostu czasami czuję, że fajnie byłoby mieć więcej przestrzeni. No wiesz, jeśli mamy nianię, to umawiamy się, że przyjdzie w czwartek, płacimy jej i tyle. A przy rodzicach trochę czuję, że muszę się spowiadać z tego, dlaczego wychodzę z domu, a potem jeszcze zaprosić ich na obiad w ramach podziękowań i marnujemy pół dnia z moimi rodzicami. Potem będziemy udawać, że nie powiedziałam, że niedziela z moimi rodzicami to marnowanie czasu, dobra? – spytała i uśmiechnęła się, trochę przekonana, że Jon mógł za dziwniejsze uważać to, jak blisko Jamie była ze swoimi rodzicami niż to, że chciałaby się odrobinę odsunąć. Niemal zawsze miała dobry kontakt z Maeve i Seneką (nie sądzę, żeby Jamie jakoś widowiskowo przechodziła nastoletni bunt, umówmy się), ale kiedy musiała przeprowadzić się do nich z powrotem, czuła się trochę tak, jakby znów była nastolatką, która relacjonuje mamie wszystkie swoje kłótnie z przyjaciółkami i nie dziwiło ją szczególnie, że rodzice traktowali ją podobnie. - Nie mówię, że ci się upiecze i już nigdy więcej nie będziesz musiał ich spotkać, okej? – uśmiechnęła się. - Po prostu potrzebuję chwili, żeby złapać jakąś równowagę między tym, że z nimi mieszkam i mówimy sobie prawie wszystko, a tym, że jestem dorosła i mam swoją rodzinę – wyjaśniła, próbując nie myśleć teraz o tym, że prawdopodobnie jest okropną córką, skoro najpierw zrezygnowała ze wspólnych świąt, a potem chciała się przeprowadzać do innego miasta. - Innym też mam się chwalić, że nie mam majtek? Może powinnam, gdybym ja sprzedawała kawę albo, nie wiem, precle, totalnie dawałabym je za darmo, gdyby ktoś ładny przyszedł i powiedział, że jest bez majtek – poinformowała męża tak, jakby wspominała, że musiała podjechać do sklepu po mleko. A potem, nawet jeśli finalnie nie mogła wziąć kolejnego gryza, poczuła się zdecydowanie lepiej. I zamiast dopytywać, czy na pewno nie sądzi, że Ofelka jest w przyszłości znienawidzi za wpychanie jej jakiejś niańce albo zacząć rozmowę o tym, że trochę się boi, że sobie nie poradzi w galerii, po prostu pokiwała głową. - Mówiłam już, że cię kocham? I obiecuję, że jeśli za dwadzieścia lat dalej będzie trzeba wyciągać im marchewkę z nosa, będę to robiła za ciebie – zapewniła całkiem uroczyście, zanim wreszcie wróciła do jedzenia – jeśli priorytetem Jona rano było dospanie, Jamie z pewnością zależało na śniadaniu. Gdy usłyszała kolejny z pomysłów swojego męża, przyglądała mu się przez chwilę tak, jakby chciała mu powiedzieć, że to bez sensu, a on nie wie, na co właściwie się pisze, ale… przecież wiedział, bo już teraz spędzał dużo czasu z Meyerątkami i nie proponował jej tego, zakładając, że przez pół dnia będzie leżał na kanapie. - Umowa tej dziewczyny kończy się dopiero w maju, więc jeśli rzeczywiście mogłabym ją zastąpić, to do tej pory nie siedziałabym w galerii przez cały dzień, raczej, wiesz, wpadałabym na kilka godzin, może nawet nie codziennie, żeby się we wszystko wdrożyć, ogarnąć, jak to wszystko działa i tak dalej. Więc może rzeczywiście miałbyś ze dwie chwile, żeby spróbować pomyśleć o swojej pracy, gdzieś między ogarnianiem dzieci i szukaniem przedszkola – uśmiechnęła się, aż za dobrze przecież wiedząc, że przy ich dzieciach zazwyczaj nie zostaje ci za dużo czasu na kreatywne myślenie o swojej przyszłości.
 
nick:żona Dżona
multi:żona Willa, żona Nejta i mąż Elle
miasto:Nowy Jork
 





40

wiek


szczerzy zęby do kamery

PRACA


jest mężem świetnej Jamie i tatą świetnych Meyerątek

UCZUCIA




  
Jonathan
   Meyer

  

  

  

  

  

  

2020-04-09, 17:37
 

Uśmiechnął się pod nosem, kiedy jej słuchał, próbując nie wyglądać na zbyt zadowolonego z tego, co mówiła. Jasne, nie do końca rozumiał bliskie relacje z rodzicami, ale zaakceptował już, że rodzice Jamie będą w ich życiu i że zawsze będą w okolicy. Właśnie dlatego, że zakładał, że potrzebowała ich pod ręką i niespecjalnie wyobrażała sobie, że teraz będą po prostu Meyerami, którzy z dziadkami widzą się wyłącznie dlatego, że tego chcą. Zawsze trochę spinał się, kiedy podrzucał im dzieciaki (nie mógł nie zastanawiać się, czy zaraz nie uznają, że ten beznadziejny mąż ich wspaniałej córki znów ją gdzieś wyciąga, zamiast siedzieć na dupie w domu i zająć się swoimi dziećmi), nie wspominając nawet o obiadach, na których jak nigdy pilnował, czy aby na pewno nie powie niczego głupiego, nie ubrudzi sobie koszuli albo czy będzie wystarczająco idealny w kontakcie z Jamie i Meyerątkami (przeżywał wewnętrzny horror za każdym razem, kiedy ich dzieci postanawiały być niegrzeczne – czyli prawie zawsze – bo nigdy nie wiedział, czy nie zareaguje za bardzo albo za mało). I chyba dlatego miło było usłyszeć (niby nie pierwszy raz, ale pierwszy raz ciągnęło to za sobą jakąś decyzję), że jednak wyobrażała sobie po prostu… ich. – Już teraz nie wiem, o czym mówisz – zapewnił ją z ręką na sercu i uśmiechnął się szerzej. – Wiem, że nie jestem specjalistą od kontaktów z rodzicami i… właściwie do tej pory nawet nie zastanawiałem się nad tym, że mój ojciec będzie teraz trochę dalej. Ale wydaje mi się, że to wszystko brzmi naprawdę sensownie. To znaczy… nie sądzę, żeby nasza przeprowadzka mogła cokolwiek między wami zepsuć, a skoro potrzebujesz przestrzeni, mamy chyba dodatkowy argument, żeby jednak zobaczyć, jak będziesz czuła się w Nowym Jorku, co? – spytał, bo chyba wciąż miał wrażenie, że trzeba ją trochę do tego wszystkiego zachęcić. – Mam wrażenie, że to nie pierwszy raz, kiedy ja proponuję ci seks, a ty myślisz o innych ludziach – zauważył uprzejmie, marszcząc nieco czoło, najwyraźniej niesamowicie dotknięty tym, że jego żona musiała wplątywać w to wszystko sprzedawców precli. – Jeśli masz jakieś specjalne życzenia na swoje urodziny, możesz mi o tym powiedzieć, wiesz? Nawet spróbuję udawać, że nie jestem tym urażony – zapewnił ją i pocałował w czoło, kiedy już skończył przeszkadzać jej w jedzeniu. – Kiedyś mogłaś coś wspominać – przytaknął z rozbawieniem. Naprawdę wiedział, co jej właśnie zaproponował – przecież spędzał z dzieciakami wystarczająco dużo czasu, żeby pamiętać, że nie czekają go trzy tygodnie leżenia przed telewizorem i przeglądania ofert pracy. Ale wydawało mu się, że ostatnio robili tyle dla niego, że teraz to Jamie zasługiwała na moment tylko dla siebie, we względnym spokoju, że może w tym czasie żadne z jej dzieci nie straci jakiejś kończyny (chociaż z ich tatą to trochę nie wiadomo). – Brzmi idealnie – powiedział i przypomniał sobie, że on przecież też mógł zjeść teraz śniadanie. – W razie czego po prostu spytam o zdanie tę trójkę, na pewno bardzo chętnie mi pomogą. Pewnie nawet napiszą mi jakieś rekomendacje, na przykład, że świetnie radzę sobie z podawaniem im dobrego jogurtu z lodówki albo doskonale skacze się ze mną po kałużach – zapewnił rozbawiony. – Będzie dobrze, okej? Poradziliśmy sobie tutaj, poradzimy sobie też w Nowym Jorku. Nie wiem, jak poradzimy sobie ze spakowaniem wszystkich potrzebnych rzeczy, ale… – wzruszył ramionami z szerokim uśmiechem, zanim zdecydował, że jednak trochę tej Jamie poprzeszkadza i ją pocałuje.
 
nick:to też ja
multi:są, owszem
miasto:Nowy Jork
 


Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: